RSS
 

Nie ma mnie tu.

29 paź

Nie ma mnie tu. Przeniosłam się na www.blogspot.fr – nazwa bloga ta sama.
Tu – na razie pozostaje archiwum i czasem pokaże się parę linijek nowej botki.
Dyskusje w komentarzach – tam.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nie ma pracy

13 paź

…Za „moich czasów” praca była w PRODUKCJI, w wytwarzaniu jakichś użytecznych dóbr – i PRL miała przemysł ciężki, kopalnie, stocznie, olbrzymie zakłady przemysłowe… Gdzie to wszystko przepadło? Przecież nie było wojny? Dalej…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Marek Gajowniczek – głos pokolenia

13 paź

Pokolenie z komórką,
emigracją, rozbiórką -
ze spodenek króciutkich wyrosło. Dalej…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Piesek

12 paź

Pies pożarł kwit za czynsz z ostatniego miesiąca (wygląda teraz jak psu z gardła) i mapę Francji. Więc dostał starą książkę telefoniczną i pracowicie rozdziera ją kartka po kartce. Trochę niebezpieczny taki zjadacz książek dalej…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kredyt

11 paź

(Napisałam gdzie indziej, ale sobie też wkleję, co o tym myślę.)
…”(Ale widzę jedno:) ten kredyt i spłacanie go. Jeden z moich znajomych ciągle na tym jedzie: nawet na meble do kuchni czy na nowego wypasionego laptopa bierze kredyt. Ten ma chroniczną depresję i nawet na nią się leczył u psychiatry, łykał jakieś tabletki. I żyje w strachu przed utratą pracy. Ten oddał wolność za gadżety. Dalej…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

NWO

10 paź

Wspomniałam, że chciałam wysłać pieniądze chorej przyjaciółce. Odstałam kolejkę do okienka na poczcie, podaję pieniądze – i okazuje się, że już NIE WOLNO! Jak to? I Polska i Francja są w Unii? Dalej…
10/10/2012

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jestem szczęśliwa.

10 paź

Mam obsraną łazienkę, mimo że wychodzę z pieskiem kilka razy dziennie, co ten traktuje czysto rozrywkowo… Dalej…
10/10/2012 21:10

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rano

09 paź

Budzik wrzaskiem obudził mnie o 5:00. (Gérard nie umiał go zamknąć.) Pies w nocy narobił na dywanik w łazience. Dalej…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

8/10/12

08 paź

Wieczór. Moje szczęście śpi w moim wąskim panieńskim łóżeczku dalej…

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

A co ja się będę ….?

08 paź

A co ja się będę szczypać….? Gérard niedowidzi z bliska (moich zmarszczek na przykład) a bałaganiarz jeszcze większy ode mnie. Że okno niedomyte – nawet nie zauważy, także kurzu w łazience. Dalej…

8/10/12 – zauważyłam, że to nowe miejsce na bloga nie zawsze notuje mi datę. A jeszcze nie wiem jak to się ustawia. Trzeba będzie dorzucić ręcznie. Za to wyświetla godzinę – nie wiadomo po co. I nawet nie moją, ale czas chyba w Kalifornii.
8/10 – urodziny François. Jest na facebooku, oglądałam jego fotki z Gujany czy z Sahary… Odezwać się i złożyć życzenia?

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Fałszywa poziomka

08 paź

A po co ja dzwoniłam do Gérarda? No, pretekst żeby usłyszeć jego głos. Dalej…

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Eksmisja

08 paź

Nareszcie. (Czy: o, cholera?) Gérard już dawno miał nakaz. Dom już kilka lat temu sprzedali, miał zostać wyburzony dalej…

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Manon

07 paź

… były urodziny Manon. dalej…

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

„Niezadowoleni z blog.pl”

07 paź

… z zaskoczeniem odkryłam, że blog ma zmieniony wygląd, a ja na niego nie mogę wejść…

To świństwo, co spotkało bloggerów, to ja jeszcze opiszę. Cały wkurw związany z nieporozumieniem z Gérardem włożyłam w pyskowanie: maile do administracji, odzyskiwanie hasła, alarm podniesiony z powodu odhasłowania blogów i przy każdej notce podawanie nieraz prawdziwego nazwiska… Kto miał bloga na hasło, robił to nie bez powodu. A teraz nagle wszystko stało się dla każdego dostępne: znajomych z reala, (nie)życzliwych, męża, żony… I nawet sam autor nie może (z powodu bałaganu z hasłami) wejść by wymazać… Poważne naruszenie danych osobowych. Dopiero po moim pyskowaniu połapali się i blogi na hasło są całkiem niewidoczne. Dla autorów tak lepiej, ale dla mnie? Miałam hasła do kilku blogów ulubionych znajomych (czy Pani Brovary zupełnie przepadła? To duża strata także literacka, tam było wspaniałe pióro, i ostrość widzenia, i cynizm).
Właściciel bloga (jeśli udowodni, że to jego) dostanie hasło i może odtajnić. Lecz Agata od roku nic tam nie dopisał, martwię się o niego.

Założyłam na facebooku grupę „Niezadowoleni z blog.pl”. Wydaje mi się, że można ich nawet skarżyć o naruszenie czy zniszczenie własności autorskiej.

Blog, dawniej, to była STRONKA PRYWATNA autora. Za to się nawet zapłaciło (SMS za kilka złotych, lecz zawsze). A na swoim prywatnym terenie nikt nie zniesie, żeby ktoś mu choćby odcień czy kształt czcionki zmieniał. Na blog składała się treść + szata graficzna, nieraz z dużym nakładem pracy wycykana, każdy blog był inny – I – do bloga należały także linki, co razem pozwalały śledzić znajomych i zainteresowania autora, poznawać przyjaciół przyjaciół i znajomych znajomych… Byliśmy powiązani wspólną blogosferą. Wszystko znikło, u mnie wymazano e-prasę, muzykę, fora dyskusyjne, przyjaciół…
Ech…
Ale na razie wolę o czym innym. dalej…

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Luiza

07 paź

Gérard ostatnio stracił swoje zwierzęta. Coś do dbania, opieki i kochania, chroniły przed samotnością. Kotka wyskoczyła oknem a stara suka umarła. No, ja się przyplątałam, ale ja mu psa nie zastąpię…. dalej…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rozwód (cholera!)

07 paź

Miło było, ale się skończyło. Popyskowaliśmy sobie, tzn on: „jak ci się nie podoba, to spierdalaj!” i wysadził mnie przed dworcem. A oboje mamy dosyć stanowcze i gwałtowne charakterki. Ja byłam wściekła dalej…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wkurw

07 paź

Od miesiąca nic na blogu nie wkleiłam, z wiadomych powodów. Uniemożliwili mi! Straciliśmy serca do bloga na platformie blog.pl. A człowiek dalej…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Anna Bojarska

06 paź

Odkrywam Annę Bojarską. (dopiero dzisiaj. No cóż, mieszkam poza Polską.). Jest na necie, tu:
http://www.annabojarska.pl
/ . Dalej…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przenoszę się

03 paź

No cóż, przenoszę się na
http://ciotolubka.blogspot.fr
. Zapraszam.
A co nas na blog.pl spotkało, jeszcze z rozżaleniem opiszę…
3/10/2012

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

ZMASAKROWANO NAM BLOGI

22 wrz

To chyba moja ostatnia notka tu. Podam jeszcze adres, dokąd się przeniosłam.

Straciłam gromadzone od 9 lat linki do odwiedzanych stron, gazet, gier, muzyki, forów dyskusyjnych  i wirtualnych znajomych!  Przykrość i niewygoda jak wymazanie kontaktów w telefonie z  jednoczesnym zgubieniem notesu. Rozerwano nam przyjazną sieć blogosfery, zmieniono nas w grupę rozproszonych zagubionych jednostek. W jakim celu? Divide et impera starożytnych Rzymian?

Proszę znajomych o wpisanie  jeszcze raz tu w komentarze linka do nich.  A także proszę wszystkich znajomych, którzy pozostają na tej platformie,  o ponowne odtworzenie linków…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ale (Bauby)

04 wrz

Ale (pytanie dla 11k):

Czy nasza obecna sytuacja nie przypomina tego dziennikarza z syndromem locked-in?  Niby mamy większy stopień swobody, możemy się poruszać, doświadczać (bardziej dowolnie) różnych zewnętrznych wrażeń (mamy 5 czy 6 wg klasyfikacji azjatyckiej zmysłów), lecz tak samo pozostajemy „świadomością uwięzioną w ciele”.

I znowu powrót do starego koanu:

- Pierwszym więzieniem (czy ograniczeniem) jest moje ciało, ostatnim – cały wszechświat. Gdzie wyjście?

I odpowiedź tego „yellow chipmunk” (wg Billa):

- Nie ma więzienia.

Ten to był szpenio!

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

4/9/2012, Bauby

04 wrz

Wpadłam na chwilę na kompa, jutro znowu wyjeżdżamy do połowy września. Notuję szybko:

Z lektur: David Lodge – Pensées secrètes , stare, sprzed 2000 ale ciekawe. Campus uniwersytecki, cognitywistyka. Wspomina film „Ghost” (chciałabym obejrzeć) i książkę (zapomniałam autora, autentyk): dziennikarz po miesiącu w coma pozostaje sparaliżowany, świadomość uwięziona w ciele, i tylko mruganiem powieki podyktował książkę o tym, co przeżywa. (Zobaczył ją jeszcze wydaną, po czym umarł.) Przypominam sobie, że o tym w swoim czasie słyszałam – do odszukania.

Już, w googlach: Jean-Dominique Bauby (ur. 23 kwietnia 1952, zm. 9 marca 1997) – francuski dziennikarz, redaktor ELLE(1991-1995).

W 1995 roku zapadł na tzw. syndrom zamknięcia (locked-in syndrom), w wyniku czego został zupełnie sparaliżowany. Mógł jedynie niewiele poruszać głową, chrząkać i mrugać lewym okiem (prawe zostało mu zaszyte z powodu wysokiego prawdopodobieństwa zapalenia spojówki). Pozostając w tym stanie napisał książkę Skafander i motyl (fr. Le scaphandre et le papillon). (z
http://pl.wikipedia.org/wiki/Jean-Dominique_Bauby
)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dom starców w Aumale

21 sie

Dom starców w Aumale. Uprzejma recepcjonistka nic nie wie.

- Podam pani numer towarzystwa opieki nad zwierzętami…

- Nie, raczej wolę z waszą kuchnią. Jeżeli ktoś kota widział, to właśnie oni.

Zadzwoniłam.  Szef kuchni, w pośpiechu, rzuca, że nikt tam nie widział kota. Kotów i psów tu nie ma.

Jak to? w domu starców nie wolno ze sobą pieska czy kotka trzymać? To co to za dom opieki i co za standard? A co się robi dla samopoczucia mieszkańców? Reklamują się na internecie, jakie to dla nich ważne: integracja, występy artystyczne… A gdzie jest coś do kochania na samotność?

 W moich paryskich początkach pilnowałam w week-endy 100-letniej staruszki w dużym apartamencie. Babcia była psychicznie sprawna i inteligentna, a na jej posłaniu 7 kotów się wylegiwało. Kot wyciąga choroby i kot przedłuża życie.  Co prawda sikały nieraz w wykładzinę dywanową co córka-lekarka, wyjeżdżając na week-end, spryskiwała terpentyną… W domu dziwnie pachniało, lecz w biblioitece była całość Czechowa w oryginale i śliczne bambusowe złocone chińskie meble – bo wiali przed wojną czy rewolucją przez Władywostok.   

Ale, że dzwoniłam kilka razy, któraś z pań się wygadała, że mieszka tu staruszek, co ma koty. Chyba z 50. Koci-dziadek. Super!  Znałam kiedyś jednego, taki zauważy każde zwierzę. Czy mogę z nim porozmawiać?

Łączy mnie, ale monsieur Voineau to w drugim prawym skrzydle. Dzwonię jeszcze raz.

- Pan Voineau teraz odpoczywa w swoim pokoju. A telefonu tam nie ma. Proszę zadzwonić po południu.

- Czy można go odwiedzić? Będziemy za kilka dni w okolicy.  Choćby zostawimy mu zapasy naszych krokietek dla psów i kotów, co nam już niepotrzebne.  (Mamy tego kilogramy!) A na razie tylko proszę mu przekazać nasze zapytanie czy nie widział kotki, jasnej sjamskiej angory. Uprzejmie pani dziękuję…

Na razie to na tyle. A Manon już dwa razy pytała, co w sprawie naszej kotki robimy, czy kot się nie znalazł.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Tytoń (przesłałam na forum zioła)

21 sie

Coraz droższy, a nałóg wymaga. Ostatnio znalazłam na internecie że liście złotokapu (Laburnum) (cała roślina podobno trująca) były używane jako namiastka tytoniu. Drzewo należy do rodziny bobowatych – czyli wiąże azot i może wytwarzać różne alkaloidy. Przypominam sobie, że z jego nasion wytwarzano lek bułgarski na odzwyczajenie się od tytoniu. Po zażyciu tabletki zapach tytoniu wywoływał mdłości jak u kobiety w ciąży.

Teraz mam w okolicy pełno złotokapów – nasuszyłam liści i spróbowałam. Przyjemne, coś w tym jest. Na razie mieszam złotokap z tytoniem, bo jeszcze nie opracowałam technologii. (Zielony liść wysuszony jest sztywny, łamliwy i kanciasty.)

Czy ktoś wie więcej na temat?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ostatnie dwa tygodnie

20 sie

Był telefon: jakaś pani widziała naszą kotkę w pobliżu domu starców w Aumale. (Więc żyje!) Czy mogę zadzwonić?

