::księga gości::

2011
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
{smscontact}
Mamô

Dzwoniła Mamô. Mój list list się zadział, czy pomylono, czy ona była na odosobnieniu; tak, że dostała go dopiero teraz.  Nawijała chyba z 10 minut. Że jest wzruszona propozycją i dziękuje za ofertę, że naprawdę miło z mojej strony, ale jest szczęśliwa na Montagne i ma tam i w okolicy masę obowiązków.  I że chyba nie zniesie mieszkania w bloku, potrzebuje chodzić, być w ruchu.  (Racja, przecież ona z małym plecaczkiem włóczyła się sama po  Tybecie.  A w maju to ja prawie padłam idąc za nią na skróty do Tséringa, podczas gdy ona biegła przodem jak góralka.)  I że nawet gdy jest w mieście, w apartamencie starej matki,  musi obniżyć temperaturę do max 19°.  (Straszne!  W takiej to ja zamarzam, jak jaszczurka, drętwieję z zimna przed kompem.  Przecież u mnie poprzedniej zimy regulując ogrzewanie zmierzyli 28°. Aż się dziwili, jak to znoszę. Ależ świetnie! Cenię sobie możliwość siedzenia zimą w podkoszulku przy stale otwartym oknie. Moi egzotyczni afrykańscy sąsiedzi też raczej się nie skarżą. I w dodatku z geotermii czyli za darmo!)  A Mamô spędza dnie na świeżym (alpejskim!  tam nawet powietrze pachnie ) powietrzu, więc zahartowana.  No i ja palę jak komin a ona wcale. Jeszcze jedna upierdliwość dla niej.  Durghimy, co teraz przyjechali, też trzymali stale otwarte oba okna.

No ale, jak uczy Tséring, najważniejsza jest intencja i "ogrzanie serca".  A Mamô wie, że ma jeszcze jeden sznureczek  w tej siatce ratunkowej przyjaciół,  na wypadek jakiegoś nieszczęścia.

A co do spania, to na zimę może spać na trzecim piętrze, gdzie ma komputer do pracy przy réseau Sanghi i  robi transkrypty Lamy. Także remontują dla niej jej stary domek przy męskim centrum obosobnienia (co miał już 29 lat i się zawalił). Zresztą w starej olbrzymiej i dobrze ogrzewanej chartreuse jest wygodnych miejsc do spania pełno wszędzie. Nieraz dotarłwszy tam nocą, przesypiałam do rana na kanapie w bibliotece. I raz nawet ktoś, nie budząc mnie, opatulił  mnie kocem.  (Kanapy na dole są zapchlone przez koty.)  Można też spać w sali do medytacji, zsunąwszy dwie maty. Miejsca pełno, raczej chodzi o to, by mieć kawałek miejsca specjalnie dla siebie.   W Dewachenie stały personel ma dla siebie pokoik albo dwa z łazienką i ze wspaniałym widokiem na olbrzymie plateau, ważniejsi lamowie mieszkają w odobnych szaletach. Więc dlaczego nie Mamô, która jest tam, od kiedy ją pamiętam? Bawi się w "joginię wędrowną" tak jak ja?

Czy zarzuciła mi, że gdy się spotykamy, niewiele ze sobą gadamy? Ale o czym tu gadać, gdy się jest spod tego samego yidamu?  Psychiki takie podobne, że nasze reakcje na wszystko będą identyczne. Wystarczy spojrzenie w oczy, jak z Charlem.

Ale wobec tego tu wszystko w porzadku? Wszyscy są zadowoleni i każdy jest na swoim miejscu.

 

Coś tam ciekawego dla mnie ma się dziać pod koniec miesiąca na Karma-Lingu. Ale na razie świetnie się bawię na kompie (bo walki pokojów), że nawet od tego nocnego siedzenia czas mi się przestawil i śpię do południa.  Więc raczej nie pojadę. Nie poderwę się na dwonek ciemną nocą na ranną medytację. (A warto...) Zaoszczędzone pieniądze prześlę do Polski: znowu na kogoś padło, jest już po operacji, ale rokowanie paskudne, na lekarstwa będzie trzeba robić zrzutkę...  Jak mówi Słońce : "już biorą z naszych półek". On go znał, jemu smutno. Ja tylko raz słyszałam jego miły głos w telefonie. 


ciotolubka 2011-11-24 07:53:34
skomentuj (0)
Ciotodrama

(20-11-2011 00:48) * Z pokoju wyszedl bisex1

 

Kabi (00:49) : dobra powiem tu, bo mi to siedzi na watrobie od jakiegos czasu

peterr1 (00:49) : myslalem ze powiesz ze cie wkurwiam 

 

Kabi (00:49) : jest tu tylda ~hadar

Kabi (00:49) : od dawna czuje cos do mojego szymka, czego nawet nie ukrywal jak go o to zapytalem

Kabi (00:49) : zawsze jak przylazi to sa bardzo soba zajeci

Kabi (00:49) : ciagle szepcza na priv

Kabi (00:49) : on mu opowiada jakies dziwne historie

Kabi (00:50) : choc ja ewidentnie zaznaczam czyj jest szymek23

Kabi (00:50) : NI CHUJA NIE ROZUMIE

Kabi (00:50) : ze ma sie odjebac

GGadek (00:50) : Kabi nie wierzysz swojemu partnerowi  

Kabi (00:50) : nie

peterr1 (00:50) : kabi no to trzeba recznie chyba

Kabi (00:50) : chyba tak

peterr1 (00:50) : kabi ale serio nie wierzysz szymkowi 

 

~__k__u_lek80965 (00:50) : GGadek daj spokój

~__k__u_lek80965 (00:51) : GGadek i chodz do fantoma

GGadek (00:51) : ~__k__u_lek80965 czemu   ze niby tu jest tak poj3b.... i mam siedziec cichu

~__k__u_lek80965 (00:51) : GGadek to nie kwestia ze on nie wierzy

~__k__u_lek80965 (00:52) : po prostu go wkurza ze ktos wlazi miedzy nich

~__k__u_lek80965 (00:52) : ale on sam to zalatwi

~__k__u_lek80965 (00:52) : i bedzie ok

GGadek (00:52) : ~__k__u_lek80965 jak nie jak tak   jesli nie jest zainteresowany to chocby pekl to nic z tego nie bedzie 

~__k__u_lek80965 (00:52) : GGadek spokojnie

 

Kabi (00:51) : wyobrazcie sobie ze spotkaliscie kogos z kim wiecie, ze chcielibyscie spedzic zycie do konca

Kabi (00:51) : póki co - znajomosc jest bardziej internetowa niz realna

Kabi (00:51) : bo spotykamy sie mniej wiecej raz na dwa miesiace

peterr1 (00:51) : skad ja to znam 

Kabi (00:51) : i jakas cholerna tylda - slodka jak miód i sliska jak durex play

Kabi (00:51) : próbuje wam to ukrócic

Kabi (00:52) : NIE BEDZIE TU TAKICH NUMERÓW TO KURWA JA MÓWIE - KABI

peterr1 (00:52) : kabi ale to nie jest tyle wina hadara co tez szymka

Kabi (00:52) : mój maly chlopiec jest bez winy

Kabi (00:52) : koniec dyskusji

peterr1 (00:52) : a no to jak tak to pojmujesz to zycze powiodzenia

 

~__k__u_lek80965 (00:52) : sie dogadaja

GGadek (00:53) : myslalem ze tu jest normalnie   to gorzej chore kroliki niz na interii 

~__k__u_lek80965 (00:53) : GGadek nie pierdol co 

 

NevoAIR (00:53) : Kabi, Matus by tak nie mógl   Za to ten hadar czy jak mu tam, cos mi smierdzi

Kabi (00:53) : GGadek jak chcesz to moge cie tam wyslac kurwa

Kabi (00:53) : w ciagu minuty

Kabi (00:53) : albo 10 sekund

Kabi (00:53) : za kretynskie komentarze

~__k__u_lek80965 (00:53) : Kabi tez spokojnie //hej

Kabi (00:54) : najlepiej sam wyjdz

Kabi (00:54) : i mnie nie draznij

 

~__k__u_lek80965 (00:54) : Kabi nie przesadzaj 

GGadek (00:54) : Kabi jesli to co zrobisz jest zasadne to prosze bardzo   chyba ze drazni cie to ze ktos ma inne zdanie

Kabi (00:54) : drazni mnie twój kolejny glupi komentarz

(00:54) * GGadek zostal wyrzucony z pokoju przez Kabi. Powód:

~__k__u_lek80965 (00:54) : Kabi chce zauwazyc ze skoro pisales o tym na ogóle

~__k__u_lek80965 (00:55) : to musisz sie spodziewac komentów

~__k__u_lek80965 (00:55) : które nie bardzo beda ci sie podobac

Kabi (00:55) : on mi próbowal dokuczyc

Kabi (00:55) : poza tym JA TU JESTEM OPERATOREM

NoMessage (00:55) : lol

Kabi (00:55) : a nie jakis pacan

NoMessage (00:55) : akurat tak to sie nie tlumacz  

Nina2_ (00:55) : oj

Kabi (00:55) : oprócz NoMessage nikt na mnie nie ma tu wplywu

Kabi (00:56) : do licha - popierdolilo sie z szymkiem

NoMessage (00:56) : a jaki ja mam na ciebie wplyw 

Kabi (00:56) : kulas sciagam se opa

Nina2_ (00:56) : Kabi , spoko, op powinien byc bezstronny..

Kabi (00:56) : DOBRY

Kabi (00:56) : kulas sciagam se opa - i jutro mi zalozysz

~__k__u_lek80965 (00:56) : nie

(00:56) * Kabi nie jest juz superoperatorem w tym pokoju (ustawil Kabi)

Nina2_ (00:56) : tak lepiej, Kabi

~__k__u_lek80965 (00:56) : jak chcesz to se wejdz na innym niku

Kabi (00:56) : tak narazie dobrze

Kabi (00:57) : zrównalem sie poziomem z NoMessage 

Nina2_ (00:57) : i jeszcze trzeba naprawic ten blad z GG

Nina2_ (00:57) : bo to naduzycie wladzy

NoMessage (00:57) : to nie byl blad 

NoMessage (00:57) : ggadek to idiota  

Nina2_ (00:57) : ok, ale nie bylo powodu

NoMessage (00:57) : byl   technicznie biorac nazywanie nas gorszymi krolikami niz na interii to obraza 

Nina2_ (00:58) : ojej... gadal z kulkiem

Nina2_ (00:58) : a my nie drazliwe cioteczki

Nina2_ (00:58) : co sie od byle czego fochna

NoMessage (00:58) : no i ?

NoMessage (00:58) : ja myslalem nina ze ty lubisz konfrontacje z tego co ostatnio mowilas  

NoMessage (00:58) : i ze lubisz ludzi ktorzy postawiaja na swoim 

Nina2_ (00:59) : NoMessage , no lubie, ale banowanie nie argument

 

~__k__u_lek80965 (00:58) : juz Kabi ?

Kabi (00:58) : nie, bedzie JUZ

Kabi (00:58) : jak przyjdzie tu ten cholerny hadar

Kabi (00:59) : i powiem mu co o nim mysle

~__k__u_lek80965 (00:59) : ja sie pytam o sopa 

Kabi (00:59) : nie zbanowalem go

NoMessage (00:59) : kicka dal  

~__k__u_lek80965 (00:59) : i nie histeryzuj do ciezkiej cholery

Nina2_ (00:59) : a op powinien byc bez emocji jak robot

NoMessage (00:59) : ludzie to nie roboty lol 

~__k__u_lek80965 (00:59) : juz ci przeszo

Kabi (00:59) : nie

Kabi (00:59) : jestem zly jak osa

Kabi (00:59) : i nie radze

Nina2_ (00:59) : to lepiej, ale nawet ten kick zbyteczny

NoMessage (01:00) : to tak jakbys mowila ze naraz jak sie stajesz opem nie jestes juz czlowiekiem 

Nina2_ (01:00) : a w porownaniu z jezykiem kulka - chore kroliki to komplement

Nina2_ (01:00) : tak, NoMessage , na opie nie jestem stronnicza

Nina2_ (01:00) : bez emocji

NoMessage (01:00) : twoja sprawa   

Nina2_ (01:00) : tego chcemy od sedzi w sadzie tez

NoMessage (01:01) : ja tam uwazam ze jak sie przebywa gdzies z ludzmi

NoMessage (01:01) : to sie ma wyrobione zdanie na pewne rzeczy i tyle

Nina2_ (01:01) : NoMessage , ale na rownym

Nina2_ (01:01) : NoMessage , dlatego mi z usera pyskowac wygodniej

Nina2_ (01:01) : a op to wladza

NevoAIR (01:01) : Kabi dupeczko  

NoMessage (01:01) : wladza srada  

NoMessage (01:01) : tez mi wladza na czacie

Nina2_ (01:01) : taka sama jak w realu

NoMessage (01:02) : lol

NoMessage (01:02) : Nina2_ tobie sie juz chyba cos popierdzielilo .

Nina2_ (01:02) : nie, NoMessage , ja znam czat dluzej od ciebie

Nina2_ (01:02) : i wiem ze stronniczy op zawali pokoj

Nina2_ (01:02) : a pomysl ze policjant ma swoich ulubionych

NoMessage (01:02) : a to ja nie wiedzialem ze tobie na opie placa 

Nina2_ (01:02) : op tu jest bezplatny

~__k__u_lek80965 (01:02) : Kabi odbier no

NoMessage (01:03) : a mnie to obchodzi mniej niz zeszloroczny snieg 

NoMessage (01:03) : a policjant to zawod platny wiec nie porownuj

Nina2_ (01:03) : NoMessage , to lepiej ze ty nie masz opa

NoMessage (01:03) : real i czat to kompletnie rozne rzeczy

Nina2_ (01:03) : mieszaja sie

Nina2_ (01:03) : zakochaj sie tu, to spotkasz w realu

NoMessage (01:03) : zakochalem sie tu i nie spotkalem w ralu 

NoMessage (01:03) : ja tam nawet nie chce za duzo z tym zachodu 

Nina2_ (01:03) : NoMessage , nie dorastasz

Nina2_ (01:04) : połozylbys pokoj

NoMessage (01:04) : lol widze ze tez mnie znasz lepiej niz ja sam siebie 

Nina2_ (01:04) : juz tu widzielismy Ave-Kotek

Nina2_ (01:04) : czy obok Nikitek

NoMessage (01:04) : jak dla mnie wlasnie zacofanie to traktowanie czata i reala na rowni 

Nina2_ (01:04) : to sie miesza

NoMessage (01:04) : chyba tobie  

NoMessage (01:04) : mnie tam sie nic nie miesza

Nina2_ (01:04) : powstaja nawet malzenstwa

NoMessage (01:04) : czat to czat

Nina2_ (01:04) : bo ty dziecko

NoMessage (01:04) : real to real

Nina2_ (01:05) : ale te same emocje i charaktery

NoMessage (01:05) : whatever

NoMessage (01:05) : a ty za duzo czasu tu spedzasz i tyle

 Nina2_ (01:05) : ja chwilowo moge sobie pozwolic

 

Kabi (01:05) : czat to czat, ale wyobraz se NoMessage, ze ja z nim tu spedzam wiekszosc czasu nam przeznaczonego

Kabi (01:05) : i jakis sliski, kreujacy sie na niewinnego hadar

Kabi (01:05) : wklejajacy wszedzie te jebane pandy 

Kabi (01:06) : próbuje mi wlazic w moje zboze

Kabi (01:06) : nie bedzie tu tego

Kabi (01:06) : to mówie ja - kabi

NoMessage (01:06) : xDDDDD

Nina2_ (01:06) : twardy i gniewny Kabi ))

Kabi (01:07) : wszystko na temat ;d

Nina2_ (01:07) : pamietam nicka Hadar

Kabi (01:07) : nom, slodki jest jak miód

Nina2_ (01:07) : jesli leci na szymka, to ma dobry gust, tak jak i ty

Kabi (01:07) : a on mi otwarcie nawet napisal, ze na niego leci

Kabi (01:07) : tyle, ze szymek to jest mój chlopak

Kabi (01:07) : a nie jakiegos hadara

Nina2_ (01:07) : mozecie walczyc

Nina2_ (01:08) : szymek wybierze

Kabi (01:07) : O_o

Kabi (01:08) : hadar na szymka

Kabi (01:08) : jestem ponad takie wybory

Kabi (01:08) : to ja zaraz wybiore

Nina2_ (01:08) : albo sie dogadac do trojkata

Nina2_ (01:08) : u gejow to tez obowiazkowo 1:1?

Kabi (01:08) : w moim przypadku tak

Nina2_ (01:08) : przeciez dzieci nie bedzie?

Kabi (01:08) : juz próbowal lucek

Kabi (01:09) : przeciagnac szymka na swoja strone - stracil opa

Kabi (01:09) : po chuj mu to bylo?

Nina2_ (01:09) : tez do hadara czy do szymka?

Kabi (01:09) : ja dosc mocno zaznaczam, ze to mój chlopiec

Kabi (01:09) : szymka

Nina2_ (01:09) : to za to? za flirt z szymkiem? LOL

Kabi (01:09) : nie za flirt

Nina2_ (01:09) : hi hi

Nina2_ (01:10) : no popatrz, a ja tej gromady mlodych cioteczek to nawet nie za bardzo odrozniam kto jest kto

Kabi (01:10) : za otwarte i chamskie slinienie sie do MOJEGO CHLOPAKA

Kabi (01:10) : DO MOJEGO

Nina2_ (01:10) : ach! cudne!

Nina2_ (01:10) : ale walcz o niego!

Nina2_ (01:10) : a wygrasz

peterr1 (01:10) : ja poniekad rozumiem kabiego

Nina2_ (01:11) : kazdy woli zdecydowanych mezczyzn

NoMessage (01:11) : same here

Kabi (01:11) :  )))))

Kabi (01:11) : kocham was

Nina2_ (01:11) : mi tez sie Kabi podoba

NoMessage (01:11) : ale lecem spac

NevoAIR (01:11) : Kabi   

Nina2_ (01:11) : tu jak prawdziwy mezczyzna a nie jak ciota

peterr1 (01:11) : w sumie tez mam takiego jednego ktoremu bym najchetniej przypierdolil za slinienie sie do mojego ex

NevoAIR (01:11) : Kabi

peterr1 (01:12) : i tamten bezczel jesio mu powiedzial ze chcialby mnie poznac

Nina2_ (01:12) : peterr1 , to jak to zrobisz to tylko zyskasz

peterr1 (01:12) : no jakbym mial go na wyciagniecie reki to juz na bank bym jebnal 

peterr1 (01:12) : nie warto nina

Kabi (01:12) : co NevoAIR

NoMessage (01:13) : trzymajcie sie dobranoc wsiem          Kabi dobrze bedzie  

Kabi (01:13) : bo ja tak mam - jak cos jest moje

Kabi (01:13) : to po chuj to ruszasz?

peterr1 (01:13) : masiek     slodkich snow

(01:13) * NoMessage wyszedl z czata

NevoAIR (01:13) : nie zlosc sie tak, przeciez Matus jest dobry bobas

peterr1 (01:13) : ooo a to ja tez tak mam

Kabi (01:13) : czy ja wiem - na pewno jest dobry

Kabi (01:13) : ale rok to za malo

Nina2_ (01:13) : niemniej, peterr1 , ja rozumiem emocje samiczki, o ktora dwa samce sie bija

Nina2_ (01:13) : a gej to ma przeciez i cos z kobiety

peterr1 (01:13) : nawwet w pracy kazdy wie z mojego kubka sie nie pije 

Kabi (01:13) : tym bardziej, ze przejawia pewne ciagoty do tego hadara równiez

NevoAIR (01:13) : ja bym powiedzial matuskowi, ze albo skonczy z nim gadac, albo ja z nim skoncze

NevoAIR (01:14) : i wtedy bys wiedzial kim jest tak naprawde

 

Kabi (01:14) : dobra, starczy tej ciotodramy

Nina2_ (01:14) : Kabi , ale jak sie uspokoisz to wroc na opa

Nina2_ (01:15) : a walcz spod usera

Kabi (01:15) : to nie bedzie walka

Kabi (01:15) : nagadam mu tak, ze wiecej tu nie wejdzie

Kabi (01:15) : i bedzie po klopocie

Kabi (01:15) : wiecie, ze tak umiem no nie? xd

 

Nina2_ (01:15) : op musi byc bezstronny, user moze walczyc

NevoAIR (01:19) : Kabi, wiemy  

NevoAIR (01:19) : Kto pomoze Kabi zbic tego dupka - lapka do góry!  

NevoAIR (01:19) : NevoAIR podnosi lapke!  

Kabi (01:20) : ale nie dajcie sie zwiesc jego pandom   i udawaniu, ze on nie wie o co chodzi

Kabi (01:20) : jak go bedziemy tlukli to trzeba byc zdecydowanym

NevoAIR (01:20) : Ale malo chetnych 

NevoAIR (01:21) : Kabi, na mnie nie ma mocnych   Obije mu morde, to wtedy moze sobie pandy robic ^^

Kabi (01:21) : tera przynajmniej nie musze juz ci nic wiecej tlumaczyc NevoAIR

NevoAIR (01:21) : Kabi, zalozylem konto na kumpello i tam siedze i siedze  

Kabi (01:21) : prawdopodobnie polapales sie o co mi chodzi

NevoAIR (01:22) : Kabi, no ba!   Ja tez bym utlukl kazdego kto by sie zblizyl do mojego faceta... tylko ze teraz to mój facet sie ode mnie oddalil   ale malo istotnie  

NevoAIR (01:22) : Napisal do mnie jakis dzieciaczek ;d

Kabi (01:23) : no ale jakbys dalej chodzil z mateuszem

Kabi (01:23) : to bys pozwolil na takie cos?