Dzwonię. Pani potwierdza: jasna, puszysta; podeszła, ale złapać się nie dała. Na wszelki wypadek pani rozłoży w pobliżu trochę kociego jedzenia. Dziękujemy.

Patrzymy na siebie. Dom starców. I w myśli: najlepsze dla naszej kotki miejsce.

- Dom starców… Odwiedzałam kiedyś  starego polskiego poetę, pana P., w domu starców w Sarcelles na płn Paryża. Miał swoją kotkę ze sobą, tzn. widziałam tylko kuwetkę. A gdy obeszłam budynek, przy kuchni, na bennach ze śmieciami, wylegiwało się kilka wypasionych kocurów. Posiadłość w pięknym parku, cisza, spokój, agresywnych i hałaśliwych psów nie ma… Osoby starsze i samotne lubią koty, a i personel podkarmi, jeśli właściciela zabraknie. Wspaniałe miejsce dla kotki; dobrze się urządziła. Charakterem też najbardziej do domu starców pasuje…

Tak się pocieszamy. Jednak obowiązek nakazuje zadzwonić, wypytać.  Planowałam zaraz, ale znowu wyjeżdżaliśmy i pobyt w terenie przeciągnął się na 2 tygodnie. Tak, że dopiero dziś jestem na swoim kompie. Telefon i adres już znalazłam, jutro dzwonię.

 

A tymczasem Gérardowi umarła stara suka.  Gdy przyjechałam, w piątek wieczór, wspomniał że się o nią martwi, że pies od środy ma trudności z kupką. Także ma jakiś guz czy wybrzuszenie na żebrach, no i zgrubła…

Patrzę na psa. Suif zawsze była grubawa, to już nie linia młodego charta ale starsza pani, posiwiała na pysku, ma prawo mieć trochę brzucha.

- Może z nią wyjdę? Na końcu uliczki jest kawał łąki, załatwić się w przyrodzie będzie jej przyjemniej.

Pies patrzy na mnie, rozumie i wychodzi chętnie. Przykuca nawet często, ale robi tyle, co kot napłakał. Za to ja, spacerując na trawie przy wjeździe na autostradę (to już nie dzika łąka, koszą ją regularnie) odkrywam resztki chrzanu, co kiedyś miał tu stanowisko. Chrzan we Francji jest nieznany i rzadki. Chcę odnóżki!

Wracamy. Trzeba wyjść znowu, z nożem do wykopania i z siatką.

- Suif, wyjdziesz ze mną?

Ale pies, zrezygnowany, więcej nie chce.

 

Wyjeżdżamy przed świtem. Nad morze prawie trzy godziny drogi. Gérard się zastanawia: lepiej od razu do weterynarza czy najpierw zostawić wyładowaną przyczepę na naszym terenie?  Lecz szybciej będzie od razu.

 - Wolę do tego niż w Rosny. Ten leczy także krowy i konie, ma więcej doświadczenia. No i tańszy.

Więc parkujemy przed weterynarzem zaraz po ósmej.  W recepcji wspaniała les (ten uśmiech, oczy, męska sportowa sylwetka, chłopięca fryzurka) pyta:

- Czy są państwo umówieni? Bo rano tylko na RDV. Co jest psu?

Gérard zaczyna coś tłumaczyć. Ja strzelam:

- Od kilku dni nie może się wypróżnić.

 - Ojej! Załatwię wam coś pomiędzy…

Formalności. Imię psa? Okazuje się, że tutaj był szczepiony. Właściciel : Elsa P.?

- To jego córka!

- Więc zmienię właściciela na Gérard.

Poczekalnia. Zaczynam czytać jakiś artykuł i po paru minutach nas proszą.

W korytarzu niski podest: zmierz wagę swojego ulubieńca. Wprowadzamy Suif: 29,5 kg.

(Potem, gdy Gérard z véto poszli na radio, i ja się zważyłam: 55 kg. Bo czekałam sama w gabinecie, drzwi były otwarte a mi się nudziło.)

Wrócili. Z radiem. Na którym widać tylko pełno wody w brzuchu. Weterynarz nie wie, co jest. Zatwardzenie też możliwe, ale mało prawdopodobne. Niemniej przepisuje także lekki środek przeczyszczający. Za to może być rak wątroby, zapalenie macicy i jeszcze coś czwartego. Pies dostał zastrzyk antybiotyku, drugi z kortyzonem i tabletki diuretyku (może choć trochę tej wody wysika). Zdziwiony, pyta kilkakrotnie czy pies je, czy ma apetyt. Ale grubawa Suif, na podobieńswo swego pana, lubiła zjeść mięsnie i smacznie. Gérard gotował dla niej i dzielił się swoim jedzeniem: krwisty befszyk,  olbrzymie kotlety z karkówki, gulasz wieprzowy na ryżu bardzo tłustym … I jeszcze parę dni Suif z apetytem wcinała pieczone kurze udka czy mieloną surową wołowinę.

Co można zrobić? Weterynarz mówi, że w Lille, Caen i w Paryżu można zrobić psu skanner, co może pomóc określić chorobę. Można też psa operacyjnie otworzyć, zobaczyć – i jeżeli rzecz nieuleczalna, pies zostaje od razu uśpiony. Przyjmujemy do wiadomości w milczeniu.

Na razie weterynarz chce zobaczyć psa na nowo w poniedziałek.

W poniedziałek – bez zmian. Pies je, ale nie kupka. (I znowu ta piękna lesbijka…)

Znowu antybiotyk i kortyzon w zastrzyku. Dostajemy tabletki do podawania nazajutrz.

- A laxatif proszę odstawić.  Przez kilka następnych dni urzęduję w sąsiednim miasteczku. Oto moja wizytówka.

 

Potem pies przestał jeść. Tylko kilka kąsków, z łakomstwa czy z grzeczności. Także odmawiał stanowczo przyjmowania leków, wypluwał nawet po paruminutowym trzymaniu w pysku. Roztarłam antybiotyk na proszek, wymieszałam z wodą i odrobiną kurzego udka – i też wypluł.

Za to wieczorami pies się chował (czego nigdy wcześniej nie robił). Teren duży, w zaroślach, w wysokiej trawie, na drodze…

- Chowa się, by umrzeć. Wszystkie zwierzęta tak robią…

Gérard wyszedł. Zawołał władczo. Pies się przykolebał.

Zgrubł bardzo. W samochodzie już nie potrafił przeskoczyć na tylne siedzenie, trzeba mu było specjalnie drzwi otwierać.

Dzwonię na nr podany na wizytówce. Odbiera recepcjonistka.

- Mamy tę sukę, Suif, którą opiekuje się doktor Pieters…

- Możecie przywieźć psa o 14-tej.

- Dziękuję.

I tyle. Przywieźć psa! Wiadomo po co. Pies jest żywy, świadomy, kochany. Fakt, że bardzo gruby i zmęczony. Oddycha szybko, posapując.

- Nie mogę jej tego zrobić! – zajęczał Gérard.

Bo wpadli Xavier z rodziną. Jemy w ogrodzie, dzieci się z psem witają, lecz ten już tylko leży w cieniu, pomacha ogonem, lecz nie wstaje.

Nam smutno. Ta suka spędziła z Gérardem całe swoje życie, chroniła przed samotnością. (Ja – znałam jeszcze jej matkę. A jej ojcem był labrador Rolanda. Też już nie żyje, a i Roland coś choruje i przechodzi na emeryturę…)

Pies coraz słabszy. Na dwie noce mu odstępuję moje miejsce przy Gérardzie, niech ma wygodnie, sama mam leżak w ogrodzie, a upały takie, że pod niebem chłodniej.

Może lewatywę? Właściwie dlaczego weterynarz zaraz nie zaproponował? Czy oni już są jak lekarze ludzi, co tylko przepiszą tableki? A gdzie zabieg?

Proponuję to Gérardowi. Właściwie nawet sama tu poradzę, chodzi tylko żeby psu przytrzymać łapy.

 - Nie jestem katem!

- To nie praca kata, ale pielęgniarki.  W szpitalach i hospicjach personel zawsze dba, żeby pacjent jadł, pił, się wypróżniał.

Gérard odmawia.

- To może jak przyjedzie Xavier? Gdy trzeba było kąpać Idę, dzieci trzymały jej łapy w umywalni…

Aż się pokłóciliśmy. Przyjechał Xavier. Całując mnie na pożegnanie szepnął:

- Pozwól Pepette umrzeć spokojnie…

Wieczorem pies był za słaby, żeby wskoczyć na łóżko. Rozścieliliśmy mu jego kocyk na podłodze w nogach. Był przytomny, patrzył na nas smutnie i nie wiedzieliśmy, jak mu pomóc. Trzymałam mu rąkę na głowie (lubił) i śpiewałam wszystkie mantry na umieranie (z Karma-Lingu, z „Emaho” na czele). Pił wodę na leżąco, co mu podawałam pod pyszczek, ale wymiotował nią i żółcią.  Wychudł już bardzo: lapy, policzki, zapadnięte skronie i zapadnięte pod oczami. Wieczorem miał taki atak, że myśleliśmy, że już umiera. Zakrztusił się wymiocinami? Ale żył. Siedziałam  przy nim, aż zasnęłam.

Umiera się zawsze samotnie. Słyszałam, że nawet pacjent, przy którym siedzi non-stop jego przyszła wdowa, też wykorzysta te 10 minut gdy ta się zdrzemnie czy wyjdzie do toalety, żeby właśnie umrzeć. W procesie umierania świadome myśli obecnych bardzo przeszkadzają.

Obudziłam się o północy na siusianie. Cisza, już psiego odechu nie słychać. Przeniosłam się na leżak. O świcie ciało Suif już było zapakowane w worek a Gérard wiózł je na diable (boć to 30 kg) w stronę oczka wodnego. Chce je utopić? Skazi wodę! Lecz nie, łopatą i kilofem Gérard w spieczonej ziemi kopał grób pod płotem, głęboki. Na wierzch rzucił garść ogrodowej ziemi. 

- Jak ziemia się stasuje, to się zasieje jakieś kwiaty…

Ja w tym czasie przygotowałam wiązanki polnych kwiatów.

- Pokaż, coś tam przygotowała. Dla psa?

- A co za różnica?

Złożyłam. Potem jeszcze przyozdobiłam grób gałązkami właśnie przyciętej laurowiśni (kwiaty pachną czeremchą a skórzaste zimozielone liście zółkną, złocieją i brązowieją bardzo ładnie. I zaniosłam moje trzy doniczki z paprotkami (rosną w cieniu).

Biedny Gérard. Stracił ukochaną osobę. A kochał ją chyba bardziej niż mnie, bo bez zastrzeń.

Wpadł Xavier. Złożył kondolencje. Zaprosił Gérarda nazajutrz na ryby (by mu zmienić myślenie). Xavier zawsze znajduje dobre rozwiązanie.

Połów był bardzo udany – cały dzień jedliśmy maleńkie szprotki zrobione jak frytki. Xavier też wykarmił swoją liczną rodzinę.

Wysprzątałam. Wymyłam podłogi i co się dało, nawet taras. Kocyk psa, jego poduszkę, ścierkę na którą nasikał – wyrzucić.

A po tygodniu – już chyba o Suif się zapomniało.

Gérard pracuje jak wół. A potem pada ze zmęczenia.( A busy bee has no time for sorror – Pracowita pszczoła nie ma czasu na troski – W. Blake, „Przysłowia Piekieł”, może być dewizą Gérarda.) Wystawił olbrzymi hangar, wybetonował podłogi, przyholowali z Xavierem jakieś karawany mieszkalne (w rodzinie są aż 4 i wciąż kupno, sprzedaż, wymiana…) Mam tam uszyć nowe pokrowce na siedzenia z gąbki – ale jest maszyna.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Forum vicoflory

03 sie

Zapisałam się na forum vicoflory, francuskie. Mili ludzie rozmawiają tam o swoich ogródkach i wymieniają sadzonki i nasiona. Też zgłosiłam, że lubię sedum i sempervivum i mam sedum adolphii, co chętnie wymienię na inne. (To jest to olbrzymie białe sedum, podobno z Meksyku, co Gérard otrzymał w prezencie. Pierwszy raz takie widziałam. Rozsypało się nieco w transporcie, lecz teraz każdy  kawałek jest dobrze ukorzeniony. )

 

Nie umiem ściągnąć zdjęć z aparatu na kompa!  Powinien być do tego jakiś pilot, lecz nie działał. Ja się nigdy w zdjęcia nie bawiłam, a teraz odkryłam to na kompie Gérarda, gdy przez  2 godziny nie udało mi się wkleić zdjęcia kotki z Gérarda komórki czy aparatu w ogłoszenie. A on internetu, żeby zaraz zapytać znajomych, już nie ma.

 

Jutro znowu jedziemy. A po drodze, przy autostradzie, w okolicy Creil, rosną dwa dziwne drzewa. Chciałabym sfotografować i przesłać na forum do identyfikacji. Z daleka widoczne, bo najwyższe (jak wysokie topole) a las tam rzadki.  Drzewa jak dwa idealnie proste słupy telegraficzne, i każde ma tak na 1/3 wysokości rzadkie wzniesione w górę gałęzie. To bliżej autostrady ma je płynnie wygięte w kształcie litery U, całość estetyczna; a dalsze ma je proste jak szerokie V, nieco nastroszone. Sprawiają wrażenie absolutnie nie europejskie. Kojarzy mi się, że pochodzą z Ameryki Południowej. Widziałam takie na jakimś filmie?  

Widziałam w Maroku kwitnące agawy: Też z rośliny wyrasta nagle słup telegraficzny prosto w górę. Ale stare drzewo to nie sukkulent?

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Koty

31 lip

Wracamy. W Aumale przed weterynarzem nadal wiszą moje ogłoszenia. Nikt nie oderwał numerka. Kotki nie ma. Opowiadam:

- Trzeba być depresyjną idiotką, i to z manią samobójczą, by wyskakiwać przez okno. Ta „beksa” miała wyraźnie coś z głową. (Czy coś przeczuwała, że nie chciała opuszczać domu?) Przypominam sobie, że raz, będąc w Polsce, towarzyszyłam mamie z wizytą u jej koleżanki szkolnej, pani adwokatowej. Ta miała córeczkę, w moim wieku mniej więcej. Lecz dziecko w dzieciństwie zachorowało na raka jajników. To zdarza się u starszych pań, dziwne, że nawet u dzieci. Rodzice mieli do wyboru (to było z 50 lat temu): albo nie robić nic (i dziecko umrze) albo usunąć wszystko i dziecko przeżyje, lecz jej rozwój (wzrost i intelekt) zostanie zatrzymany. I dziewczynka -  karliczka przeżyła swoje życie w willi rodziców. Była miła, serdeczna, ładnie grała na fortepianie. Lecz widząc ją, pomyślałam sobie, że moje życie było dużo ciekawsze. Mi dużo więcej się wydarzyło, rzeczy wspaniałych choć nieraz i bolesnych.

Nasza kotka też była wysterylizowana. (We Francji się sterylizuje zwierzątka domowe, bo co robić z niechcianym przychówkiem?) Kiedy? W dzieciństwie? Z pewnością wpłynęło to na jej intelekt i charakter.  A po wysterylizowaniu wspaniałego sjama Orfeusza, syna Ofelii a brata Edypa (bo sikał w mieszkaniu), została z niego poducha na pazurkach. Roztył się i stracił swój bojowy charakter.

Ja tam wolę moje koty w całości!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wróciłam

31 lip

Wróciłam na swoje śmiecie. Spalona słońcem, aż skóra złazi z pleców. Dostałam olbrzymi parasol do leżaka i Gérard przed werandą dobudował okap z jakiegoś pleksiglasu, gdzie tylko mały stolik i dwa foteliki, ale wyraźnie chłodniej. Pocięły mnie kleszcze i jeszcze coś innego, potwornie boleśnie – podobno są tu jadowite pająki. A wrotyczu, którego liście pod materacem odstraszają wszelkie insekty, nie znalazłam w okolicy. W Meaux to na rowach rośnie i właśnie kwitnie – roślina na obróżki przeciwpchelne dla psów i dla kotów  – muszę ją sobie sprawić do mojego wirydarza (ogrodu roślin leczniczych, co dawniej przy każdym klasztorze). Na razie dostałam lawendę – nieco mizerna, lecz się poprawi; roślinka wytrzymała na upały, rozmnaża się ją z gałązek, podobnie jak estragon.

I muszę rozmnożyć tę najlepszą miętę – rośnie dość dobrze w warzywniku Gérarda, lecz chcę jej więcej. Za to z moich 7 sadzonek żywokostu 6 przeżyło i czują się dobrze.

Wpadł Xavier, pracować z Gérardem i potem z rodziną na barbecue. Bo Gérard dostał od sąsiada, co się wyprowadza, metalowy domek ogrodowy, parę m². Przewiózł w częściach, przyczepą, i w kilka godzin zmontowali go na nowo, na cemencie. Jest w nim generator, kanistry z benzyną, ściany jeszcze otoczył jakimś wypełniaczem – i jest ciszej!  Ale po paru godzinach wejść i go wyłączyć, to można się spalinami udusić. Drzwi trzyma Gérard otwarte, lecz trzeba wymyślić lepszą wentylację.

Xavier zapytał: – Co dzisiaj zrobiłam? – A ja zgłupłam. Obaj pracują jak olbrzymy, a ja? Ratunku, ja nie pracuję w budownictwie!  Mam wrażenie, że większość czasu sprzątam po Gérardzie. Gérard stawiał domek, a ja – zbierałam po nim wszystkie okruchy plastiku z trawnika, dwie duże siatki plastikowe pełne śmiecia. Także pozmywałam – ohyda bez bieżącej wody! Życie pionierów z Far West było nieraz upierdliwe. Tylko, oczywiście, pracy kobiet się nie zauważa. Liczy się tylko ich, hałaśliwa i śmiecąca. I jeszcze robiłam za sekretarkę Gérarda – księgowość, parę listów – znowu opóźnienie z assurance. Ech, on bałagani a ja się mam przejmować.

Pracują jak olbrzymy, aż niewiarygodnie. Jeszcze coś robili z samochodzikiem Xaviera. Na razie stoi na górze, zaparkowany, bo właściwie niepotrzebny. Malutki Rover, angielski, w kolorze srebrzystym. Ale Xavier ma swoją małą furgonetkę a Laetitia ich duży, na całą trójkę dzieci. Rover może Xavier odstąpić za 300 euro – trzeba tylko mu zapłacić ubezpieczenie i już jedzie. Mi polecili tylko wymienić baterię w alarmie, bo Gérard takich drobiazgów niedowidzi. (Tym lepiej, nie będzie mi zmarszczek liczył, LOL)

I jeszcze ostatniego dnia przed wyjazdem Gérard wykończył bordures przy chodniku przed domkiem, nawiózł ziemi, wyrównał, i przed trawnikiem będzie miejsce na dekor i kwiaty. Mogę urządzać. 

Ofiarowałam Manon mój pierwszy tom Harry Pottera. Odparła, że za dużo stron, nie da rady. Niecierpliwa jestem, może należało z rok zaczekać? Laetitia mówi, że Manon jest na razie przy bajkach Disneya. I już jej wyrosły przednie ząbki, a miesiąc temu wyglądała jak wampirek. Za to – lubi łowić ryby z Xavierem.

Urodziny Laeticji są 10 czerwca, Néo ma 15/8 a Manon 28 września. Zapamiętać. 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kwiaty

20 lip

Dostałam  lilie tak wspaniałe, że do takich kwiatów trzeba się zwracać per „Wasz Majestat”. Potężna łodyga, ciemna zieleń liści jak miecze, w koronie po 5 biało-różowych kwiatów. Były w Lidlu po 7 euro, chwyciłam z zachwytem doniczkę a Gérard przesadził je w inną, wielkości prawie wiadra. Razem, bo korzenie już zbyt splątane, na przyszły rok się rozsadzi.

To mi zaimponowało u Gérarda: w moim wieku, przed emeryturą, lecz zamiast szukać sobie ciepłego miejsca w fotelu i kapciach przed telewizorem, wykarczował teren nabyty kiedyś okazyjnie, zaorał, obsadził, założył sad i warzywnik, zbudował sobie chatkę ( i olbrzymi hangar na dwa traktory i masę innego  żelastwa, marzenie mężczyzny). Wykonał olbrzymią robotę – lecz ani jednego kwiatka!

Zażądałam dobrze utrzymanego trawnika przed domkiem: masz liczną rodzinę, trzeba przewidzieć parking na ze 3 samochody, miejsce na stół ogrodowy, mój leżak…

Dostałam w prezencie dwie kosiarki. Najpierw jedną: leciutka, ale malutka jak zabaweczka. I elektryczna, a nie lubię jak jego groupe électrogène (generator) warczy. Więc za tydzień drugą, już normalną, ekologiczną, wystarczy popychać. Wpadł w weekend Xavier z rodziną na barbecue – dzieci się bawiły kosiarką i po ich wyjeździe trawnik był idealny.  Niestety, trzeba co tydzień czy dwa przycinać.

Xavier przywiózł ponad metrową palmę – bo u nich w domu źle się czuła czy zajmowała już za dużo miejsca? Przesadzona w duży kubeł odżyła – teraz rozkładam sobie pod nią leżak.

W pobliżu oczka wodnego Gérard pozostawił drzewa – głównie złotokapy. Teraz tam wsadził dwa gatunki bambusa (z odzysku, z posiadłości patrona). Jeden gruby, olbrzymi, co osiągnie ponad 10 metrów. Przyjął się, rósł szybko, lecz potem wiatr go złamał. Ale akurat czytałam bajki buddyjskie Thich Nhat Hanha (oświecony!) a tam wietnamska sierotka zbiera pędy bambusa ze swymi złymi kuzynkami. Jej są delikatne, bo młode a ich, bo robota niechlujna, stare i twarde. Młode pędy bambusa są jadalne!

Zjadłam (bo co ma się zmarnować). Chrupiące, smaczne nawet na surowo. Całkiem niezła surówka. Gérard nie chciał, choć to jego bambus. Śmiał się, że najpierw zobaczy, czy przeżyję.

Niezbyt to typowe dla roślinności Górnej Normandii.

Ja sadzę kwiaty. Nie chcę kupnych, sztucznych, może zmutowanych. Chcę te, co się dostanie od sąsiadki na wymianę, te co z osobiście zebranych nasion same wyrosną i dadzą sobie radę same. (No, lilie kupiliśmy, bo się zachwyciłam.) Ale wiosną będziemy mieli masę tulipanów z odzysku – bo zbierałam, po wymianie dekoracji na klombach, porzucone mniejsze cebulki, będzie konwalia co dostałam na pierwszego maja, będą zebrane w Meaux fiołki (najlepsza odmiana, ciemno fioletowa i silnie pachnąca).  Nagietki mam z nasion niestety – słabe, każdy inny, jakieś mutanty… Zbiorę nasiona z tych ładniejszych.

Ostatnio w okolicy znalazłam gencjanę – wzięłam trzy egzemparze w doniczki, po przekwitnięciu przesadzę na stałe. A w czerwcu na sąsiedniej łące było pełno storczyków Plantathera chloranta, we Francji dość popularny, cudnie pachniał. U nas już tylko kilka, co przetrwały 10 lat orki. Wysieję na nowo, bo po co siać jakiś rzepak jeżeli storczyki są dużo wykwintniejsze?

Także na internecie opowiadali cuda o żywokoście – jaki to pożywny dla gleby, jego nawóz użyźnia jak nawóz z pokrzyw (tego Gérard ma 4 pojemniki 20-litrowe). Jest nawet site, co sprzedaje 10 odnóżek za 20 euro (+ 4 za pocztę). Jeszcze czego! Sama roślinkę za darmo na rowie znajdę.

I znalazłam. I mam. 7 odnóżek. Kwiaty częściowo niebieskie a częściowo żółte kremowe.

Mam arcydzięgiel (z Paryża, doniczka za 5 euro). Nadal ma tylko 4 listki, (no, 2 już zjadłam). Chyba pod złotokapami ma za mało słońca. Przesadzić go znowu w duży kubeł żyznej ziemi i jeszcze umieścić wszystko w pojemniku z wodą? Chyba tak zrobię.

I mam dwa gatunki paproci z lasu w Eu. Jeden to „smocze języki”, chyba chroniony, ale co tam, pełno ich. I jeszcze polygonum chcę – widziałam je tam, zastanawiałam się nawet lecz nie wzięłam. Lecz będzie z niego dobry pendant do konwalii.

A teraz Dana opowiadała cuda o „goji” (Lycium barbarum Goji) – ostatnio reklamowane jagódki z Himalajów, co dobre podobno na wszystko, a zwłaszcza na młodość i urodę. Nie znam, nie słyszałam?

Doinformowuję się na internecie: z rodziny Solanacee (czyli spokrewniony z pomidorem i kartoflem) lecz krzaczek, wieloletni. Wytrzymuje do –20° (dobrze!). Jadalny, smaczny – same zalety. Już proponują 3 sadzonki za 20 euro. Lecz zaraz: można wysiać i z nasion, a jagódki pewnie dostanę w tym luksusowym sklepie, co zwiedzałam z Daną…   

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zgubiliśmy kota

20 lip

 

Kotkę Gérarda. Była starszawa, domatorka. Od wyjazdów w teren wykręcała się jak mogła. Ale teraz – wyjeżdżamy na cały tydzień – co z jej jedzeniem? No, ma krokietki, ale kocie jedzonko też trzeba co drugi dzień. A wybredna! Jak w galarecie a nie w sosie (czy odwrotnie) to nie ruszy. Także dom ma iść do rozbiórki, od kwietnia jest nakaz eksmisji – trzeba zwierzątko przyzwyczaić do nowego miejsca, trudno. 

Urządziliśmy rano polowanie na kota, wsadziliśmy w domek. Kotka płacze, więc po wydostaniu się poza przedmieścia Paryża, wypuszczamy. Zaczyna „paradować”. Tzn Gérard ma przy łóżku mały telewizorek, co można oglądać leżąc i zasypiając. I wystarczało go zapalić, gdy kotka przybiegała i paradowała przed ekranem. „Mnie macie podziwiać!”. Mizdrzyła się i przeszkadzała. Ale też muśnięcie jej futerka było jak strusie pióra. Sam puch, sjamska angora. Fakt, że dekoracyjna to była, mnie aż zatkało jak ją zobaczyłam. Ale taki kot wymaga pielęgnacji, codziennego czesania, a Gérard nieobecny, więc kotka nieco skudłaczona i sieje puchem po całym pokoju. Ogon miała, że lis może się schować.

No więc kotka paraduje, a ja ją raz i drugi ściągam. Co wolno w nocy przed telewizorkiem w mieszkaniu, to nie przed kierowcą, bo mu widok zasłania. Przykryłam kolana moim podróżnym kocykiem, złotym i mięciutkim, sadzam kotkę, a ta na razie siedzi mi spokojnie. Nawet ucichła.