Kabi (01:23) : ze

Kabi (01:23) : "nie mam czasu bo kurwa z hadarem gadam"

NevoAIR (01:27) : To bym nie wiem co zrobil i jednemu i drugiemu  

 

(01:29) * Do pokoju wszedl ~__k__u_lek80969

~__k__u_lek80969 (01:29) : reee

Nina2_ (01:30) : no hej

peterr1 (01:30) : kulek gdzie byles 

Nina2_ (01:30) : popatrz, tu mlodziez naprawde cos przezywa

Nina2_ (01:30) : a nie tylko sie bawi

Nina2_ (01:30) : i to jakie silne namietnosci!

~__k__u_lek80969 (01:31) : peterr1 a ladon mnie zajal troche czasu

~__k__u_lek80969 (01:31) : i ggadek //ziew

Nina2_ (01:31) : bo tu ich Kabi nie chcial to musiales isc do nich

~__k__u_lek80969 (01:31) : no 

~__k__u_lek80969 (01:31) : a tera ide doope myc

peterr1 (01:31) : ooo to troche zajmie

peterr1 (01:32) : w koncu trzeba to wszystko odmoczyc najpierw 

 

NevoAIR (01:45) : Kabi   where are you?

atmos (01:48) : pa

(01:48) * atmos wyszedl z czata

NevoAIR (01:49) : Kabi, czemu Cie tak dlugo nie bylo?  

Nina2_ (01:50) : no to dobranoc panom...


ciotolubka 2011-11-20 05:55:17
skomentuj (0)
Karma-Ling (www.karmaling.org)

- Le Maillot?

- Lepiej! Karma-Ling! – odpowiada mi tryumfalnie jakiś grubas – "turysta".

- Tym lepiej – i wskakuję na tylne miejsce.  (Chciałam najpierw odwiedzić lamę Tseringa, ale to zawsze zdążę.)

- Znasz  Karma-Ling?

- Tak, tam "brałam Schronienie". (Chyba widzi, że mam czerwony sznureczek z węzełkiem na szyi.)

 - Na konferencję?

- A jest jakaś? Nawet nie wiem. Nie, odwiedzić stare kąty i starych znajomych.

Parkingi zajęte, wysadzają mnie przy wejściu i jadą szukać miejsca. Wchodzę bocznym wejściem, w sali de voutes  rzucam worek dyskretnie pod wieszaki szatni i od razu wpadam na mojego lamę-"intelektuela" . (Lama Lhundroup, szef uniwersytetu buddyjskiego, co zna nawet chiński. 10 lat temu miał z nami kurs tybetańskiego, ale ani z niego pedagog ani mi nie za bardzo szło, wyjechałam zanim poznałam cały alfabet. Notatki jeszcze gdzieś mam.)

I nic się nie zmienił! Jakby to było wczoraj! Naprawdę na Karma-Lingu czas jest zatrzymany.

- NinaOu!  Świetnie! Czy masz swój samochód? Bo chciałbym cię wykorzystać...

- Niestety, już go nie mam, spalił się. Przybyłam autostopem.

- A masz pół godziny wolne? Bo trzeba przygotować ekspedycję.

I lama Lhundroup rozkłada na dwóch stołach sterty papierów.

- 6 druków w każdą kopertę, wiesz jak.

Wiem, pomagałam przy tym nieraz. Wtedy więcej osób pracowało przy długim dębowym stole w bibliotece na piętrze. Teraz też, rozkładam sobie na stole stosiki do taśmowej roboty. Nowy numer Dharmy, jakaś broszurka ekologiczna, ulotki. Nic ważnego, ale posłuży ku pokrzepieniu serc i zachowaniu łączności z tymi, co zapłacili.

 

Przychodzi jakaś dziewczyna na drugi stół. Objaśniam co i jak. Potem jeszcze jedna, oddelegowana do tej pracy. No to odstępuję jej moje miejsce a sama się zrywam. Przygotowałam 20 a chcą 50. Poradzą sobie, a ja zwiedzę.

Ale co to?  Na podwórku obok, gdzie miło jeść gdy nie pada, z widokiem na Alpy, olbrzymi namiot, stoły, pełno nieznanych ludzi...  Jest konferencja, "Ekonomia i spiritualité".

- Pic na wodę. Kto stosuje w ekonomii duchowość, bankrutuje – mówię do Bruna.

- Bo ty zawsze w négativité.  Przyjechało 500 osób. (Ruch w interesie.)

Okrążam kilka razy stupę, patrzę. Potem w środku rozkręcam młyn modlitewny aż zaczyna dzwonić małym dzwonkiem "om!". "Philip, co pracuje", który zajmował się entretien, odszedł. Za jego czasów  młyn modlitewny był napędzany wodą i ten dźwięk dzwonka towarzyszył nam cały dzień. Ostatnio byłam tu w maju, i już wtedy zauważyłam, że trzy litery w mantrze wewnątrz stupy są uszkodzone. I do dziś nie naprawili! Taka négligence w sprawie kultu źle świadczy o ośrodku.  Także nie ma wewnątrz dużej tekturowej  planszy ze schematem stupy (co symboliczna i skomplikowana jak piramida egipska) i objaśnieniami. Na Montchardonie mają wszystkie 8 stup i jedną główną. My tylko jedną, ale zainicjowaną przez samego Kalu. Nasza jest "stupą o wielu pomyślnych wejściach" .

Lubiłam  po porannej medytacji - prawie godzina w ciszy, jak Zen, tylko na koniec recytacja Pradżni pod bęben. Ta tak daje, że nawet zdolność mówienia (czy logicznego myślenia też?) trzeba podłączać do umysłu powoli. Nie ma porównania z wieczorną sadhaną Czenrezi, gdzie śpiewy, recytacje – wtedy mądre teksty same się zapamiętują, ale prawdziwej medytacji jest możê z 10 minut – więc lubiłam rano potem okrążyć kilka razy stupę. Słońce już wzeszło a świat, przed chwilą stworzony, był piękny i doskonały a ja go na nowo dostawałam w prezencie urodzinowym.

Teraz do starej sali do medytacji. Zdejmuję w hallu buty (w środku nikogo, bo nikt butów nie zostawił), wchodzę w półmrok sali, z radością robię trzy pokłony  (tu kiedyś było moje najszczęśliwsze na świecie miejce: w trzeciej kolumnie i piątym rzędzie sali do medytacji Karma-Lingu). Trochę się zmieniło.  W środku Budda jak zawsze, ale po prawej jest teraz zdjęcie aktualnego Lamy, a Kalu przeniesiono na lewą, gdzie dawniej był Czenrezi.  (Czenrezi Karma-Lingu, malowany przez Cecile, żonę(?) lamy Tséringa.) 

Sknocili coś. Ach, ta dzisiejsza młodzież! (Lama  Denys zostawił zarząd w rękach młodego pokolenia a ci jeszcze wszystkiego nie umieją.)  Dawny układ był zgodny z tekstem Emaho (ważnym, bo śpiewanym co dzień w linii Kagyu podczas sadhany Czenrezi: Budda nieskończonego światła, po prawej Pan Miłosierdzia (Czenrezi, "Kochające Oczy" u Ole), po lewej  Zwycięzca (mroków samsary) o licznych mocach, a wiadomo że "Kalu był silny w paranormalu", a otoczeni buddami i boddhisattvami z 10 kierunków,  którymi byliśmy my (trochę na wyrost, nieraz sala była w połowie pusta a i większości z nas daleko do boddhisatvvy). Nawet "Dewachen" (Czysta Ziemia) nazywał się dobudowany długi piętrowy barak, gdzie mieściły się studia stałego personelu.

A teraz co?

Podchodzę do ołtarza i patrzę w oczy Kalu z najczystszą miłością i radością. Znowu jesteśmy razem! Znowu tu jestem!  Mój ukochany guru!

Przypuszczam, że to są uczucia religijne, i że katolik przeżywa je w każdym kościele.  A mi w kościołach  zimno i obco i nie rozumiem, ta religia nie moja... Choć przecież urodziłam się w Europie i w dzieciństwie babcia dbała, byśmy przeszli przez wszystkie sakramenty Kościoła. 

Zasiadam do medytacji na moim ulubionym miejscu.  Ale portret Kalu przestawiony, oświetlenie już inne,  już nie widzę stąd jego oczu.

Po lewej, z boku Kalu, wisi Karmapa XVII, ten "chiński", ten uznany przez Dalaj-Lamę. Dobrze.  Też się skłaniam. Z tym mam "powiązania karmiczne" a z drugim tylko chłodne intelektualne zainteresowanie.

Mam dosyć, wychodzę. Zwiedzam wirydaż (dość dobrze utrzymany, kto się nim zajmuje?), zjadam parę późnych poziomek, czasem ktoś mnie pozdrowi, czasem ja rozpoznam twarz znajomą (choć już nieraz nie pamiętam imienia) .

W bibliotece rozgardiasz jakby po niesprzątniętej pracowni plastycznej. Co za porządki! A trudno wejść. A oszklona szafa z mądrymi książkami w ogóle nadal jest? Klucz do niej miała Georgette i wypożyczała, ale dla zainteresowanych (jak ja) klucz w samoobsłudze wisiał z boku szafy. Bo na 30 ooo książek, co miały być skatalogowane i udostępnione, prawdopodobnie nadal siedzi Lama jak zaniepokojony bibliofil. Raz o słownik snskrytu musiałam prosić dwa dni, a dostałam tylko na godzinę!  Pewnie nic nie zrobili, bo jak zwykle "brak personelu" .

Za to za parawanem jeden czy dwa komputery i bezpłatny dostęp do internetu.  To dobre, tego przedtem nie było.

 

Na trzecim piętrze, w dwóch dużych salach buty na stopniach pokrytych dywanem. Też swoje ściągam i zaglądam. No nie! Wspólne sypialnie, osobno dla kobiet i mężczyzn. Ja tu spać nie będę!  Tłok, osoby starsze, chrapią i pierdzą, duszno.  A co się dzieje w szaletach? Nieużywalne czy wszystkie zajęte? NIe sprawdzę, bo znowu czuję jakieś zmęczenie.

Wpadam na Mamô. Witamy się z radością. Mamô jak zwykle zalatana, zabiedzona. Śpi nadal w namiocie za warzywnikiem (daleko od ludzi) a teraz ktoś ukradł jej laptopa i wszystkie papiery osobiste. No duża przykrość. Co jest? "Za moich czasów" "Góra" miała silną protekcję i takie rzeczy się nie zdarzały, wszystko można było śmiało zostawić wszędzie. gdy Lama się zimą poślizgnął i złamał nogę na oblodzonej ścieżce, wszyscy się po cichu dziwili: "Jakże to tak? A gdzie jego protekcja?"  A potem Lama zaczął zbyt często zmieniać żony, i wielu ludzi odeszło zniesmaczonych, i nie wolno było powiedzieć, co się myśli, i wykopano całą starą kadrę.  A przecież wykształcenie lamy kosztuje masę czasu, nauk i odosobnień, tego się przez drobne ogłoszenia nie znajdzie. Więc marnotrawstwo, gdy najbardziej rozchwytywany lama Tséring pracuje na dole w fabryce kartonów. Zbijać skrzynki potrafi każdy, lecz dać buddyjski wykład o prawidłowym napięciu strun harfy – to wyższa szkoła jazdy.