Tylko, jak się mnie budzi o 5-tej rano, mogę nie być w najlepszej formie. Opuściłam sobie oparcie i drzemię. Kotka próbuje paradować przede mną, lecz pazurki jej się ześlizgują. No to z boku aż włazi na szybę. A niech sobie!

I nagle szybki skok kotki między moim uchem a oknem. Skoczyła do tyłu? A idź przeszkadzać psu! Lecz tam cisza. Oglądam się. Gdzie kotka? Jest tylko Suie. I nie ma szyby w oknie!

Zaskoczenie, jak w Harry Potter, w pierwszym tomie, gdy znikła nagle szyba przed największym w ZOO boa-dusicielem. (Koniecznie muszę tę książkę sprawić Manon.)

Stajemy. Wysiadamy. Miasteczko, domki w ukwieconych ogródkach, wszystko otwarte, wszędzie łatwy dostęp. Cofamy się, nawołujemy. Nigdzie nie ma kociego trupka. (Jechaliśmy wolno, bo był zakręt.) 50 m dalej jest mały parking przed weterynarzem już otwartym. Zachodzimy, zgłaszamy, opowiadamy, Gérard zostawia wizytówkę. Młoda pani doktor wysłuchuje współczująco. W pobliżu jest „mère aux chats”, ona pewnie zauważy.  My za kilka dni będziemy wracać z terenu, zapytamy.

Niestety, nie było żadnego telefonu. Przed wyjazdem wydrukowałam (bo Gérard ma w swojej chatce nawet dobrego kompa) ogłoszenia z opisem kotki i numerami telefonu do oddzierania.

Zachodzimy do weterynarza: niestety, kotki nikt nie zgłaszał. (Znalezione zwierzątka zanosi się do weterynarza, a ten po chipie lub tatuażu ustala właściciela, ta usługa bezpłatna.) Naklejam parę ogłoszeń w okolicy i ostatnie na rynku. Co jeszcze mogę zrobić? U siebie mam internet (Gérard miał, ale się o coś obraził i skasował.) Mogę dać ogłoszenie w tamtejszej „feuille de chou” (liściu kapusty) – lokalnej gazetce, co każdemu wrzucają do skrzynki bezpłatnie. Tylko jak to się u nich nazywa w Normandii? U mnie Val Magazine, i pokrywa tylko najbliższą okolicę… Próbuję szukać przez internet, lecz nie daję rady. Ale… mam! Gérard raz zapomniał swojej komórki i przez kilka dni używał mojej. Został na niej telefon jego przyjaciela, byliśmy u nich z wizytą teraz. Jeszcze nie jest za późno, mogę dzwonić. I Mme Hubert mi uprzejmie odczytuje ich adres na internecie – u nich to się nazywa journal l’annonceur. Wstukuję opis kotki (jasna sjamska angora, nieco mieszana, bo pysk szary pręgowany) i, że miałam już wszystkiego dosyć, dodaję : szukamy, ale możemy ją zostawić, jeżeli w dobrych rękach.

Bo: kot się przyzwyczaja do miejsca a dom i tak do rozbiórki więc miejsce przepadnie. Kotka charakterem odpowiada idealnie jakiejś staruszce-domatorce z willą. Była mało towarzyska, depresyjna.  Marudziła strasznie a głosik miała taki płaczliwy, że Gérard przezywał ją „beksa”. Głos absolutnie nie sjama, co ma być niski, basowy, pewien siebie. No ale. Jeżeli chce się wynieść i znaleźć sobie coś lepszego, to jej wolno. Od Gérarda wszystkie koty uciekały lub miały różne wypadki. To jest dom i właściciel dla psa. Na razie Suie wystarczy a potem znowu coś się przybłąka.

Daję jeszcze podobne ogłoszenie przez internet na
http://www.francecf.org/
i chyba mogę mieć z głowy. Rzecz niewiarygodna, lecz kotka sama otworzyła sobie okno i uciekła. Musiała łapką nadepnąć przycisk co otwiera i zamyka okno. (W starych samochodach otwieranie szybek było na korbkę.)

Jej karma.

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

6/7/12

06 lip

Był Jacek ( rowerkiem przez Europę i na parę dni zatrzymał się u mnie odpocząć). Smutny. Czyli błąd w umyśle. Widzę, że błąd, a nie widzę gdzie. (Czyli : nie wiem jak pomóc, czyli jeszcze dużo muszę się nauczyć.)

Wciąż (mam wrażenie) próbuje mnie ściągać na dawny poziom relacji międzyludzkich (młodzieńcze prywatne miłości, na co nie mam najmniejszej ochoty). Wyraźnie nie umie inaczej (bo jeszcze nie znalazł „tego co najważniejsze”). Ale taka jest większość ludzi, niestety.

No cóż: odpoczął, wyprał się, nakarmił – dobre i to (dostał chociaż „dar pożywienia” dla ciała).

 

Pogoda przepiękna. Spadamy na tydzień w przyrodę do reala. Zapomnę o moim kompie  i w ogóle o ludziach. Będę gdzie indziej.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Lektury

30 cze

  Mantra, której się nie rozumie – nie działa!

Zawsze to wiedziałam, ale teraz znalazłam potwierdzenie właściwym cytatem:

(Niestety, nie odnajdę. To było w Puranach, tłum. z sanskrytu (na francuski) przez A. Roussel i zamieszczonych w 2 tomach:

 Legendes morales de l’Inde

empruntées au Bhagavata Purana et au Mahabharata

wydane u G.P. Maisonneuve & Larose (1969 lub później) w serii

Littératures populaires de toutes les nations jako t. XXXVIII I XXXIX

Tylko sobie notuję, gdzie w razie czego znaleźć )

.

George Barbour „Teilhard de Chardin sur le terrain” Ed. du Seuil, 1965

Przytoczone w Patrice Boudignon „Pierre Teilhard de Chardin – Sa vie, son oeuvre, sa réflexion” les éditoins Du Cerf Paris 2008

str.131

„- Co można powiedzieć, by pomóc, choćby nieznacznie, tym biednym ludziom? Nie sądzi pan, że gdybyśmy byli mniej egoistyczni, moglibyśmy czuć ich potrzeby i żyć między nimi  w pokoju i miłościi  być może w ten sposób wznieść się na wyższy stopień życia duchowego?  Myślę, że tu jest rozwiązanie problemów narodów. Komuniści widzą tylko ich potrzeby materialne i chcą poprawić warunki bytu mas ludzkich. Ale nie widzą jak ważna jest dla jednostki potrzeba rozwoju i wzrostu duchowego. Być może że nawet członkowie Kościoła nie zawsze zdają sobie sprawę z głodu i cierpień fizycznych, które znoszą ci wieśniacy tylko by zachować życie. Droga przyszłego rozwoju musi zawierać oba kierunki : naprzód i w górę. „

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Za dużo

29 cze

Mam za dużo książek do omówienia, zajęć, spraw do załatwienia, znajomych, którym trzeba czasem dać znak życia, roślin do poznania i znalezienia…

Także chyba „za dużo” pieniędzy? Coś tam mi obcięli, ale nie odczuwam braku. Za to, gdy mam zająć się papierami potrzebnymi do emerytury, (bo zaniedbałam!) dostaję ataku psychofizycznej astmy, ciężkiego zniechęcenia i aż bólu głowy. A przecież większość ludzi stale się tym (swoimi dochodami) martwi? No cóż, kiedyś to załatwię, ale powoli…

 

Dzwoniła wczoraj D. i przez godzinę mi opowiadała… No tak, jest „czarownicą” (ja też), zawsze o tym wiedziałyśmy w żartach. Ale teraz jej chłopak ma raka, chemia, naświetlania. Popchnął ją w kłótni, a D. wyraziła życzenie w gniewie: „a żebyś złamał tę rękę!”. I złamał. I okazało się, że rak kości w środku.

Czy zanotowałam to świetną historię? Nie, tylko opowiedziałam Gérardowi na poduszce przed snem. Otóż D. odwiedza Denisa w szpitalu. Przywiozła mu laptopa, zgodnie z jego życzeniem, bo się nudził. Ten go zaraz podłączył i go wcięło w kompa. A D. się nudzi. W końcu pyta:

- Pozwolisz, że korzystając z pobytu w Paryżu, wpadnę do fryzjera?

A ten się wściekł – opowiada D. – To ja tu umieram, a ty chcesz do fryzjera! Ja zawsze, myślisz tylko o sobie! ( … )

 Kulam się ze śmiechu, słuchając sprawozdania. Wykapana D.!

- Siedziałam przy nim już trzy godziny. W końcu dwie jego siostry mieszkają w Paryżu, one mogą też…

- A widziałaś ten dowcip, rysunkowy (Chas Adams, twórca Rodziny Adamsów? Nie, jakiś francuski, autor tej babci, co karmi kociętami swoją piranię w akwarium.) :  chory mąż w łóżku patrzy żałośnie jak żona przymierza czarną woalkę przed lustrem?

Chichoczemy w pełnym obopólnym zrozumieniu. Ech, czarownice jesteśmy ( i nic na to nie poradzimy).

 

Ale teraz – niedobrze się stało. „Gdy życzenia za łatwo się spełniają” (znak, że zaległa karma wyczerpana) trzeba bardzo uważać, żeby czego nie chlapnąć.  (A najlepiej już nie mieć żadnych osobistych życzeń, oprócz ogólnego „oświecenie dla wszystkich” co recytuję okrążając stupę na Karma-Lingu – ona też przyspiesza spełnianie się życzeń. Opowiadam jej o moim kochanym znajomym, Jasiu K. Ten też jest radosny, życzliwy, cieszący się życiem (ach, ten sex!), sensualny. Jemu też życzenia się spełniają „za łatwo”. I ten ukatrupił życzeniem parę ludzi, doktora i jego żonę, co ryli pod jego przyjacielem. W końcu, gdy życzeniem wywalił samochód do rowu, przestraszony przyjaciel zawiózł go do Lublina, na KUL-u był ksiądz profesor egzorcysta. Przegadali całą noc doskonale się rozumiejąc. Lecz ksiądz nałożył pokutę: albo do klasztoru (Jaś nie chciał) albo praca z narkomanami albo z umierającymi. I Jaś został salowym na pogotowiu, wypadki na kardiologii. Miało byń dwa lata a Jaś – 10 lat tam odpracował. Awansował na sanitariusza, powszechnie lubiany (zaliczył parę pielęgniarek). Teraz z czystym sumieniem może cieszyć się życiem:

- Odpokutowałem!

 

Opowiadam to D. Do zastanowienia się.

Dziwny zbieg okoliczności: akurat szukam żywokostu – rośliny która naprawia złamania. Aż chciałam do niej w tej sprawie dzwonić. W Polsce – na rowach to rosło, a tu nie mogę znaleźć. Na internecie proponują 10 sadzonek za 20 euro. (Nie przesadzajmy…)

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Non-violence (dc „Lalki”)

22 cze

Jaka, do cholery, „krzywda”?  Zgadzam się na „cierpienie”, wg klasyfikacji buddyzmu: to drugie, psychiczne, wynikające ze zmiany. Wiadomo, że w kondycji nieoświeconych istot, pogrążonych w dualiźmie, jest Yin i Yang, noc i dzień, cierpienie i przyjemność.  Ale słowo „krzywda” sugeruje, że ktoś inny jest mojemu cierpieniu winien (a nie ja sam, z powodu moich błędnych poglądów. „W buddyźmie głupota jest grzechem”  - to uproszczenie, ale „niewiedza pierwotna co do własnej natury Buddy” jest jednym ze skażeń umysłu mogących spowodować cierpienie. ).

Mentalność dziecka z pierwszego poziomu! Skoro cierpię, to ktoś inny temu winien (a ja mam teraz prawo mu dosolić. „Oko za oko, ząb za ząb” z kodeksu Hammurabiego. Gdyby wszyscy stosowali tę zasadę, cały świat chodziłby ślepy – Gandhi.

To Ojcowie Kościoła zarzucali kobiecie, że jest narzędziem szatana, gdy który z nich uległ pokusie. „To ona winna!” – wykręt Adama w raju.

I taka odruchowa mentalność do dziś w nas pozostaje. I buddyzm (m.in.) i Gandhi ze swoją non-violence starali się ją zmienić. I Chrystus coś kazał o nieodpowiadaniu złem za zło i nadstawieniu drugiego policzka…   Ale Kościół, co ma nas uczyć, twórca cywilizacji chrześcijańskiej, nic z tego nie zrozumiał i słowa ahimsa (non-violencew tłumaczeniu angielskim) pochodzą z Indii i są obce naszej mentalności.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

30/5/2012

01 cze

Słońce wpada przez okno. Piję poranną kawę.

Jestem zakochana. Jestem kochana. Jestem szczęśliwa.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Krzywda

16 maj

Z pewnych powodów zachciałam przeczytać na nowo „Lalkę”. Nie mam w bibliotece a moim miasteczku trochę o nią trudno? Ale że „miałam życzenie” – od razu mi się spełniło. Znalazłam na


http://literat.ug.edu.pl/lalka/
. Świetnie się czyta! Warszawa w połowie XIXw, a problemy współczesne! Widzę, że omówienia w szkole (na ściądze) były robione na „odwalane”. To należałoby zupełnie inaczej omówić i naświetlić inne problemy. Co się zmieniło w Polsce od tamtych czasów a co nie? Jakie są ceny, zarobki, długość dnia pracy? Problemy bezrobocia, brak ubezpiecze społecznych, emerytur, obowiązku szkolnego…  Prus gorzko pisze o paskudnym charakterze Polaków i braku organizacji w porównaniu z Paryżem.  Brak kultu pracy a nawet (wtedy tylko u arystokracji?) pogarda pracy, przede wszystkim fizycznej. Kastowość, antysemityzm (ten się nie zmienil).