A teraz na Górze nawet zdarzają się kradzieże.

"Something is rotten in the kingdom of Denmark" (cos sie psuje w królestwie duńskim) pisała śliczna Biała Pani. Ten TItanic tonie już od 20-tu lat – mówił mi lama Tséring. – Gdy Kalu umarł a Lama się odosobnił od reszty, wiedzie się coraz gorzej. Minęły czasy pionierskiego entuzjazmu, kiedy to wszyscy byli razem.

 

Lecz będąc w maju widziałam piękne uduchowione twarze. I kilkunastu poszło na trzyletnie odosobnienie. Karma-Ling nadal spełnia swe zadanie.

 

- Możesz spać w moim miejscu, jest drugi mniejszy namiot – proponuje mi Mamô. Ale mnie to nie ciągnie. Tam chyba nieciekawie i wilgotno. Wolą zejść do Tséringa, gdzie wino i kawa i dobra kolacja, i ciekawe nowiny (wymienimy ploty), i komp, i nikt nikomu nie przeszkadza.

 

Na razie gong wzywa na wieczorną medytację. (O tym juz chyba pisałam.) Słabo, sala w połowie pusta, recytacje żałosne a śpiew jojczący (czy nie mają lepszego prowadzącego?), powtarzanie Om mani ciągnie się w nieskonczoność (kosztem cichej medytacji) , drobna zmiana we francuskim tłumaczeniu Emaho...  Czy to tylko ja widzę wszystko na czarno?

Co tam mi tym razem nadało? Buddyjskie współczucie obejmujące wszystkich? OK, Kalu, wykonamy.

 

Teraz kolacja. Sala de voutes zapchana, kolejki do stołów, zaczyna brak naczyń. Znajduję jakiś talerz i bez kolejki sobie ładuję, co mi tam wygląda jadalnie. ( Jakiegoś ravioli z puszek nie.)  Chwytam parę kawałków chleba – i znowu rozczarowanie. Fuj, jaka gliniasta paćka! Co jest? Gdzie jest słynny chleb z Karma-Lingu, co jak tolkienowskie lembasy był zawsze smaczny i nawet na sucho jadalny? A dostawca, "chleb z Belladonny" , dostarczał go nawet do Paryża.  Widziałam w podwórzu przy piecu do chleba drewniane łopaty – pewnie wypiekli sami i sknocili. Oszczędność? Znowu rozczarowanie.

Rozgladam się po sali i siadam obok Jacquesa z Tulonu. Lubimy się. Ktoś jeszcze ze starych znajomych obok mnie, chyba Pascal.

- Miło mi. Zazwyczaj jadam sam.

- Młodzi są nieśmiali. Gdzie jest Czenrezi Karma-Lingu?

- Jak to gdzie? Wszędzie – i Jacques zatacza ręką koło.

- Nie, pytam o  obraz, który stał w sali do medytacji tam, gdzie teraz Kalu.

- Jest, nadal istnieje. Tylko przeniesiony do nowej świątyni (Traditions Unies).

(Gra słów? Nieporozumienie? Ale też, co za Czenrezi (współczucie) gdy starsza ode mnie lama Mamô koczuje w namiocie a teraz jest okradziona? Gdzie serce Karma-Lingu? Kto tu opiekuje się ludźmi? 

Pytałam o to już lamę Tséringa. Napisałam do Mamô, że zawsze mój metraż (świetnie ogrzewany zimą) z nią podzielę.

- Nie trzeba, u jestem szczęśliwa.

- Ona tak chce – tłumaczy mi lama. – Ma apartament matki, którą się opiekuje. Może też sama coś sobie załatwić. 

Rozumiem. Są okresy. Ja też się bawię czy gram "dzielną autostopowiczkę" czy "wędrowną joginię". Ale na to już wiek czy pogoda nie ta.

Jak się zrozumie, o co chodzi, wiele rzeczy można załatwić na symbolach a nie dosłownie.  Myślę o tych samodzielnie zbudowanych szałasach w lesie, pełnych symboli sziwaistycznych, na które się natykałam wokół Karma-Lingu.  Jak ktoś musi swoje archetypy odegrać, to musi, z mocą schizofrenii. I dobrze, że na Karma-lingu wolno.Na dole nikt nawet nie zrozumie o co chodzi. Tymczasem w ludzkich duszach nadal spoczywają stare religie i zapomniane rytuały.)

- Dobrze. Ale w stupie brak planszy z objaśnieniami. Kiedyś była. A to przydatne do odczytywania symboli. 

- Pomów o tym z kim innym? Może ze Stephanie z wydawnictwa "Prajna"?

- Chyba o tym napiszę do lamy Lhundrupa.

 

Po kolacji spadam. Schodzę te dwa kilometry i jeden w bok. Tam za wsią jest domek lamy Tséringa.  Ale co to? Zamknięty!  Co się stało? Przecież on zawsze był na miejscu!

Kiedyś nawet w nocy zostawiał otwarty, lecz ostatnio ukradziono mu starą miotłę czy inne narzędzia.

Kiedyś przyjechałam z Genewy o północy, ułożyłam się obok niego i znalazł mnie dopiero o świcie...

Dzwonię na jego komórkę. Dwa razy, i dwa razy odpowiada mi jakieś dziecko, że pomyłka. Zmienił numer?

Szukam w notesie i znajduję numer Pięknej Ysabel (jego ex-).

- Iza? Tu NinaOu, jestem na Karma-Lingu, u Xaviera, a jego nie ma. Wiesz coś?

- Gdzieś wyjechał, bo prosił, żeby w ten week-end dzieci zostały ze mną. Czekaj, dam ci jego komórkę.

 I Iza mi dyktuje jakiś numer, inny.  Próbuję, ale w tych górach często brak zasięgu.

 

No cóż, taka karma. Pod górę nie podlezę, trzeba przenocować w ogrodzie. Szopka zapchana, trawnik krótki, ale w nocy może być rosa. Pod okapem sucho ale równo, cement.  Obok jakieś szerokie blaty z drewna czy plastiku dadzą izolację.  Nieco za twardo, a mam tylko moją żółtą kapę.

W końcu przenocowałam na trzech plastikowych krzesłach wokół stołu, a przeźroczysta płachta z Castoramy robiła za namiot.

 

Na śniadanie znalazłam parę pomidorów, moje figi, garść orzechów laskowych, jakieś ziółka. Ale dużo to tam w swoim warzywniku lama  nie miał.  Po kawę to muszę wrócić na górę.

Jestem głodna, zmęczona, i czego ja zawsze noszę ciężary?  W płócienną torbę  przekładam książkę Thierry'ego (2 kg), zakupy z Pontcharra (oprócz skarpetek) , mydełko cudnie pachnące granatem też stamtąd  i wszystko zostawiam między domem a dechami, pod okapem, gdzie sucho. Nikt nie zauważy ani nie znajdzie.

No to wracam.  Po drodze dom Bernarda.

- Hej, jest tam ktoś?

Wychodzi Bernard.

- Jestem Nina, z Karma-lingu. (W zeszłym roku byliśmy sobie przedstawieni i zwiedziłam jego rzeźby w drzewie.) Zaszłam do Xaviera, a go nie ma. Wie pan coś?

- Nic mi nie wspominał, ale powtórzę, że byłaś.

- Dziękuję.

(I nie zaprosił na poranną kawę, a trochę na to liczyłam. )

Dochodzę ten kilometr do rozjazdu (droga pozioma) obok Świętego Wzgórza (jeszcze druidów) gdzie halucynogenne łysiczki i znowu mnie jakiś samochód podwozi do Karma-Lingu.

Kawa!  W sali de voutes stoi automat, co za 50 centów daje kubeczek najtańszej neski zalanej nawet nie wrzątkiem.  W potrzebie to mogę nawet kranówę, ale ja kupuję lepsze gatunki!  Ta z Karma-Lingu, dla turystów, to mnie zawsze kłuła w zęby. A personel trzymał dla siebie w szafie obok lepsze kawy.

Wypijam dwie, a że lubię do tego zapalić, muszę wyjść na zewnątrz. Pełno samochodów, nawet nie ma gdzie przysiąść.  Brak głazu naprzeciw, gdzie zawsze siedzieliśmy.

 

Łazienki na piętrze, wolne.  I pełno zapomnianych szamponów i mydeł. Zajmuję jeden prysznic.  Jednak to moje dziwne osłabienie to chyba z odwodnienia, bo po namoknięciu jest mi wyraźnie lepiej.

Znowu kawa, papieros, przy samochodach Daniel z grubą panią się licytują:

- Od kiedy praktykujesz? Jak się zetknąłeś z buddyzmem?  Czy znasz tę i tę książkę, tego i tego mistrza?

Czuję się paskudnie. Męczy mnie upał. Wlokę się na plateau. Tam duże  namioty, w jednym  sprzedają wypieki – Jacques Maison i mason chce mnie czymś poczęstować, ale dziękuję. W tym jakaś konferencja, gdzie działacz alternatywny tłumaczy, że kryzys i nic z tego nie będzie, tu jakiś Rajah, piosenkarz hinduski i zaaferowana Mamô  donosi mu dzbanek wody... A co mnie to wszystko obchodzi?  Szukam spokojnego miejsca, żeby odpocząć i się przespać.

 

Na dole obiad. Uczestnikom, co zaplacili (słono) za (nędzną) konferencję, wydali jakieś bloczki, teraz dają jakieś już gotowe tacki...  No ch..! W kuchni pracuje Imar, "Ptak egzotyczny", brat jawajskiej żony Bruna, mogę potem zajść od tyłu i coś dostanę, ale olewam, mam dosyć, spierdalam stąd!

 

Biorę swój worek z szatni i zaczynam schodzić.  Zaraz nadjeżdża jakiś samochód i mnie bierze. Jestem wredna, czuję to, i on czuje też.  Chciał mnie wysadzić w la Rochette, ale zagadałam (k..a, jaka ja jestem zmęczona!) i podwiózł aż do Pontcharra.  Trochę wymusiłam, nieładnie. Pozbył się mnie z ulgą. Sam szukał autostrady do Grenoble.

Zajoma kawiarnia z tarasem, kawa. Ale nie mają jedzenia.  Naprzeciw  jakaś restauracyjka, pizzeria czy dania rybne. Zaglądam. W środku pusto tylko rajcują dwie panie.

- Przerwa obiadowa. Proszę przyjść za godzinę.

 

- &"#&- !  Na szczęście pociąg do Chambéry nadejdzie za parę minut. Ledwo zdążyłam kupić bilet.

 

W Chambéry rzucam okiem na rozkład. Ostatni do Paryża, będzie tam o 11. Biorę bilet, jeszcze piwo przed dworcem, zdążę, i przespałam w pociągu całą drogę.  Do domu dotarłam po północy. I dwa dni nawet nie otworzyłam kompa, taka byłam padnięta.  Ale szczęśliwa, że mam własny dach nad głową z zawsze czynną łazienką.


ciotolubka 2011-11-14 05:58:44
skomentuj (4)
Pontcharra i la Rochette

Budzę się koło dziewiątej, w domu nikogo. W kuchni robię sobie dobrą kawę i wychodzę z papierosem na balkon.  Nudno. Co tu można dalej robić? Składam pościel na materacu w kostkę, rzucam okiem na książki w przedpokoju (średnie SF) i wychodzę. Na dole ze skrzynki (klucz wrzuciłam) odpisuję poprawnie wszystkie nazwiska. 

Mam czas. Idę pieszo w kierunku dworca. Droga trochę z góry, więc wygodnie. I już jest park, w którym spałam w przeddzień. Obok poczta.  Pieniądze z bankomatu, karnet znaczków. Teraz znajomy taras więc kawka, jem znowu u Chińczyka, lecz już nie tak olbrzymio.  Co tu dalej? Wg rozkładu mój bezpośredni autobus będzie po dwunastej. No to rzucę okiem, tak z ciekawości, na ten autobus do Polski. Ten ma być w samo południe. Obok już czeka onieśmielony chłopak w wymiętych spodniach i niemodnej fryzurce. Przy nim kupa bagażu i zatroskany, przedwcześnie zmęczony życiem ojciec pali skręta. Ani chybi Polacy na robotach.

Do Polski przyjeżdża, prawie pusty (jeszcze w drodze nabierze), stoi tu 10 minut, więc grupka przy nim pali – obserwuję leniwie siedząc na worku pod drzewem na sąsiednim przystanku. (Znowu to jakieś nietypowe zmęczenie.)

Do Polski odjechał a mojego nie ma?  Tylko mały chłopczyk obok telefonuje z komórki do mamy, że jest na dworcu i czeka.  Czy spóźnia się, czy przegapiłam i już odjechał? Pytam.  Nie, w porzadku, odjeżdżają z tego stanowiska.

Zaglądam jeszcze raz w otrzymaną karteczkę. Osz, k..a! One nie chodzą co dzień! Dzisiaj tego bezpośredniego nie będzie.

No to pociąg. Na południe latają co godzinę albo częściej. I za niecałe 5 euro mam bilet do Pontcharra. (Przed dworcem raz był autobus, ale najczęściej nic nie ma. Niemniej rzucam okiem na rozkład.)

No cóż, pozostaje przebić się pieszo przez miasteczko. Drogę znam od lat na pamięć. O, na tym murku kiedyś mapę suszyłam, gdy mi się woda w torbie rozlała, za tym garażem się przebierałam w upale, tu tabac (uzupełnić zapasy tytoniu przed wejściem na górę!) a tu sklep z magicznymi rzeczami lamy. Bric-a-brac, wszystko za 1 euro, lecz zawsze coś ciekawego się trafi. Zwiedzam. Wewnątrz aż przyjemnie chłodno. Rzucam worek przy kasie i na luzie oglądam. Wybieram krążek pół kilo fig z Turcji (nie przepadam, ale w podróży jak głód to mogą być), skarpetki! Potrzebuję, bo te co na nogach to już z dziurą. Szukam czysto białych, lecz nie ma, tylko jakieś z paseczkami. Ale Dim, dobra marka. Dwie pary za 1 euro to okazja, biorę. Teraz – co to? Koronkowe czarne rajstopy, duży wyrazisty deseń. Ja tego nie włożę, ale szkoda zostawić, bo fajne. Będzie na głupi prezent dla jakiejś cioty, co lubi przebieranki.  Jaś dostał ode mnie raz kilkumetrowe boa z piórek (wyprzedaż po karnawale).

- Zakładam je do czerwonych stringów i śpiewam arię z Toski – zapewniał mnie kiedyś w telefonie. I śmieliśmy się oboje.  (I chyba nawet je od niego pożyczyłam, jak były te gejowskie urodziny Maciusia w Dragonie.)

A Słońce olbrzymi tęczowy parasol dobry na Paradę używa normalnie jak deszcz  i chwali sobie rozmiar (że zmieści się cała rodzina z dzieckiem). A też kupiłam na zgryw, bo gejowski.

Wracam oglądnąć jeszcze raz ramkę. Ta trochę droższa, ale to jest ładne. Prostokąt podzielony na mniejsze, nieregularne. Styl japoński Zen. Stać mnie, biorę też.

I znowu upał i lezę przez miasteczko. W końcu mostek na strumieniu (ciągle zapominam nazwy, lecz to ten sam, co spada z gór obok Karma-Lingu), rondo i już można łapać. Teraz będzie 8-10 km ładnej drogi, z jednej strony zalesiona góra, z drugiej łożysko strumienia (szerokie, po potrafi nagle przybrać), lecz jej jeszcze nigdy nie robiłam pieszo.  Teraz też, 5 min nie upłynęło i jakaś młodzież podwozi mnie do la Rochette. 

Teraz bar Cardinal. Od kiedy go pamiętam, już dwa razy zmienił właściciela, lecz poza tym bar się nic nie zmienił. Toaleta w głębi, piwo na tarasie. Pod płóciennym dachem patrzę z zadowoleniem na kwiaty w oknach naprzeciwko i czuję się jak w domu. Pytam o poprzedniego właściciela.  Miał siwy jeżyk na okrągłej  głowie i właściwie bardzo przypominał kota Pompidou rasy rosyjskiej niebieskiej, z którym pewnej zimy na Karma-Lingu dzieliłam szalet. (Raz nabrudził w łazience i strasznie się tego wstydził, więc kupiłam mu kuwetkę. A raz zaatakował go dziki jak demon kot Skarpetka i ciężki –5 kg kota- Pompidou wskoczył na drzewo i wrzeszczał z rozdartym brzuszkiem.  Kociątkiem należał do krowiastej blond Stefanii, co potem chodziła z lamą Tseunamem.  Dwa grubasy wyglądały jak para słoni. Ale rozlecieli się szybko wszyscy (pasje są letnie na Karma-Lingu) i każde poszło w swoją stronę. Kot został. Stąd się biorą zwierzęta Karma-Lingu: czasem mają jeszcze właściciela, czasem są po nim wspomnieniem. Ale zaopatrzenie kupi i kilka puszek karmy i ktoś im zawsze napełni miseczki.  Obojętne buddyjskie współczucie. A jaki dekoracyjny był kot Maryse, trzeciej żony lamy, gdy ogon mu zwisał z lodówki w sali jadalnej. Był trójkolorowym długowłosym tabby z falującym ogonem.)

- A, Robert? Odszedł na emeryturę, teraz ja jestem właścicielem.

 

Jeszcze znajomy tabac, gdzie biorę kilka pocztówek, i naprzeciw merostwa uliczka w górę,  w połowie jakaś fabryczka gdzie luźno, można wjechać, można się zatrzymać. Tam zawsze łapię i po chwili ktoś mnie podwozi na rynek w Arvillard.

Piwa już nie chcę, w sklepiku też nic nie potrzebuję. Od razu w górę obok ukwieconego domu (kwiatów na nim wyraźnie mniej, pewnie właścicielka umarła) , w lewo i za zakrętem obok budki jest wygodne miejsce na uwalenie się na alpejskiej łące a jednocześnie widać z góry, kto nadjeżdza.  A samochody tu uprzejme i każdy bierze swoich.  Tam zawsze czekam.

 


ciotolubka 2011-11-13 20:01:10
skomentuj (0)
Alexa

Przed szóstą zaczynam się zbierać. . Ochlapuję się z upału przy fontannie (wrzeszczące dzieciaki gdzieś wcięło). Przy dworcu widziałam widziałam plan miasta. Także miejskie autobusy. Gdzie tam do Aleksy?  Na północ? I dwa autobusy tam jadą, jeden właśnie nadjeżdża. Jeszcze pytam kierowcy, i ten po paru przystankach mówi, żeby wysiąść na następnym (ludzie tutaj uprzejme). Ukwiecone rondo. Na wprost mam porośniętą trawnikiem górę, na niej kilka budynków. To tam jest ta pływalnia?  Z boku pod górę ulica, a stroma, że zjeżdżając trzeba hamować silnikiem. Właśnie Aleksy, Ale czy ja mam tam podleźć? Padnę!  Na szczęścię zaraz w pierwszej bramie stoją dwa bloki mieszkalne, a jeden ma numer Aleksy. Uff...  I ledwo weszłam na podwórze, gdy z domu wychodzi Aleksa.  Wspaniała kobieta!  Wysoka (chyba z metr 80), luźne czarne włosy, szlachetne rysy Indianki.  Już na Karma-Lingu w naszej Tróbogini była nimfą w kwiecie kobiecości. A teraz jeszcze wypiękniała!

- Aleksa )))

- NinaOu!  Ale skocz ze mną na róg po zakupy.

Aleksa kupuje wino, parę drobiazgów i wracamy.  Bloki, drugie piętro, windy nie ma.

- Poznaj moją rodzinę. Oto Louma. - Dziewczynka ma już z 10 lat, a ja ją pierwszy raz widzę. Trochę krępa i może coś w odcieniu, ale ujdzie za białą. Aleksa z nią wróciła z Katmandu.   

- A oto : mężczyzna mojego życia! – I pojawia się misiowaty rozczochrany rudzielec Frédéric. Jest psychologiem szkolnym, jak Romaric.  – Od dwóch lat jesteśmy razem.

- A teraz: czego potrzebujesz najbardziej?

- Łazienki! Wracam z odludzia.

I dostaję ręcznik wielkości prześcieradła (mam własny, nie muszę jej brudzić). Wanna! Długo się kąpię, moknę, odświeżam, czyszczę. Cudownie.

Teraz wypijamy z Fréderykiem po kieliszku wina, co czym on znika w kuchni a ja z Aleksą  na balkonie palimy i plotkujemy.  Podoba mi się pomysł: podłoga balkonu wyłożona zieloną wykładziną dywanową imitującą trawę. Przyjemnie pod bosymi stopami.

Opowiadam raz jeszcze to, co opowiadałam Mamô: nie moja wina, że mały Yves się zabił. Ja mu źle nie życzyłam! Mi zaraz w Montchardon kazano przebaczyć, więc zadzwoniłam z tym do niego, a także do szamana w Grenoble.  Ale dla Aleksy to już prehistoria, zaledwie sobie postacie przypomina.  Powinnam to opowiedzieć Magali, ona z Yvem była bardziej związana. To nie moja wina, moich złych życzeń na pewno nie było, lecz jakoś z Jasiem "tak mamy", że nasi wrogowie ? – to za mocne, ale z kim nieporozumienie, to prędko umiera.

Trochę plotek z Karma-Lingu (usłyszę je lepiej u lamy), piękna Ysabel podobno się procesuje, lecz od roku z Aleksą pogniewana (niedobrze), Magali ma drugiego syna.