Robię sobie cytaty, gdybym chciała napisać o tym więcej. Co jeszcze przez 150 lat nie uległo zmianie? Badania nad ludzkim umysłem: na temat mediumizmu, hipnozy itp wiemy dziś tyleż, co za czasów Prusa.

Ale, że znam nieco buddyzm, czytam nieraz zastanawiając się, jak by to widział buddysta. I aż mnie uderzyło : pojęcie krzywdy.

-   Kiedy kto chce dobrowolnie stanąć ze swoją krzywdą przed boskim sądem, nie zatrzymuj go… – mówi uratowany Wokulski.

Jaka „krzywda”? Utracił złudzenia (co do ukochanej), a „utrata złudzeń jest bolesna” – mówił mistrz Zenu.  Czy jest tu czyjaś „wina”?  Wszyscy nieoświeceni tkwią w „niewiedzy pierwotnej co do natury umysłu”.  A niewiedza, pożądanie i odpychanie – powodują cierpienie. Wszyscy, nie rozróżniając „tego, co jest”, tworzą sobie różne złudzenia i potem cierpią, gdy rzeczywistość nie zgadza się z ich wyobrażeniem.

Lecz – cierpienie było w umyśle, a z jego powodu Wokulski chciał zabić ciało. (Marnotrawstwo i pomieszanie z poplątaniem.)

 

Dostałam niedawno opa na #budyźmie (od Valgarda, potem sobie zdjęłam), ale wyłożyłam im, co wiem o „natychmiastowym przebaczeniu”. Wszystkim, wszystkiego, hurtem, jak Chrystus, co na krzyżu przebaczył oprawcom. Kościóm to zaleca, lecz nie podaje metody JAK to robić. A że w buddyźmie wiedza (pradżnia) i prawidłowe metody (upaya) równo ważne, posłuvchajmy:

Rozumiejąc karmę (prawo przyczyn i skutków) wiem, że „każdy ma to, na co zasługuje”. I nawet nie kiedyś po śmierci, ale już tu zaraz. (A „po śmierci będzie ten sam matrix co teraz, tylko przyjemniejszy” – mówi 11k.)

Wobec tego, jeżeli mi jakaś cegła spada na głowę, wnioskuję, że na to zasłużyłam jakimś moim wcześniejszym przeskrobaniem. A wiedząc to, staram się na przyszłość nie powtórzyć błędu, ale „nagrać sobie” trochę lepszej karmy. (Jestem kowalem własnego losu.)  To  MOJA  „gra z karmą” – a upierdliwy los czy bliźni był tu tylko narzędziem. Jeśli przez nieuwagę rozbiję sobie kolano – czyż gniewam się na kamień?

To dlatego moi buddyjscy nauczyciele mówią, że ten, kto o nas źle mówi czy nam szkodzi – jest naszym nauczycielem, bo pokazuje, co w nas jeszcze niedopracowane.

Ale, tak rozumiejąc karmę – nie mam do nikogo żadnej pretensji! O nic. Nawet (jak zauważył Valgard) „nie ma nic do wybaczenia”.  A także (chyba 11k): „przestaję czuć się ofiarą”.

I, jak zauważyłam czytając „Lalkę” – znika w ogóle poczucie „krzywdy”. (Na razie lokalnie, dla mnie. Inni mogą i pewnie sobie nadal myślą jacy to oni pokrzywdzeni. To dlatego buddyjscy nauczyciele nauczają – by usuwać „zasłony” czy czy „iluzje” czy „nieprawidłowe stany umysłu” .

 

Mam imieniny, piękny słoneczny dzień, znowu dostaję na nowo mój świat w prezencie – nikt nigdy mnie na nim nie skrzywdzi, cały świat uśmiecha się do mnie.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Imieniny

16 maj

Mam imieniny. Mogę sobie kupić jakiś prezent. Nowy długopis? Albo nowy elektryczny dzbanek (poprzedni się niedawno przepalił). Przepychacz do zlewu (widziałam u Chińczyka) też się przyda…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Potrzeba duchowości

10 maj

Z bloga siostry Małgorzaty Chmielewskiej (9 maja 2012)::

O potrzebie duchowości we wspólnocie, bez której żadna się nie utrzyma, a zarówno prowadzący jak i mieszkańcy tracą sens bycia razem. „

Jakie to mądre a zarazem oczywiste!  Rodzina też jest wspólnotą, naszą pierwszą.  Młodych łączy miłość ( i ekonomia), lecza gdy przyjdą dzieci?

W monoreligijnej i monokulturowej Polsce – wiele rzeczy się chwytało ” z powietrza”, Dopiero na emigracji, w ubogiej mieszaninie ras i kultur, widać, jak bardzo trzeba dzieciom dać bazę własnej etyki i kultury. I wszystko wyraźnie powiedzieć słowami! Powtarzając- powtarzanie jest nauczaniem.

Wiele dzieci już tego w domu rodzinnym nie dostaje. Chowane jak zwierzątka, rodzice dbają tylko o ich brzuch i ciało.

Zresztą – kto ma zadbać? Rodziny niepełne i zapracowane, na babcie brak miejsca lub dawno wymarły…


Potrzeba duchowości! Jak bardzo mi jej brakowało! Wysokich rozmów w kręgu najbliższej rodziny!

Wspomnienie z wczesnego dzieciństwa:

Przyszli jacyś goście. Ja z siostrą bawimy się, schowane obrusem, pod stołem (takie byłyśmy małe).

- Dzieci, nie przeszkadzajcie – prosi mama.

- Przeszkadzaj! – mówię do siostry, oburzona, że mądrzy dorośli, zamiast rozważać tajemnice istnienia, cel życia itp – mówią o plotkach, „o kafelkach w łazience”. 

Dziecko jeszcze nie umie wyrazić słowami swoich potrzeb. Wtedy zachowaniem – niegrzecznością – wyraża swój sprzeciw.

 

„Kafelki w łazience” – to inne wspomnienie. Wróciłam z Chodzieży, gdzie był zlot mniejszości religijnych (w ramach chrześcijaństwa? ale był i przedstawiciel Tatarów polskich). „Ksiądz proboszcz” który to organizował, choć w sutannie, miał na ścianie portrety Jana Husa (heretyka wg katolików) i Websleya a w rozmowie wspomniał o (zmarłej) żonie. 

Była to dla mnie nowość – pierwszy raz się spotkałam z możliwościami wyboru – że katolicyzm nie jest jedyną możliwą religią. Poznałam tam Ojca Jakuba (przełożonego Adasia Milczka, co bardzo wcześnie wstąpił do ich klasztoru), jacyś unici sprzed rozdziału chrześcijaństwa na kościół rzymski i prawosławie – starzec piękny jak Ojcowie Kościoła z pustyni, a mistyka od niego aż biła.

Nazajutrz obyła się wspólna Msza Święta –a gdy rozentuzjazmowa wróciłam do domu i chciałam opowiedzieć, podzielić się moim odkryciem ze znajomymi – nikt nie chciał słuchać, rozmawiano o kafelkach w łazience – i nawet dla miłej gospodyni domu ciekawszy był inny temat. 

 

Czy potrzeba duchowości u ludzi jest różna, czy tylko ja byłam tak bardzo jej spragniona?


Jak my właściwie zaspokajamy nasze potrzeby duchowe?

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Harnaquage

30 mar

 Dziś próbowano ( i prawie się udało) mnie zharnakować przez internet: zastałam w mailu list od przyjaciółki, Lamy Mamô:

„Proszę cię o pomoc”

Otwieram, ucieszona że wiadomość od niej, nieco zdziwiona także.

„Znalazłam się w trudnej sytuacji, liczę na Twoją pomoc (a także na dyskrecję), jestem poza krajem (dokładniej: w Afryce) i wpadłam w sytuację nie do opisania, to naprawdę delikatne. Liczę na twoją pożyczkę, którą oczywiście po powrocie zwrócę. Mogę się skomunikować tylko przez internet, to dlatego się w ten sposób zwracam. Nie mam tu telefonu.

Czekam pilnie na odpowiedź. Mamo „

Co się stało?  Ale to moja siostra z sanghi, spod tego samego Yidamu.

Odpowiadam: Ile i jak wysłać? 100 euro łatwo, 400 – możliwe.

I prawie natychmiast przychodzi odpowiedź:

„Dziękuję za odpowiedź, niezbędna pożyczka przekracza te 400 euro, niemniej twój gest mnie wzruszył. Podaję ci moje parametry na mandat Western Union:

imię, nazwisko, adres: w Abijanie, Wybrzeże Kości Słoniowej.

Czekam na referencje trasferu: kod MTCN, nazwisko nadawcy i wysokość przesyłki.

Także na nowiny od Ciebie, nie zapominając, że zwrócę ci to po powrocie. „

Jeszcze pytam, czy nie można przesłać taniej, np PayPalem (Western Union strasznie dużo zdziera). Ale nie.

Sprawdzam w googlach. Wybrzeże Kości Słoniowej, niedawno był tam zamach stanu, toczy się wojna z Ghaną… Gdzie tam zaniosło i co tam spotkało moją Mamô?

Już chcę lecieć na pocztę, ale okazuje się, że mogę przez internet. Zapisuję się na to W.U.  Ale, ostrożni, chcą tyle potwierdzeń, sprawdzań, na końcu kodu, który mi prześlą SMS-em na komórkę…  Nie mam! Tzn mam komórkę, ale na roamingu przez Polskę, działa różnie, czasem dobrze, czasem nawet z kilkugodzinnym opóźnieniem, czasem odpowiada: nie ma takiego numeru… A już się zastanawiałam czy wziąć drugi telefonik na Francję czy już trudno, olać. No to podaję telefon stały i kod przychodzi pocztą głosową. Ale że – by nie pomylić, odsłuchuję go kilkakrotnie – Western Union przerywa transakcję.

A jeszcze jedno sprawdzenie: odbiorca musi odpowiedzieć na pytanie nadawcy, na które tylko on zna odpowiedź – nowość czy tylko w Afryce (ze względu na % analfabetów)? 

Lecę na pocztę. Wysyłam. W domu zastaję parę nowych maili. Podaję nr MTCN i prawidłową odpowiedź, a tu pytają na jakie nazwisko wysłałam.

- Przecież na to, jakie mi podałaś?

Proszą o podanie wszystkiego jeszcze raz.  Tu coś mnie tknęło. Zwlekam. Przypomniało mi się, że gdy widiałyśmy się we wrześniu, Mamô skarżyła się, że ukradziono jej laptopa a także wszystkie papiery osobiste.

Próbuję dodzwonić się na stare telefony Mamô – niestety już nieaktualne. Ale miły lama Lhundroup, nasz wspólny znajomy, jest na Karma-Lingu, podnosi słuchawkę.

- Nina? Otrzymałem twój list w sprawie tych brakujących liter w stupie…  Nie, Mamô jest we Francji, na pewno nie w Afryce. To harnaquage, od Karma-Lingu też już próbowali… Nie mogę za długo mówić, masz mój mail? Napisz, odpowiem.

O cholera! Wyłudzanie pieniędzy przez internet! Jej laptop ukradziony jesienią w Alpach pod Chambery znalazł się w Afryce i tam został odczytany. A teraz do wszystkich jej kontaktów lecą podobne wezwania.

Wysłanych pieniędzy jeszcze nie podjęli – przynaglają mailami, by podać im jeszcze raz wszystkie parametry. Należy zablokować przesyłkę.

Dzwonię do mojego banku – niestety, nie mogą nic zrobić.  Na pocztę – nie mogę się dodzwonić. Do Western Union na internecie także nie znajduję telefonu – a niech to! (Potem znalazłam – i nawet prędko zgłosił się ich doradca.)

Trudno – lecę jeszcze raz na pocztę osobiście. I byłam po ponad godzinie.

- Chce pani anulować ten transfer? Można, o ile jeszcze pieniędze nie podjęte. Proszę tu podpisać (prośbę o zwrot pieniędzy) a po pieniądze przyjść jutro.

Dobrze. Wtedy stracę tylko 32 euro za transfer (przez internet wysłanie 400 euro do Afryki kosztowałoby 25 €.)

W domu wyciągam maile na drukarkę i lecę na policję:

- Chciałam zgłosić wyłudzenie przez internet.

- (Nic pilnego? bo było już po 19-tej) Proszę wziąć RDV, jutro o 16:30. Ma pani telefon?

Także, jeszcze przed pójściem na policję, znalazłam telefon W.U. i zadzowniłam do nich. Już wiedzieli, poczta już ich poinformowała i transfer został wstrzymany.

Uff…

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wiosna 2012

24 mar

Wiosna. Jestem zakochana. Dziś jadę na randkę. (Z uczuciami szczęśliwej dwudziestolatki.)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Frederick Lloyd-Rossakovsky

03 mar

Napisałam dziś na Facebooku: podobają mi się wiersze i proza Fredericka Lloyda. Dostałam przesyłkę przed tygodniem – dwie książki gaydaka, w prezencie.  Pierwsze blogi gaydaka (druga-strona-odwrotnosci, brazowa-kuleczka, wieczorne-zapiski, już nie istnieją, ale jeszcze można obejrzeć
http://krolewiczow-dwoch.blog.onet.pl/
(ukończony 13.09.2009) i aktualny 
http://www.krolewiczow-dwoch.blogspot.com/
– gdzie nawet galeria zdjęć z ich ślubu w Londynie. Teraz to blog wspólny Fredericka i Martina. Nazwisko też mają wspólne. Na malarstwie się nie znam, ale pióro Fredericka bardzo dobre. Wiersze w wydźwięku buddyjskie, a jego proza szarpie za emocje.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

24/2/2012

25 lut

Piękny wiosenny dzień. Widziałam na pustym pomoście dla  jachtów na Marnie kormorana siedzącego z gromadką mew. Smukły jak czapla, tylko te krótkie łapki. Kaczki były w lśniących godowych piórkach, a później, już z mostu, para nisko lecących nad wodą łabędzi.