Fréderic prosi do stołu. Przygotował faszerowane courgettes i bakłażany w zapiekance.

- Nagadałyście się, dziewczyny?

Z uśmiechem mu dziękujemy, pijemy wino.

Znalazł się dla mnie materac z gąbki i pościel. Spać będę w séjour po odsunięciu stołu.

- Oboje wstajemy rano, ja jeszcze muszę odwieźć dziecko do szkoły.

- Jestem bardzo zmęczona, chciałabym pospać dłużej, mogę?

- To zostawię ci klucze. Wychodąc przekręć dwa razy i wrzuć na dole do skrzynki, jest nazwisko. 
ciotolubka 2011-11-10 09:08:24
skomentuj (0)
niewidzialna aura sympatii

 

"...niewidzialna aura sympatii, którą każdy przekazywał dalej. 

Dzisiaj świeciło słońce i czułem radość istnienia."

( z http://pozasoba.blog.pl/dzisiaj-wiecilo-sloce,15500514,n ) 

Ładne...  chyba od czasu do czasu zajrzę. Po linkach od poznańskiego misia.


ciotolubka 2011-11-10 09:07:33
skomentuj (1)
Chambéry!

Chambéry! Ukochane miasto, miasto słoni. Nasza Hastinapura (mitologiczna nazwa Benares.) Słońce, ciepło, wszystko znajome!  Dworzec mały lecz funcjonalny, zaraz po drugiej stronie ulicy pełno kawiarni, tarasy (siedziałam nieraz na każdym).  Najpierw piwo czy kawa, mam czas, jeszcze ranek.  Przy sąsiednim stoliku zasiada starsze towarzystwo, ciągnąc za sobą małe walizki na kółkach. Dwie dobrze już starsze panie (skąd wiem, że to lesby? gay-radar?  bo wyglądają jak Gertuda Stein z przyjaciółką (Alice Toclas)?). Patrzę z przyjemnością: ubrane w prawdziwy len, jedwabny fular kolorem dobrany, różne dodatki. Gdy będę stara, też chciałabym tak wyglądać.  Starszy pan przy nich też nie mieszka w blokach ani nie pracuje fizycznie lecz w kulturze. Ech, te moje ciągotki burżuazyjne. Josette też jest bardzo elegancka, ale tu – to wyżej.  Ale chyba nie można na raz mieć wszystkiego. Ja prosiłam o życie ciekawe a niekoniecznie komfortowe. Więc skoro w  dżinsach mi ciekawiej... Dostałam, o co prosiłam. 

 

Teraz, co dalej? Nie spieszę się a chciałabym odpocząć.  Gdzie? Dzwonię do Josette. (Tam nieco ą ę lecz wygodnie.)  Niestety, Josette aż się ustrawiedliwia w telefonie, że ma problemy i nie może mnie przyjąć.  Co jest? Znam jej gościnność, najpierw w willi, potem po rozwodzie już w apartamencie a jej papierosów przyniesionych jak byłam w szpitalu, to jej nigdy nie zapomnę, moja dozgonna wdzięczność. Więc skoro nie może, to problemy pewnie duże. Biedna Josette! Z nią samą czy w pobliżu, bo ma liczną rodzinę a rok temu wspominała o kłopotach z synem. 

No to dzwonię do Alexy, której z 10 lat nie widziałam, lecz wiem, że mieszka w Chambéry.

- Alexa? Jestem w mieście, możesz mnie przenocować?

NinaOu (podrabia mój akcent, tak mnie nazywano na Karma-Lingu)?  Nie ma sprawy, ale do szóstej nie ma nikogo w domu. Oboje pracujemy. A mieszkam teraz (i podaje mi adres). Przyjdź wieczorem.

No to jestem w Chambéry i mam cały dzień wolny.

Teraz jeść! Przecież ja w ostatnich dniach niewiele jadłam. I nie piłam! Przypuszczam, że to moje dziwne osłabienie może być z odwodnienia. Najlepiej do Chińczyka, gdzie dużo, tanio, smacznie i lekkkostrawnie. Okazuje się, że też tuż obok, naprzeciw dworca, jest nowa restauracja japońsko-chińska. Kochane Chambéry, wszystko na miejscu!

Wparowuję. Przestronnie, przytłumione światło i pusto. Wow, co za dekoracja!  W części o stopień czy dwa podwyższonej , na środku szybami wydzielona przestrzeń, w środku piasek, kaktusy, inne tropikalne rośliny. Światło z góry.  Okrąża ją pas stolików.

- Poproszę ryż kantoński, dużo, jeszcze. I kurę w ananasie. I to obok, to ciemne.  I karafkę wody.

- Proszę zająć miejsce, przyniesiemy.

 

Płacę ponad 10 euro, choć normalnie u Chińczyka to mi 6 wystarcza. Wybieram miejsce przy stoliku z widokiem na dekor. Pusto i czysto, tylko gdzieś w głębi szepcze chińska czy japońska parka. Dostaję swoje, wyrzucam z barkietek i robi się aż kopiasty talerz. I zmieściłam w siebie wszystko!

 

Teraz, z pełnym brzuszkiem, najlepiej gdzieś się zdrzemnąć.  Ruszam powoli w stronę centrum.  Tuż zaraz placyk, skąd ruszają autobusy. Ciekawe, może do Pontcharra też będzie? A na tym przystanku stają autobusy do Polski. A stad – do Genewy na lotnisko. Wspaniałe miasto! Nie jest taką pułapką na turystów jak Clermont-Ferrand, z którego nie można się wydostać. Chambéry ma doskonałe połączenia ze wszystkim. Pytam panią w okienku o autobus do Pontcharra i dostaję karteczkę z rozkładem. Są nawet aż do la Rochette, a parę nawet do Arvillardu jedzie. Jak byłam młodsza, musiałam pchać się tam autostopem. Ale w zeszłym roku przy dworcu byl autobus, unowocześnili się.

A co za placykiem?  Parkingi, a za nimi wspaniały park. Właśnie tego szukałam! Pięknie strzyżone trawniki, na których grupki ludzi, alejki, ławki, kwiaty, rzadkie drzewa.  W środkowym ciągu rząd baseników z fontannami, a że gorąco, to jakieś dzieci w nich się kąpią...  Walnęłam się pod sekwoją i chyba się zdrzemnęłam.  Potem się przeniosłam na sąsiedni trawnik, bo ktoś przyszedl z psem czy grupka młodzieży w pobliżu była za głośna. Magnolia była naprzeciwko, a drzewko nade mną  (chyba) było amerykańskim ambrowcem.


ciotolubka 2011-11-07 06:39:30
skomentuj (0)
Clermont-Ferrand

Wieczorem Charles mówi:

- Jeśli chciałaś zobaczyć Thierry'ego to mogę cię tam podwieść.  Ale sam u niego nie zostanę.

- Chciałabym go zobaczyć, skoro jestem w okolicy. Poproszę też o zioła na moje nadciśnienie. U mnie konfliktu z Thierrym nie było. (Choć Charles plotkarz powtórzył mi parę detali z których wynikało, że Thierry raczej bał się moich nadmiernych energii ognia. Sam był spokojny jak Tao czy jak woda.)

To Charles jest pamiętliwy i nadal gniewny. Thierry się stara o zgodę, mówił mi, że wkrótce po gniewnym rozstaniu podrzucił Charlowi  worek kartofli do Basse, a teraz widziałam u Charla książkę Thierry'ego. Też dostał w prezencie z dedykacją, tak jak ja.

 

No to jedziemy trochę dalej, przekraczamy nationale, jest Mérinchal. Charles mówi:

- Ale ja u Thierry'ego nie zostanę. Tylko ciebie wysadzę. Usiądźmy najpierw w tej kawiarni.

Siadamy, rozmawiamy, jest kawa. (Ależ jestem zmęczona!)

- A co zrobisz, jak Thierrego nie będzie? On teraz często wyjeżdża.

- Poradzę sobie. Są w miasteczku jakieś pokoje dla turystów?

- Nie wiem, trzeba zapytać patrona.

Okazuje się, że są aż dwa domy. Jeden nawet widoczny z tarasu kawiarni.

- Jedźmy.

Podjeżdżamy. Niestety wyglada że zamknięte i nikogo. Przed domem żadnego samochodu. A ja jestem taka zmęczona, że nawet nie mam siły wysiąść i rzucić okiem na ogrody. Słynne ogrody Thierry'ego pełne rzadkich roślin, nieogrodzone, dostępne.

- To co teraz?

- Zostaw mnie tu, na skrzyżowaniu dróg. Samochody jeżdżą, zrobię trochę autostopu.

- Jak chcesz.

To nationale z Limoges do Clermont-Ferrand.  Charles przystaje na jakimś placyku.

- Tu można się wygodnie zatrzymać, tu możesz łapać.

Rzeczywiście.  Droga równa, widoczność dobra, za plecami mam nawet jakiś hotel.  (Jak nic nie wyjdzie, to jest się nawet gdzie kawy napić. Co do noclegu to nie jestem pewna: w lesie bezpłatnie, a ziemia sucha i na dworze ciepło. Więc po co płacić, skoro jest za darmo.)

Ale za parę minut już siedziałam w jakimś samochodzie. (Nawet chyba nie zdążyłam wypalić papierosa.)

 

Po godzinie jestem w Clermont-Ferrand. Śliczne miasto w dolinie, schodzę w dół, rozglądając się, parę uliczek i jest przystanek autobusu.  Dobrze, jedzie na dworzec.

Autobus jedzie i jedzie, przez okna widzę ulice ocienione drzewami. To miasto jest spokojne i intelektualne, ze starymi szkołami, czytelniami, uniwersytetem. To je opisał Anatol France? To tu kręcili filmy o młodości Marcela Pagnola? To podwórko szkolne z krużgankami i stare platany? (Pamiętam ulubioną kawiarnię-czytelnię Thierry'ego.)  Ktoś mnie uprzedza, że następny przystanek, to będzie dworzec.  Ale zobaczyłam na rozkładzie jazdy w autobusie, że końcówkę ma na wschodzie miasta. Wylot na Lyon.  Jeszcze jasno, pogoda ładna, a ja trochę wypoczęłam.  Może by spróbować stopu?  (Tak jest bardziej sportowo.)

 

I tu się zarżnęłam. Co ja wmawiam sobie, że jestem "dzielna autostopowiczka", skoro już dawno na to nie wiek i uroda, a teraz już nawet i siły już nie te? O autostopie najstarsi ludzie zapomnieli. Wszędzie pełno autostrad, gdzie pieszy nie może wejść a samochód się zatrzymać. Okres autostopu dawno się skończył.  Samochody też jadą tak szybko, że nawet nie zdąży zahamować.  Każde podejście na wlot to kilka kilometrów.

Niby jest jakieś, ale czy to to?

Ludzi niewiele, ale pytam o wylot na Lyon.

- Autostrada tam.

- Nie autostrada, wolę nationale.

- Tego już nikt nie bierze.

(Racja. I wokół miast parędziesiąt km autostrady bezpłatne, zapomniałam.) Ale na drugi dzień zobaczyłam, że też brali.

Teraz jakieś centrum handlowe, też na kilometry. Jest plan okolicy. Niby tędy, niby nie tędy?  A tu już się ściemnia.  Zmęczona jestem!

No trudno.

- Jak wrócić na dworzec?

- Tu jest tramwaj.  Wysiąść na ... i troszkę podejść.

To podejście to było ponad kilometr. Pomyliłam uliczki i podeszłam od tyłu przejściem pod peronami. Pusto. Ostatni turyści, ktoś z rowerem, co też ma problemy. Pociągi będą jutro.

No to autobusy? Znowu przechodzę pod peronami. Placyk, stoi parę ostatnich. Ale dokąd one jadą? Jakieś miasteczka lokalne zupełnie mi nieznane. (K...!) Najpierw trzeba odpocząć. Przed dworcem jeszcze świecą restauracyjki i kawiarnie. Tu pizza, tu kebab, tu sandwicz. Zamawiam piwo, palę.  Przyczepia się mały Murzynek.

- Nie masz gdzie spać? Ja mam tu w pobliżu pokoik.. Możesz się przespać, nic od ciebie nie chcę.

(A niech go cholera weźmie! Już taki wyposzczony? Naiwną dwudziestolatką to ja byłam przed dinozaurami. Choć może go sądzę po białych. Sypiałam przecież u znajomych  Hindusów i zawsze wszystkie zasady przyzwoitości były zachowane. Jestem zmęczona, tylko głową kręcę, że nie.)

- A  możesz mi kupić chociaż sandwicz? Jestem głodny.

- A masz 5 euro i spierdalaj!

Za plecami mam hotel.  No nie, nie za taką cenę. Pytam taksówkarza na postoju, gdzie tu tańsze hotele.

- Tu zaraz w tej uliczce są dwa naprzeciwko.

Faktycznie, są. Ale w jednym remont, a w drugim wszystko zajęte. Jest jakiś lokalny festiwal czy zjazd czegoś i recepcjonista mówi, że już nigdzie nie znajdę. Ja też już mam dosyć tego tłoku i hałasu. Odwykłam od ludzi. Trzeba będzie wydostać się za miasto i przenocować na dziko w przyrodzie na trasie.

Więc znów lezę te kilometry pustych nocnych ulic na przedmieściach, gdzie najwyżej samotny kot się przemknie, potem światła, wylot z miasta, szeroka autostrada (teraz pustsza, lecz jadą), jakiś długi wznoszący się wiadukt...  Ileż ja się już dzisiaj nałaziłam?  Juz czuję w nogach i ciele coraz większe zmęczenie. Kukam na boki: tu i ówdzie można by się już do świtu przespać, lecz ciągle domów za dużo a do lasu daleko. W końcu mam dosyć. Budynek jakiegoś banku, oświetlony (lecz tu po nocy nawet samotnego kota), otoczony strzyżonym do pasa żywopłocikiem, jakieś pół metra od budynku. Wystarczy. Do świtu nikt mnie tu nie zobaczy.  Za bankiem strzyżone trawniczki, asfaltowe alejki, tabliczki że teren prywatny ale bez ogrodzeń. Pewnie osiedle o wyższym standarcie, a tam wszyscy mają  samochody. (Przecież Josette mieszka wprost w rozległym parku, gdzie stare dęby, bambusy, z balkonu widać olbrzymi cedr libański. Gdy budowali osiedle, zachowali stare rzadkie drzewa. )   

Wciskam się pomiędzy. Ziemia sucha, pode mną kilka delikatnych chwastów. Jeden nawet kwitnie, więc staram się go nie uszkodzić. Teraz z worka wyciągam mniejszy, gdzie kilkumetrowa płachta plastikowa z Castoramy (świetnie chroni przed kurzem, piachem, wilgocią, paprochami z ziemi, a podwójnie złożona może i przed deszczem, może 10 dkg a zastępuje namiot) i moja żółta kapa, puszysta, ciepła i lekka. Wypalam jeszcze parę skrętów i myślę, że co ja z tym mam, że wolę w przyrodzie daleko od ludzi a nie w hotelu wygodnie jak normalny człowiek.  Świr pewnie.  Lecz Thierry też uczył survivala a "najwięcej nauczył nas autostop" – mówił Plama. Lecz jednak już lata nie te, i nie należy się tak przemęczać. Jestem zmęczona i trochę smutna, że już nie wyrabiam.

Jaki wspaniały był kiedyś nocleg w polu kukurydzy, gdzie chyba na 10 km wokół nie było ludzi! Taki odpoczynek dla umysłu jak tylko na Karma-Lingu, gdzie też można opuścić te blokady przed telepatią, bo wokół sami porządni, żaden syf ci do głowy nie wpadnie!  A inny, przed Lyonem, w zagajniku leszczyny, gdzie spanie było wprost przyjemnością, a o świcie (czy raczej już koło południa) jakiś ptak siedział prosto nade mną.  Ale tu?  To nie natura, tu ślady po ludziach, tu teren ludzi.

 

Budzę się, gdy niebo jest szare. Jakoś nadal czuję się zmęczona i połamana.  Dosyć tej bidy! Znowu wpuściłam się w jakieś kanały! Chcę kawę, śniadanie i wynieść się stąd jak najprędzej.  Wyłażę, ulice jeszcze puste.  Idę spokojnie, nie spiesząc się, w stronę dworca. Niebo z szarego przechodzi w niebieskie. Zaczyna się nowy dzień. A teraz wschodzi słońce. Droga lekko opada, więc wygodnie. O, tu już otwierają kawiarnię!  Jeden stały bywalec gawędzi z patronką, drugi pali papierosa przed otwartym wejściem. Też proszę o kawę i o toaletę, żeby się ochlapać.  A potem, rzuciwszy worek pod barem, też wychodzę zapalić. I palimy spokojnie, oświetleni wschodzącym słońcem.  W tym czasie patronka błyskawicznie rozstawia na ulicy kilka stolików.

Do dworca już niedaleko.  Tym razem czynny, już dzień. Do Lyonu będzie wiele pociągów, a nawet, za godzinę z groszami, jest jeden na południe, przez Chambéry. Kupuję bilet (nie ma kolejek), po sandwicz wybieram się naprzeciwko, bo dworzec dopiero zamiatają i wiele butików jeszcze nieczynnych, po czym go wcinam spokojnie, gapiąc się na ludzi. W pobliżu przysiadł włóczęga z chudym cichym psem. Pies zręcznie przełyka kawałek mojego sanwicza (bo pokazał, że jest zainteresowany) czego jego pan nawet nie zauważył.

Zapalić wychodzę przed dworzec. Murek trochę wysoki, lecz szeroki i wygodny. Rozsiadam się wygodnie, bagaż obok, obserwuję miasto, które zaraz opuszczę. Przed dworcem trzy pasma podjazdów dla samochodów, rozdzielone wysokim na 20 cm wypustem, lecz brzegi zaokrąglone, nie kanciaste. Na środkowym przed przejściem dla pieszych stoi długi mercedes a w nim Murzynka rozmawia przez komórkę. Za nią starsza pani czeka w mniejszym aż przejazd się zwolni. Murzynka gada i gada (ci to mają gadane, krótka rozmowa z rodziną to u nich min. pół godziny).  Pani czeka i czeka, w końcu wyszła i prosi o ruszenie z miejsca. Pani biała, starsza, elegancka.  A tu – jak ta Murzynka się na nią rozdarła! Że ma prawo (nie wolno telefonować prowadząc), że jak pani się spieszy, to może zmienić pas.  (Przeskoczyć? Niedobrze dla opon, starsza pani nie rajdowiec. Wycofać się? Za nią już czeka następny samochód; inne na szczęście biorą sąsiednie pasy, które wolne.) Fuj, co za chamstwo i agresja!  Pani przerażona aż uciekła. (Mercedes Murzynki też pewnie z ostatniej ręki, uratowany ze złomu póki jeszcze jeździ. Szpan dla Murzynów, oni lubią takie.) Z Murzynki wylały się wieki niewolnictwa, upokorzeń i kompleksów. A francuska pani, brutalnie napadnięta, też nie będzie dzisiaj miła i uśmiechnięta. Gdzie za dużo imigrantów zanika kultura i uśmiech la doulce France.  Robi się pochmurno, szaro i brudno,  nastroszeni ludzie  już nie uśmiechną się do obcego, nie porozmawiają  u piekarza czy w barze, już nikt się nie odezwie...

Parę lat temu, jadąc do miasteczka, gdzie Thierry miał wystawę, spytałam na dworcu arabską licealistkę o właściwy autobus.

- Nie wiem – i obojętne wzruszenie ramion.

Spytałam na nowo starszą (białą) panią.  Też nie wiedziała, ale podeszła ze mną do rozkładów, wyszukała właściwy peron (już nie było, bo niedziela, musiałam przejechać lasy Fontainebleu autostopem), gdyby sama jechała w tę stronę, to by pewnie podwiozła. Teraz ta uprzejmość zaniknie.  Pushkar mówił, że w jego podparyskim miasteczku (Garges), skąd biali już się wynieśli, każda nacja czy rasa trzyma się osobno: Hindusi, Arabowie, Murzyni żyją we własnych gettach. (Żydzi w bogatszym Sarcelles po drugiej stronie R.E.R.) Z tą integracją to nie tak łatwo, może zajdzie dopiero w drugim czy trzecim pokoleniu. Na szczęście imigranci ciągną do wielkich miast a prowincja nadal pozostaje biała, uśmiechnięta, kulturalna i wypielęgnowana.

Zanim Murzynka ruszyła, już 5 samochodów za nią się zebrało.

 

W pociągu do Chambéry chyba zasnąłam.

 


ciotolubka 2011-11-05 16:00:09
skomentuj (0)
Coś mi się śniło

Coś mi się śniło, dziwnego, po pierwszej medytacji z Durghimami. I śpi mi się też długo i dobrze. Jak ja tego potrzebowałam! Uporządkować, odespać, ułożyć sobie w środku. Wiedziałam, że pomogą.  Wyzdrowiałam, minęło to zmęczenie, choroba czy depresja. Ale co mi się śniło? Bo ten drugi sen pamiętam: dwóch panów przy mnie, pan Marian a ten drugi to kto? Romuś, co potem napisał książkę o Piłsudskim, i pan Marian mi się cicho spokojnie oświadcza. A ja udzielam wymijającej odpowiedzi.

Ale ten pierwszy był dziwniejszy a zapomniałam. Tak dziwny, że nawet Durghimom opowiedziałam czy wspomniałam. A teraz zupełnie zmyło. Czy mogę zapytać Durgimów:

- Nie pamiętasz, co mi się śniło?