Zanosi się na piękną wiosnę. Odnawiam stare znajomości. Xavier i François to już dorośli mężczyźni. Dostałam od Xaviera telefon ich taty . „To mu sprawi przyjemność.”

Od Marie-Christine nowy adres Moniki… Wyślę masę życzeń wielkanocnych tego roku. 

Wracając, w  Lidlu były tanio barquettes z 10 sadzonkami prymulek we wszystkich kolorach. Wzięłam dwie, wysadzę w tym roku na balkonie.

Byliśmy w Paryżu w sobotę – dostałam kawę w barze „Wolf”, gdzie mnie nie obsłużą samej. (Tam w zeszłym roku na tarasie dwóch starszych mężczyzn się całowało.) Lecz w pociągu na trasie między Chelles a Paryżem ogarrnął mnie (jak zwykle) smutek.  I piosenka, kicz ostatni, szarpie za serce. W domu sprawdzam w googlach: śpiewa Jean Ferrat, słowa Louisa Aragona:

„…Aussi longtemps que tu voudras

nous dormirons ensemble… ”

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Co było w międzyczasie

18 lut

Co było w międzyczasie , tj od października do teraz?  A więc wizytka Durghimów. Dwa tygodnie latali sobie po Paryżu.  Jacek obronił pracę magisterską (przysłał mi) o św. Janie od Krzyża. Tylko ja byłam jakaś dziwnie zmęczona czy osłabiona po tym wyjeździe i zamiast zwiedzać z nimi, siedziałam na kompie. W tym roku oboje są wegetarianinami i Ewka robiła nam hinduskie jedzenie. Ale najlepsze były ich poranne zwyczaje (co sobie zaraz przyswoiłam). A więc rano szczotkowanie całego ciała na sucho (skuteczniejsze niz pod prysznicem), potem krótki prysznic (ich zimny, mój tylko zakończony zimnym), trochę gimnastyki rozciągającej mięśnie, pół godziny medytacji i 10 minut wizualizacji. (To ostatnie olałam – nie rozumiem po co i tu jestem  antytalent.)

- Co to za metody? Skąd to znacie?

- Hermetyzm.

Pokazałam im Harameina na 
http://swietageometria.info/przekroczyc-horyzont-zdarzen
– byli zainteresowani, oglądaliśmy wieczorami razem. Obok jest forum jemu poświęcone
http://forum.swietageometria.info/index.php
.

Tylko co do logiki czterowartościowej nadal się nie gadzamy.  Jacek, jako świeżo upieczony mgr filozofii, twierdzi, że taka nie istnieje. A ja, przeciwnie, zamieściłam na salonie24 notkę o niej pt „Paradoks fryzjera” 
http://nina2.salon24.pl/321255,paradoks-fryzjera
.  Skoro w naszej dwuwartościowej logice Arystotelesa (z wyłączonym środkiem) istnieją paradoksy, to IMHO świadczy, że ta logika jest niewystarczająca. Nie zawsze jest najlepszym narzędziem do badania rzeczywistości.”

Także na salonie24, specjalnie by zdenerwować pewnego homofoba, zamieściłam z 6 notek o homoseksualiźmie, niektóre dobre. W pierwszej , „Homoseksualizm? Jestem za!”
http://nina2.salon24.pl/320042,homoseksualizm-jestem-za-1
jest moje sprawozdanie z paryskiej parady, a nr 4 „Homoseksualizm – ilustracje cd (4) ”
http://nina2.salon24.pl/323142,homoseksualizm-ilustracje-cd-4
, ilustrowany linkami do Niklasa i YT, też uważam za bardzo udany.

No, i na salonie24 poznałam najmądrzejszą Wiedźmę Margo.

Był to czas bardzo naukowo-poznawczy. Aż nie nadążałam notować.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Książka o Charlu

18 lut

Dopiero dziś wysłałam do Romarica dwa egzeplarze mojej książki, którą 10 lat temu napisałam o Charlesie. Rozsyłam prywatnie, swoim. Wszystko tam prawdziwe, nawet imiona – ale i tak nikt postronny nie uwierzy.

Pierwsze wydanie, 10 lat temu, dostali Thierry i Charles. Trzecią odbitkę wysłałam, nadprogramowo, do J.-P. Schnetzlera, fundatora Karma-Lingu i Karma Migyur-Ling za Grenoble, gdzie osiadł jako dyrektor administracyjny. Podobno był zainteresowany, chciał się z nami spotkać…  Niestety, u Thierrego się rozpadło, mnie wcięło w kompa, stary Schnetzler umarł…

Nadejdą nowi bogowie i nowa ziemia.

Także udało nam się odszukać Jacka Wilewskiego i Leona Cierniakowskiego – przyjaciół z czasów młodości. Dana zaalarmowała filmikiem czy dwoma:

  i
http://www.rp.pl/artykul/230143.html
. Wystarczyło parę SMS-ów do Polski i dostałam namiary, i telefony okazały się aktualne.

Będziemy w kontakcie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Mamô

24 lis

Dzwoniła Mamô. Mój list list się zadział, czy pomylono, czy ona była na odosobnieniu; tak, że dostała go dopiero teraz.  Nawijała chyba z 10 minut. Że jest wzruszona propozycją i dziękuje za ofertę, że naprawdę miło z mojej strony, ale jest szczęśliwa na Montagne i ma tam i w okolicy masę obowiązków.  I że chyba nie zniesie mieszkania w bloku, potrzebuje chodzić, być w ruchu.  (Racja, przecież ona z małym plecaczkiem włóczyła się sama po  Tybecie.  A w maju to ja prawie padłam idąc za nią na skróty do Tséringa, podczas gdy ona biegła przodem jak góralka.)  I że nawet gdy jest w mieście, w apartamencie starej matki,  musi obniżyć temperaturę do max 19°.  (Straszne!  W takiej to ja zamarzam, jak jaszczurka, drętwieję z zimna przed kompem.  Przecież u mnie poprzedniej zimy regulując ogrzewanie zmierzyli 28°. Aż się dziwili, jak to znoszę. Ależ świetnie! Cenię sobie możliwość siedzenia zimą w podkoszulku przy stale otwartym oknie. Moi egzotyczni afrykańscy sąsiedzi też raczej się nie skarżą. I w dodatku z geotermii czyli za darmo!)  A Mamô spędza dnie na świeżym (alpejskim!  tam nawet powietrze pachnie ) powietrzu, więc zahartowana.  No i ja palę jak komin a ona wcale. Jeszcze jedna upierdliwość dla niej.  Durghimy, co teraz przyjechali, też trzymali stale otwarte oba okna.

No ale, jak uczy Tséring, najważniejsza jest intencja i „ogrzanie serca”.  A Mamô wie, że ma jeszcze jeden sznureczek  w tej siatce ratunkowej przyjaciół,  na wypadek jakiegoś nieszczęścia.

A co do spania, to na zimę może spać na trzecim piętrze, gdzie ma komputer do pracy przy réseau Sanghi i  robi transkrypty Lamy. Także remontują dla niej jej stary domek przy męskim centrum obosobnienia (co miał już 29 lat i się zawalił). Zresztą w starej olbrzymiej i dobrze ogrzewanej chartreuse jest wygodnych miejsc do spania pełno wszędzie. Nieraz dotarłwszy tam nocą, przesypiałam do rana na kanapie w bibliotece. I raz nawet ktoś, nie budząc mnie, opatulił  mnie kocem.  (Kanapy na dole są zapchlone przez koty.)  Można też spać w sali do medytacji, zsunąwszy dwie maty. Miejsca pełno, raczej chodzi o to, by mieć kawałek miejsca specjalnie dla siebie.   W Dewachenie stały personel ma dla siebie pokoik albo dwa z łazienką i ze wspaniałym widokiem na olbrzymie plateau, ważniejsi lamowie mieszkają w odobnych szaletach. Więc dlaczego nie Mamô, która jest tam, od kiedy ją pamiętam? Bawi się w „joginię wędrowną” tak jak ja?

Czy zarzuciła mi, że gdy się spotykamy, niewiele ze sobą gadamy? Ale o czym tu gadać, gdy się jest spod tego samego yidamu?  Psychiki takie podobne, że nasze reakcje na wszystko będą identyczne. Wystarczy spojrzenie w oczy, jak z Charlem.

Ale wobec tego tu wszystko w porzadku? Wszyscy są zadowoleni i każdy jest na swoim miejscu.

 

Coś tam ciekawego dla mnie ma się dziać pod koniec miesiąca na Karma-Lingu. Ale na razie świetnie się bawię na kompie (bo walki pokojów), że nawet od tego nocnego siedzenia czas mi się przestawil i śpię do południa.  Więc raczej nie pojadę. Nie poderwę się na dwonek ciemną nocą na ranną medytację. (A warto…) Zaoszczędzone pieniądze prześlę do Polski: znowu na kogoś padło, jest już po operacji, ale rokowanie paskudne, na lekarstwa będzie trzeba robić zrzutkę…  Jak mówi Słońce : „już biorą z naszych półek”. On go znał, jemu smutno. Ja tylko raz słyszałam jego miły głos w telefonie. 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ciotodrama

20 lis

(20-11-2011 00:48) * Z pokoju wyszedl bisex1

 

Kabi (00:49) : dobra powiem tu, bo mi to siedzi na watrobie od jakiegos czasu

peterr1 (00:49) : myslalem ze powiesz ze cie wkurwiam 

 

Kabi (00:49) : jest tu tylda ~hadar

Kabi (00:49) : od dawna czuje cos do mojego szymka, czego nawet nie ukrywal jak go o to zapytalem

Kabi (00:49) : zawsze jak przylazi to sa bardzo soba zajeci

Kabi (00:49) : ciagle szepcza na priv

Kabi (00:49) : on mu opowiada jakies dziwne historie

Kabi (00:50) : choc ja ewidentnie zaznaczam czyj jest szymek23

Kabi (00:50) : NI CHUJA NIE ROZUMIE

Kabi (00:50) : ze ma sie odjebac

GGadek (00:50) : Kabi nie wierzysz swojemu partnerowi  

Kabi (00:50) : nie

peterr1 (00:50) : kabi no to trzeba recznie chyba

Kabi (00:50) : chyba tak

peterr1 (00:50) : kabi ale serio nie wierzysz szymkowi 

 

~__k__u_lek80965 (00:50) : GGadek daj spokój

~__k__u_lek80965 (00:51) : GGadek i chodz do fantoma

GGadek (00:51) : ~__k__u_lek80965 czemu   ze niby tu jest tak poj3b…. i mam siedziec cichu

~__k__u_lek80965 (00:51) : GGadek to nie kwestia ze on nie wierzy

~__k__u_lek80965 (00:52) : po prostu go wkurza ze ktos wlazi miedzy nich

~__k__u_lek80965 (00:52) : ale on sam to zalatwi

~__k__u_lek80965 (00:52) : i bedzie ok

GGadek (00:52) : ~__k__u_lek80965 jak nie jak tak   jesli nie jest zainteresowany to chocby pekl to nic z tego nie bedzie 

~__k__u_lek80965 (00:52) : GGadek spokojnie

 

Kabi (00:51) : wyobrazcie sobie ze spotkaliscie kogos z kim wiecie, ze chcielibyscie spedzic zycie do konca

Kabi (00:51) : póki co – znajomosc jest bardziej internetowa niz realna

Kabi (00:51) : bo spotykamy sie mniej wiecej raz na dwa miesiace

peterr1 (00:51) : skad ja to znam 

Kabi (00:51) : i jakas cholerna tylda – slodka jak miód i sliska jak durex play

Kabi (00:51) : próbuje wam to ukrócic

Kabi (00:52) : NIE BEDZIE TU TAKICH NUMERÓW TO KURWA JA MÓWIE – KABI

peterr1 (00:52) : kabi ale to nie jest tyle wina hadara co tez szymka

Kabi (00:52) : mój maly chlopiec jest bez winy

Kabi (00:52) : koniec dyskusji

peterr1 (00:52) : a no to jak tak to pojmujesz to zycze powiodzenia

 

~__k__u_lek80965 (00:52) : sie dogadaja

GGadek (00:53) : myslalem ze tu jest normalnie   to gorzej chore kroliki niz na interii 

~__k__u_lek80965 (00:53) : GGadek nie pierdol co 

 

NevoAIR (00:53) : Kabi, Matus by tak nie mógl   Za to ten hadar czy jak mu tam, cos mi smierdzi

Kabi (00:53) : GGadek jak chcesz to moge cie tam wyslac kurwa

Kabi (00:53) : w ciagu minuty

Kabi (00:53) : albo 10 sekund

Kabi (00:53) : za kretynskie komentarze

~__k__u_lek80965 (00:53) : Kabi tez spokojnie //hej

Kabi (00:54) : najlepiej sam wyjdz

Kabi (00:54) : i mnie nie draznij

 

~__k__u_lek80965 (00:54) : Kabi nie przesadzaj 

GGadek (00:54) : Kabi jesli to co zrobisz jest zasadne to prosze bardzo   chyba ze drazni cie to ze ktos ma inne zdanie

Kabi (00:54) : drazni mnie twój kolejny glupi komentarz

(00:54) * GGadek zostal wyrzucony z pokoju przez Kabi. Powód:

~__k__u_lek80965 (00:54) : Kabi chce zauwazyc ze skoro pisales o tym na ogóle

~__k__u_lek80965 (00:55) : to musisz sie spodziewac komentów

~__k__u_lek80965 (00:55) : które nie bardzo beda ci sie podobac

Kabi (00:55) : on mi próbowal dokuczyc

Kabi (00:55) : poza tym JA TU JESTEM OPERATOREM

NoMessage (00:55) : lol

Kabi (00:55) : a nie jakis pacan

NoMessage (00:55) : akurat tak to sie nie tlumacz  

Nina2_ (00:55) : oj

Kabi (00:55) : oprócz NoMessage nikt na mnie nie ma tu wplywu

Kabi (00:56) : do licha – popierdolilo sie z szymkiem

NoMessage (00:56) : a jaki ja mam na ciebie wplyw 

Kabi (00:56) : kulas sciagam se opa

Nina2_ (00:56) : Kabi , spoko, op powinien byc bezstronny..

Kabi (00:56) : DOBRY

Kabi (00:56) : kulas sciagam se opa – i jutro mi zalozysz

~__k__u_lek80965 (00:56) : nie

(00:56) * Kabi nie jest juz superoperatorem w tym pokoju (ustawil Kabi)

Nina2_ (00:56) : tak lepiej, Kabi

~__k__u_lek80965 (00:56) : jak chcesz to se wejdz na innym niku

Kabi (00:56) : tak narazie dobrze

Kabi (00:57) : zrównalem sie poziomem z NoMessage 

Nina2_ (00:57) : i jeszcze trzeba naprawic ten blad z GG

Nina2_ (00:57) : bo to naduzycie wladzy

NoMessage (00:57) : to nie byl blad 

NoMessage (00:57) : ggadek to idiota  

Nina2_ (00:57) : ok, ale nie bylo powodu

NoMessage (00:57) : byl   technicznie biorac nazywanie nas gorszymi krolikami niz na interii to obraza 

Nina2_ (00:58) : ojej… gadal z kulkiem

Nina2_ (00:58) : a my nie drazliwe cioteczki

Nina2_ (00:58) : co sie od byle czego fochna

NoMessage (00:58) : no i ?

NoMessage (00:58) : ja myslalem nina ze ty lubisz konfrontacje z tego co ostatnio mowilas  

NoMessage (00:58) : i ze lubisz ludzi ktorzy postawiaja na swoim 

Nina2_ (00:59) : NoMessage , no lubie, ale banowanie nie argument

 

~__k__u_lek80965 (00:58) : juz Kabi ?

Kabi (00:58) : nie, bedzie JUZ

Kabi (00:58) : jak przyjdzie tu ten cholerny hadar

Kabi (00:59) : i powiem mu co o nim mysle

~__k__u_lek80965 (00:59) : ja sie pytam o sopa 

Kabi (00:59) : nie zbanowalem go

NoMessage (00:59) : kicka dal  

~__k__u_lek80965 (00:59) : i nie histeryzuj do ciezkiej cholery

Nina2_ (00:59) : a op powinien byc bez emocji jak robot

NoMessage (00:59) : ludzie to nie roboty lol 

~__k__u_lek80965 (00:59) : juz ci przeszo

Kabi (00:59) : nie

Kabi (00:59) : jestem zly jak osa

Kabi (00:59) : i nie radze

Nina2_ (00:59) : to lepiej, ale nawet ten kick zbyteczny

NoMessage (01:00) : to tak jakbys mowila ze naraz jak sie stajesz opem nie jestes juz czlowiekiem 

Nina2_ (01:00) : a w porownaniu z jezykiem kulka – chore kroliki to komplement

Nina2_ (01:00) : tak, NoMessage , na opie nie jestem stronnicza

Nina2_ (01:00) : bez emocji

NoMessage (01:00) : twoja sprawa   

Nina2_ (01:00) : tego chcemy od sedzi w sadzie tez

NoMessage (01:01) : ja tam uwazam ze jak sie przebywa gdzies z ludzmi

NoMessage (01:01) : to sie ma wyrobione zdanie na pewne rzeczy i tyle

Nina2_ (01:01) : NoMessage , ale na rownym

Nina2_ (01:01) : NoMessage , dlatego mi z usera pyskowac wygodniej

Nina2_ (01:01) : a op to wladza

NevoAIR (01:01) : Kabi dupeczko  

NoMessage (01:01) : wladza srada  

NoMessage (01:01) : tez mi wladza na czacie

Nina2_ (01:01) : taka sama jak w realu

NoMessage (01:02) : lol

NoMessage (01:02) : Nina2_ tobie sie juz chyba cos popierdzielilo .

Nina2_ (01:02) : nie, NoMessage , ja znam czat dluzej od ciebie

Nina2_ (01:02) : i wiem ze stronniczy op zawali pokoj

Nina2_ (01:02) : a pomysl ze policjant ma swoich ulubionych

NoMessage (01:02) : a to ja nie wiedzialem ze tobie na opie placa 

Nina2_ (01:02) : op tu jest bezplatny

~__k__u_lek80965 (01:02) : Kabi odbier no

NoMessage (01:03) : a mnie to obchodzi mniej niz zeszloroczny snieg 

NoMessage (01:03) : a policjant to zawod platny wiec nie porownuj

Nina2_ (01:03) : NoMessage , to lepiej ze ty nie masz opa

NoMessage (01:03) : real i czat to kompletnie rozne rzeczy

Nina2_ (01:03) : mieszaja sie

Nina2_ (01:03) : zakochaj sie tu, to spotkasz w realu

NoMessage (01:03) : zakochalem sie tu i nie spotkalem w ralu 

NoMessage (01:03) : ja tam nawet nie chce za duzo z tym zachodu 

Nina2_ (01:03) : NoMessage , nie dorastasz

Nina2_ (01:04) : połozylbys pokoj

NoMessage (01:04) : lol widze ze tez mnie znasz lepiej niz ja sam siebie 

Nina2_ (01:04) : juz tu widzielismy Ave-Kotek

Nina2_ (01:04) : czy obok Nikitek

NoMessage (01:04) : jak dla mnie wlasnie zacofanie to traktowanie czata i reala na rowni 

Nina2_ (01:04) : to sie miesza

NoMessage (01:04) : chyba tobie  

NoMessage (01:04) : mnie tam sie nic nie miesza

Nina2_ (01:04) : powstaja nawet malzenstwa

NoMessage (01:04) : czat to czat

Nina2_ (01:04) : bo ty dziecko

NoMessage (01:04) : real to real

Nina2_ (01:05) : ale te same emocje i charaktery

NoMessage (01:05) : whatever

NoMessage (01:05) : a ty za duzo czasu tu spedzasz i tyle

 Nina2_ (01:05) : ja chwilowo moge sobie pozwolic

 

Kabi (01:05) : czat to czat, ale wyobraz se NoMessage, ze ja z nim tu spedzam wiekszosc czasu nam przeznaczonego

Kabi (01:05) : i jakis sliski, kreujacy sie na niewinnego hadar

Kabi (01:05) : wklejajacy wszedzie te jebane pandy 

Kabi (01:06) : próbuje mi wlazic w moje zboze

Kabi (01:06) : nie bedzie tu tego

Kabi (01:06) : to mówie ja – kabi

NoMessage (01:06) : xDDDDD

Nina2_ (01:06) : twardy i gniewny Kabi ))

Kabi (01:07) : wszystko na temat ;d

Nina2_ (01:07) : pamietam nicka Hadar

Kabi (01:07) : nom, slodki jest jak miód

Nina2_ (01:07) : jesli leci na szymka, to ma dobry gust, tak jak i ty

Kabi (01:07) : a on mi otwarcie nawet napisal, ze na niego leci

Kabi (01:07) : tyle, ze szymek to jest mój chlopak

Kabi (01:07) : a nie jakiegos hadara

Nina2_ (01:07) : mozecie walczyc

Nina2_ (01:08) : szymek wybierze

Kabi (01:07) : O_o

Kabi (01:08) : hadar na szymka

Kabi (01:08) : jestem ponad takie wybory

Kabi (01:08) : to ja zaraz wybiore

Nina2_ (01:08) : albo sie dogadac do trojkata

Nina2_ (01:08) : u gejow to tez obowiazkowo 1:1?

Kabi (01:08) : w moim przypadku tak

Nina2_ (01:08) : przeciez dzieci nie bedzie?

Kabi (01:08) : juz próbowal lucek

Kabi (01:09) : przeciagnac szymka na swoja strone – stracil opa

Kabi (01:09) : po chuj mu to bylo?

Nina2_ (01:09) : tez do hadara czy do szymka?

Kabi (01:09) : ja dosc mocno zaznaczam, ze to mój chlopiec

Kabi (01:09) : szymka

Nina2_ (01:09) : to za to? za flirt z szymkiem? LOL

Kabi (01:09) : nie za flirt

Nina2_ (01:09) : hi hi

Nina2_ (01:10) : no popatrz, a ja tej gromady mlodych cioteczek to nawet nie za bardzo odrozniam kto jest kto

Kabi (01:10) : za otwarte i chamskie slinienie sie do MOJEGO CHLOPAKA

Kabi (01:10) : DO MOJEGO

Nina2_ (01:10) : ach! cudne!

Nina2_ (01:10) : ale walcz o niego!

Nina2_ (01:10) : a wygrasz

peterr1 (01:10) : ja poniekad rozumiem kabiego

Nina2_ (01:11) : kazdy woli zdecydowanych mezczyzn

NoMessage (01:11) : same here

Kabi (01:11) :  )))))

Kabi (01:11) : kocham was

Nina2_ (01:11) : mi tez sie Kabi podoba

NoMessage (01:11) : ale lecem spac

NevoAIR (01:11) : Kabi   

Nina2_ (01:11) : tu jak prawdziwy mezczyzna a nie jak ciota

peterr1 (01:11) : w sumie tez mam takiego jednego ktoremu bym najchetniej przypierdolil za slinienie sie do mojego ex

NevoAIR (01:11) : Kabi

peterr1 (01:12) : i tamten bezczel jesio mu powiedzial ze chcialby mnie poznac

Nina2_ (01:12) : peterr1 , to jak to zrobisz to tylko zyskasz

peterr1 (01:12) : no jakbym mial go na wyciagniecie reki to juz na bank bym jebnal 

peterr1 (01:12) : nie warto nina

Kabi (01:12) : co NevoAIR

NoMessage (01:13) : trzymajcie sie dobranoc wsiem          Kabi dobrze bedzie  

Kabi (01:13) : bo ja tak mam – jak cos jest moje

Kabi (01:13) : to po chuj to ruszasz?

peterr1 (01:13) : masiek     slodkich snow

(01:13) * NoMessage wyszedl z czata

NevoAIR (01:13) : nie zlosc sie tak, przeciez Matus jest dobry bobas

peterr1 (01:13) : ooo a to ja tez tak mam

Kabi (01:13) : czy ja wiem – na pewno jest dobry

Kabi (01:13) : ale rok to za malo

Nina2_ (01:13) : niemniej, peterr1 , ja rozumiem emocje samiczki, o ktora dwa samce sie bija

Nina2_ (01:13) : a gej to ma przeciez i cos z kobiety

peterr1 (01:13) : nawwet w pracy kazdy wie z mojego kubka sie nie pije 

Kabi (01:13) : tym bardziej, ze przejawia pewne ciagoty do tego hadara równiez

NevoAIR (01:13) : ja bym powiedzial matuskowi, ze albo skonczy z nim gadac, albo ja z nim skoncze

NevoAIR (01:14) : i wtedy bys wiedzial kim jest tak naprawde

 

Kabi (01:14) : dobra, starczy tej ciotodramy

Nina2_ (01:14) : Kabi , ale jak sie uspokoisz to wroc na opa

Nina2_ (01:15) : a walcz spod usera

Kabi (01:15) : to nie bedzie walka

Kabi (01:15) : nagadam mu tak, ze wiecej tu nie wejdzie

Kabi (01:15) : i bedzie po klopocie

Kabi (01:15) : wiecie, ze tak umiem no nie? xd

 

Nina2_ (01:15) : op musi byc bezstronny, user moze walczyc

NevoAIR (01:19) : Kabi, wiemy  

NevoAIR (01:19) : Kto pomoze Kabi zbic tego dupka – lapka do góry!  

NevoAIR (01:19) : NevoAIR podnosi lapke!  

Kabi (01:20) : ale nie dajcie sie zwiesc jego pandom   i udawaniu, ze on nie wie o co chodzi

Kabi (01:20) : jak go bedziemy tlukli to trzeba byc zdecydowanym

NevoAIR (01:20) : Ale malo chetnych 

NevoAIR (01:21) : Kabi, na mnie nie ma mocnych   Obije mu morde, to wtedy moze sobie pandy robic ^^

Kabi (01:21) : tera przynajmniej nie musze juz ci nic wiecej tlumaczyc NevoAIR

NevoAIR (01:21) : Kabi, zalozylem konto na kumpello i tam siedze i siedze  

Kabi (01:21) : prawdopodobnie polapales sie o co mi chodzi

NevoAIR (01:22) : Kabi, no ba!   Ja tez bym utlukl kazdego kto by sie zblizyl do mojego faceta… tylko ze teraz to mój facet sie ode mnie oddalil   ale malo istotnie  

NevoAIR (01:22) : Napisal do mnie jakis dzieciaczek ;d

Kabi (01:23) : no ale jakbys dalej chodzil z mateuszem

Kabi (01:23) : to bys pozwolil na takie cos?