Ale oni zajęci swoim zwiedzaniem Paryża. Parę razy się z nim pokłóciłam, w sprawie logiki czterowartościowej i woli, gdzie ludzka a gdzie boska, i odtąd raczej nie dyskutujemy. Każdy pozostaje na swoich pozycjach. Ja uważam, że skoro Jacek o tetralemacie Platona nie usłyszał na studiach, to odrzuca jego istnienie. Bo po prostu jeszcze do niego nie doszło. Gdzie nie ma słowa, tam się nie zauważa, to dlatego Tybetańczycy dają nam słowa na to, czego byśmy inaczej nie zauważyli. Choć na pytanie, czy istnienie obozów koncentracyjnych było wolą boską (czym  w ostatecznym ciągu wszystko jest) odpowiedział "i tak i nie" czyli czterowartościową.  Także co do oceny moralnej decyzji Edyty Stein nie doszliśmy do żadnych wniosków.  (Zorganizowano jej ucieczkę z obozu, lecz odmówiła zgadzając się obojętnie(?) na śmierć (wola boska). Tu miała prawo, lecz w sprawie jej siostry? Chciano ratować obie, a a tak zginęły obie. Edyta zostaje świętą, o siostrze zapomną. Tu zdecydowano za nią .)

No cóż,  starliśmy się parę razy i koniec dyskusji.  (Nadal zbyt impulsywna tu jestem. "To dyskusja a nie karate" -  mówiono mi w młodości. A mnie nadal bawią emocje walk na czatach. Kulek stale jakieś rozpoczyna. )  Więc świeżo upieczony magister filozofii ogląda na dobranoc swoją bajkę, chce do Disneylandu i bawi się układanką.

 

Ale przejęłam zaraz ich poranne praktyki, wyśmienite. Więc rano szczotkowanie na sucho całego ciała ostrą szczotką wpaniale budzi i ożywia krwioobieg, teraz to spłukać zimnym prysznicem (lub dla mnie ciepłym i zimnym na zmianę), trochę gimnastyki na rozciągnięcie mięśni, pół godziny medytacji na pustkę i kwadrans ćwiczeń wizualizacji na jakimś obojętnym przedmiocie (tu jestem noga i nie rozumiem po co. No, czytałam że w Tybecie wizualizują bóstwa i mandale). Jeszcze oddychanie praną czy wyobrażanie sobie złocistej otoczki...   Jacet podobno idzie hermetyzmem i jego guru to Franz Bardon, jest na necie. Obśmiałam, a przecież to bardzo niegrzecznie.

W ogóle jestem wyjątkowo wredna.  A przecież nieważne od czego się zacznie, którą nitką zacznie się rozwijać ten kłębek. A  ich ćwiczenia mi natychmiast pomogły. Ich wegetariańskie jedzenie też zdrowsze, od razu czuję się szczupła i lekka.


ciotolubka 2011-11-04 16:06:42
skomentuj (0)
(Uzupełnienie)

Jak to piszę (Już za długo żyję), wychodzi mi, że depresja.  Więc może stąd to zmęczenie w ciele, a nie z serca?  A na depresję należy zmienić myślenie. Skoro nie potrafię zmienić reala, mogę zawsze zmienić reakcję nań w swoim umyśle. Bo, jak uczył Ringu Tulku, tylko to od nas zawsze zależy i (najczęściej tylko na to mamy wpływ).  A potem pomyślimy, jak zmienić i real. Bo zawsze mogę w najbliższym otoczeniu. Jak się zrobiło błędy, to można je naprawić. Póki życia, póty zmian. Nawet większe większe błędy, można nawet odkupić zabicie 999 osób, jak mówi przypowieść o "Naszyjniku z 1000 palców".

 

Chyba depresja wywołana osłabieniem ciała czy przemęczeniem podróżą. A jutro (24/11/11) przyjedzie Durghim (na naszym forum nick Jacek) z dziewczyną, pozwiedzają Paryż i zaraz mnie z tej depresji wyciągną.

Jacek właśnie został mgr filozofii, uczcimy. I kompa naprawi, i wyjaśni koany. Oświecony.

 

Ale uważam, że przy okazji wpadłam na jedno rozwiązanie: właściwy stan umysłu w czasie umierania: absolutna obojętność do pozostawianego świata. I postawa obserwatora, i uwaga skupiona na mantrach.  Bo najmniejszy cień żalu czy litości nas sobą – i wracamy. Wykopią z powrotem.

 

Więc i ta moja depresja się na coś przydała.


ciotolubka 2011-11-04 15:47:52
skomentuj (0)
Libia
chodzi o banki
pytania agoravox

Prasa
Next-up
cnic.jp
Salon24
crashdebug ostry!
kokopelli
rense
podolski
wolne media PL
Alex Higgins
Aadivaahan
sint
Lucas Whitefield
Bistro Bar
dissident
Takashi Uesugi
Japan Today
Jean Pierre Petit
Allain Jules
les moutons enrages
NHK radio Japan
Chiny
Astromaria
nowy Bein
cartoradiations
radio blue linki
Japan Times
Japan Focus
rue89
Głasność o Fukushima cd Fukushima story
Paul Keirn
Fukushima story od 4/4/11 cenzura
Energy News
Gazette Nucléaire naukowcy
Liberation
centpapiers CA
hln Japan na biezaco
Kyodo News po ang, JA
Kopp niezalezne media DE
Passerelle niezalezne media FR
rsn niezalezne media USA
science&avenir
agoravox.fr niezalezne media

Radioactivity
dzieci po uranie mocne!
Alex from Tokyo
Dzieci Czernobyla photos
Quake Japan
webcam Fuku
Centrale Europy
CRIIRAD
monitoring JA Tsukuba
radiation JA różne źródła
monitor polski
CLOR Polska powietrze
monitoring Niemcy mapa
french-revolution
grypa666 (paranoja?)
Japan Radiation levels target map
monitoring Japonia
monitoring Niemcy niezalezny, wisniewski
monitoring Polska Bielsko-Biala
monitoring Polska umcs.lublin.pl id=2
monitoring Polska umcs.lublin.pl id=1
monitoring Polska umcs.lublin.pl id=0
monitoring Polska mapa
monitoring Niemcy station 812
monitoring Niemcy station 303
monitoring Francja mapa
monitoring Japonia
astral-projection niezalezne media PL
obnie niezalezne media
Kraftwerk

2011
zapiski po drodze
zrodlo8
syti
Nature
trutu
zyciebear Poznan
ifigenia ex-agniusza
Maruń dla równowagi
1 maly krok
Allais
Kofta
siostramalgorzata

2010
Moczydlo
lepszy świat jest możliwy. Poznań
lepszy świat
ksWojciech
stany w USA
zimno
zabie oko
macondo she is a lady

2009
umieranie
czysta kraina stronka Krzysia
Przebudzenie forum
maszyny zaden Wedrowiec Pustyni nie rowny drugiemu...

Mjuzik
I'm sodomised (I'm so delicious)
Kraftwerk
Kelus - fiat 126p
Kelus - Pytania, ktorych nie zadam (1976)
Kelus - Przypowiesc o jezach
Kelus - Sentymentalna panna S.
Kelus - o rzeczach bialych
Kelus – 600 mil od nikąd
Kelus - Różan (1972)
Kelus – Wyprowadzka (1977)
Super Mario Bros - 2010
Spine Song
A frightened boy
you got owned
Gay Bar
Corka Ciemnosci

Galerie
YAOI, hentai
Niklas & friends
Kummel pare twarzy
Rick
player
Tom of Finland
Marc Ming Chan
Kirwan

FORUM
anty-psychiatria bonus1
karma-kagyu - 2010
ziola
jesze - budda
metta
vipassana
psychotrop
rajama
Wiara
NPL
fokus
Kundalini
Budda
ekumenizm
schizofrenia2
gaylife
satan
oom malolaty
schizofrenia1 wow!
NZ-niewyjasnione zjawiska
psychologia mile bla-bla
astraldynamics
smierc

furje
agniusza
mignona

Gry
dschini
ruchliwe banki
kamienie
questionaut po ang
Samorost-2
samorost-1
psychokineza
jelly-blocks
planowanie
banki
jeja
cronix
Caiman download
puzzles
minigry
jebnij pingwina z baseballa
kurnik szachy i literaki on-line

Kontakt
Moje gg: 3216796
moj email: nina_koral@hotmail.com

Nie geje
bratt
kolega znajomego
genuine
tonieja
piotr
Suliga - CTUD
catmandu
kalevala
jestem
bartuk
Kulki analne - to stan umyslu a nie dupy
wscieklizna macicy
niedoskonala ? ale najmadrzejsza
bibliotekarka
dzielna kobieta w Polsce

Nie moje swiaty
donde-vas
zdrada madry porn hetero

Lektury
Przebudzenie
okultura
dik
misu
Irina
yogin alpha - smierc
Jakie oblesne rzeczy robia wasi faceci? (hetero)
For hetero men - II czyli jak zdobyc kazda babe
dry
hyperreal
Przemoc emocjonalna
homiki
madry Kosciol
O samobojstwie
For hetero men (bo geje wiedza)

Gotyckie czarowniczki
rotten - dlaczego?
Czarny aniol
izis

Nieba gdzie wypoczac
niebo-aniola
pax tibi
turiel
Tomcio
clocks
pax-vobiscum
INRI
Astralny wedrowiec

Madre geje
the-fallen-angel Poznan
wieczorne-zapiski gaydak
shit gaydak
antek
queerowy
gejowski II
gay and the city emigrant 2
krolewiczow dwoch blogspot gaydak 3
krolewiczow dwoch onet (gaydak 2)
noah wyginam cialo smialo
bradshaw
neurotomania myslaca
dusiciel anestezjolog
zapoznany
emigrant
foch
chwast
ordinary normalna para
brian w darkroomie
grubianski
malowane inaczej
smokgrzes
aktywny
jazz
sailaya
koosie
rasko
11k
tesco
gaydak
stand
lara zonata
marginalny
gej rafcio
prawie brunet
kasztanski
jakies to-to inne takie
blog-rysunkowy
schwul
drewno
osiecki w Paryzu
pedalski
chariot
hardox
Jowita
manny
pedal
666 normalny pedal
ortopedal
podgladaczka super!
gotycki
gecko
salma -ya-salama
onanista i swietny porn - niestety na haslo
Pani Brovary gównem i krwią pisany ten blog... i kocham go!
gejowski

Inne swiry (nie zawsze gej)
Amber przyjaciel

Tu milo i cieplo
ejja
dr-lecter
piferko
babcia-malgosia
kobieta-domowa
Niuniencja
wektor
QQ
zycie-z-kobieta
matka-mnie-opierniczyla
A007 sex i przemoc to jest to ;-)
gnusio
stara panna
tesciowa

Madre dzieci
maly brat
god future
nymphadora Harry Potter
perfect-drug
teolog
qyon
obakemono
oczy chlopca
Buddha by Durghim
restroy taoista w szkole
i-i
genialny Snape o Harrym Potterze
niech-mnie -ktos-przytuli
nevannon
siakas dziwna
biseksualista
404 w podstawowce jeszcze
mother nie chce rutyny
szaman lubi Tolkiena
gingers ma rybki i psa
bogumily
podniebny
lamerka z rodziny? demoniczka
Max celne slowo i luxusowa gejowna