Kabi (01:23) : ze

Kabi (01:23) : „nie mam czasu bo kurwa z hadarem gadam”

NevoAIR (01:27) : To bym nie wiem co zrobil i jednemu i drugiemu  

 

(01:29) * Do pokoju wszedl ~__k__u_lek80969

~__k__u_lek80969 (01:29) : reee

Nina2_ (01:30) : no hej

peterr1 (01:30) : kulek gdzie byles 

Nina2_ (01:30) : popatrz, tu mlodziez naprawde cos przezywa

Nina2_ (01:30) : a nie tylko sie bawi

Nina2_ (01:30) : i to jakie silne namietnosci!

~__k__u_lek80969 (01:31) : peterr1 a ladon mnie zajal troche czasu

~__k__u_lek80969 (01:31) : i ggadek //ziew

Nina2_ (01:31) : bo tu ich Kabi nie chcial to musiales isc do nich

~__k__u_lek80969 (01:31) : no 

~__k__u_lek80969 (01:31) : a tera ide doope myc

peterr1 (01:31) : ooo to troche zajmie

peterr1 (01:32) : w koncu trzeba to wszystko odmoczyc najpierw 

 

NevoAIR (01:45) : Kabi   where are you?

atmos (01:48) : pa

(01:48) * atmos wyszedl z czata

NevoAIR (01:49) : Kabi, czemu Cie tak dlugo nie bylo?  

Nina2_ (01:50) : no to dobranoc panom…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Karma-Ling (www.karmaling.org)

14 lis

- Le Maillot?

- Lepiej! Karma-Ling! – odpowiada mi tryumfalnie jakiś grubas – „turysta”.

- Tym lepiej – i wskakuję na tylne miejsce.  (Chciałam najpierw odwiedzić lamę Tseringa, ale to zawsze zdążę.)

- Znasz  Karma-Ling?

- Tak, tam „brałam Schronienie”. (Chyba widzi, że mam czerwony sznureczek z węzełkiem na szyi.)

 - Na konferencję?

- A jest jakaś? Nawet nie wiem. Nie, odwiedzić stare kąty i starych znajomych.

Parkingi zajęte, wysadzają mnie przy wejściu i jadą szukać miejsca. Wchodzę bocznym wejściem, w sali de voutes  rzucam worek dyskretnie pod wieszaki szatni i od razu wpadam na mojego lamę-”intelektuela” . (Lama Lhundroup, szef uniwersytetu buddyjskiego, co zna nawet chiński. 10 lat temu miał z nami kurs tybetańskiego, ale ani z niego pedagog ani mi nie za bardzo szło, wyjechałam zanim poznałam cały alfabet. Notatki jeszcze gdzieś mam.)

I nic się nie zmienił! Jakby to było wczoraj! Naprawdę na Karma-Lingu czas jest zatrzymany.

- NinaOu!  Świetnie! Czy masz swój samochód? Bo chciałbym cię wykorzystać…

- Niestety, już go nie mam, spalił się. Przybyłam autostopem.

- A masz pół godziny wolne? Bo trzeba przygotować ekspedycję.

I lama Lhundroup rozkłada na dwóch stołach sterty papierów.

- 6 druków w każdą kopertę, wiesz jak.

Wiem, pomagałam przy tym nieraz. Wtedy więcej osób pracowało przy długim dębowym stole w bibliotece na piętrze. Teraz też, rozkładam sobie na stole stosiki do taśmowej roboty. Nowy numer Dharmy, jakaś broszurka ekologiczna, ulotki. Nic ważnego, ale posłuży ku pokrzepieniu serc i zachowaniu łączności z tymi, co zapłacili.

 

Przychodzi jakaś dziewczyna na drugi stół. Objaśniam co i jak. Potem jeszcze jedna, oddelegowana do tej pracy. No to odstępuję jej moje miejsce a sama się zrywam. Przygotowałam 20 a chcą 50. Poradzą sobie, a ja zwiedzę.

Ale co to?  Na podwórku obok, gdzie miło jeść gdy nie pada, z widokiem na Alpy, olbrzymi namiot, stoły, pełno nieznanych ludzi…  Jest konferencja, „Ekonomia i spiritualité”.

- Pic na wodę. Kto stosuje w ekonomii duchowość, bankrutuje – mówię do Bruna.

- Bo ty zawsze w négativité.  Przyjechało 500 osób. (Ruch w interesie.)

Okrążam kilka razy stupę, patrzę. Potem w środku rozkręcam młyn modlitewny aż zaczyna dzwonić małym dzwonkiem „om!”. „Philip, co pracuje”, który zajmował się entretien, odszedł. Za jego czasów  młyn modlitewny był napędzany wodą i ten dźwięk dzwonka towarzyszył nam cały dzień. Ostatnio byłam tu w maju, i już wtedy zauważyłam, że trzy litery w mantrze wewnątrz stupy są uszkodzone. I do dziś nie naprawili! Taka négligence w sprawie kultu źle świadczy o ośrodku.  Także nie ma wewnątrz dużej tekturowej  planszy ze schematem stupy (co symboliczna i skomplikowana jak piramida egipska) i objaśnieniami. Na Montchardonie mają wszystkie 8 stup i jedną główną. My tylko jedną, ale zainicjowaną przez samego Kalu. Nasza jest „stupą o wielu pomyślnych wejściach” .

Lubiłam  po porannej medytacji – prawie godzina w ciszy, jak Zen, tylko na koniec recytacja Pradżni pod bęben. Ta tak daje, że nawet zdolność mówienia (czy logicznego myślenia też?) trzeba podłączać do umysłu powoli. Nie ma porównania z wieczorną sadhaną Czenrezi, gdzie śpiewy, recytacje – wtedy mądre teksty same się zapamiętują, ale prawdziwej medytacji jest możê z 10 minut – więc lubiłam rano potem okrążyć kilka razy stupę. Słońce już wzeszło a świat, przed chwilą stworzony, był piękny i doskonały a ja go na nowo dostawałam w prezencie urodzinowym.

Teraz do starej sali do medytacji. Zdejmuję w hallu buty (w środku nikogo, bo nikt butów nie zostawił), wchodzę w półmrok sali, z radością robię trzy pokłony  (tu kiedyś było moje najszczęśliwsze na świecie miejce: w trzeciej kolumnie i piątym rzędzie sali do medytacji Karma-Lingu). Trochę się zmieniło.  W środku Budda jak zawsze, ale po prawej jest teraz zdjęcie aktualnego Lamy, a Kalu przeniesiono na lewą, gdzie dawniej był Czenrezi.  (Czenrezi Karma-Lingu, malowany przez Cecile, żonę(?) lamy Tséringa.) 

Sknocili coś. Ach, ta dzisiejsza młodzież! (Lama  Denys zostawił zarząd w rękach młodego pokolenia a ci jeszcze wszystkiego nie umieją.)  Dawny układ był zgodny z tekstem Emaho (ważnym, bo śpiewanym co dzień w linii Kagyu podczas sadhany Czenrezi: Budda nieskończonego światła, po prawej Pan Miłosierdzia (Czenrezi, „Kochające Oczy” u Ole), po lewej  Zwycięzca (mroków samsary) o licznych mocach, a wiadomo że „Kalu był silny w paranormalu”, a otoczeni buddami i boddhisattvami z 10 kierunków,  którymi byliśmy my (trochę na wyrost, nieraz sala była w połowie pusta a i większości z nas daleko do boddhisatvvy). Nawet „Dewachen” (Czysta Ziemia) nazywał się dobudowany długi piętrowy barak, gdzie mieściły się studia stałego personelu.

A teraz co?

Podchodzę do ołtarza i patrzę w oczy Kalu z najczystszą miłością i radością. Znowu jesteśmy razem! Znowu tu jestem!  Mój ukochany guru!

Przypuszczam, że to są uczucia religijne, i że katolik przeżywa je w każdym kościele.  A mi w kościołach  zimno i obco i nie rozumiem, ta religia nie moja… Choć przecież urodziłam się w Europie i w dzieciństwie babcia dbała, byśmy przeszli przez wszystkie sakramenty Kościoła. 

Zasiadam do medytacji na moim ulubionym miejscu.  Ale portret Kalu przestawiony, oświetlenie już inne,  już nie widzę stąd jego oczu.

Po lewej, z boku Kalu, wisi Karmapa XVII, ten „chiński”, ten uznany przez Dalaj-Lamę. Dobrze.  Też się skłaniam. Z tym mam „powiązania karmiczne” a z drugim tylko chłodne intelektualne zainteresowanie.

Mam dosyć, wychodzę. Zwiedzam wirydaż (dość dobrze utrzymany, kto się nim zajmuje?), zjadam parę późnych poziomek, czasem ktoś mnie pozdrowi, czasem ja rozpoznam twarz znajomą (choć już nieraz nie pamiętam imienia) .

W bibliotece rozgardiasz jakby po niesprzątniętej pracowni plastycznej. Co za porządki! A trudno wejść. A oszklona szafa z mądrymi książkami w ogóle nadal jest? Klucz do niej miała Georgette i wypożyczała, ale dla zainteresowanych (jak ja) klucz w samoobsłudze wisiał z boku szafy. Bo na 30 ooo książek, co miały być skatalogowane i udostępnione, prawdopodobnie nadal siedzi Lama jak zaniepokojony bibliofil. Raz o słownik snskrytu musiałam prosić dwa dni, a dostałam tylko na godzinę!  Pewnie nic nie zrobili, bo jak zwykle „brak personelu” .

Za to za parawanem jeden czy dwa komputery i bezpłatny dostęp do internetu.  To dobre, tego przedtem nie było.

 

Na trzecim piętrze, w dwóch dużych salach buty na stopniach pokrytych dywanem. Też swoje ściągam i zaglądam. No nie! Wspólne sypialnie, osobno dla kobiet i mężczyzn. Ja tu spać nie będę!  Tłok, osoby starsze, chrapią i pierdzą, duszno.  A co się dzieje w szaletach? Nieużywalne czy wszystkie zajęte? NIe sprawdzę, bo znowu czuję jakieś zmęczenie.

Wpadam na Mamô. Witamy się z radością. Mamô jak zwykle zalatana, zabiedzona. Śpi nadal w namiocie za warzywnikiem (daleko od ludzi) a teraz ktoś ukradł jej laptopa i wszystkie papiery osobiste. No duża przykrość. Co jest? „Za moich czasów” „Góra” miała silną protekcję i takie rzeczy się nie zdarzały, wszystko można było śmiało zostawić wszędzie. gdy Lama się zimą poślizgnął i złamał nogę na oblodzonej ścieżce, wszyscy się po cichu dziwili: „Jakże to tak? A gdzie jego protekcja?”  A potem Lama zaczął zbyt często zmieniać żony, i wielu ludzi odeszło zniesmaczonych, i nie wolno było powiedzieć, co się myśli, i wykopano całą starą kadrę.  A przecież wykształcenie lamy kosztuje masę czasu, nauk i odosobnień, tego się przez drobne ogłoszenia nie znajdzie. Więc marnotrawstwo, gdy najbardziej rozchwytywany lama Tséring pracuje na dole w fabryce kartonów. Zbijać skrzynki potrafi każdy, lecz dać buddyjski wykład o prawidłowym napięciu strun harfy – to wyższa szkoła jazdy.

A teraz na Górze nawet zdarzają się kradzieże.

„Something is rotten in the kingdom of Denmark” (cos sie psuje w królestwie duńskim) pisała śliczna Biała Pani. Ten TItanic tonie już od 20-tu lat – mówił mi lama Tséring. – Gdy Kalu umarł a Lama się odosobnił od reszty, wiedzie się coraz gorzej. Minęły czasy pionierskiego entuzjazmu, kiedy to wszyscy byli razem.

 

Lecz będąc w maju widziałam piękne uduchowione twarze. I kilkunastu poszło na trzyletnie odosobnienie. Karma-Ling nadal spełnia swe zadanie.

 

- Możesz spać w moim miejscu, jest drugi mniejszy namiot – proponuje mi Mamô. Ale mnie to nie ciągnie. Tam chyba nieciekawie i wilgotno. Wolą zejść do Tséringa, gdzie wino i kawa i dobra kolacja, i ciekawe nowiny (wymienimy ploty), i komp, i nikt nikomu nie przeszkadza.

 

Na razie gong wzywa na wieczorną medytację. (O tym juz chyba pisałam.) Słabo, sala w połowie pusta, recytacje żałosne a śpiew jojczący (czy nie mają lepszego prowadzącego?), powtarzanie Om mani ciągnie się w nieskonczoność (kosztem cichej medytacji) , drobna zmiana we francuskim tłumaczeniu Emaho…  Czy to tylko ja widzę wszystko na czarno?

Co tam mi tym razem nadało? Buddyjskie współczucie obejmujące wszystkich? OK, Kalu, wykonamy.

 

Teraz kolacja. Sala de voutes zapchana, kolejki do stołów, zaczyna brak naczyń. Znajduję jakiś talerz i bez kolejki sobie ładuję, co mi tam wygląda jadalnie. ( Jakiegoś ravioli z puszek nie.)  Chwytam parę kawałków chleba – i znowu rozczarowanie. Fuj, jaka gliniasta paćka! Co jest? Gdzie jest słynny chleb z Karma-Lingu, co jak tolkienowskie lembasy był zawsze smaczny i nawet na sucho jadalny? A dostawca, „chleb z Belladonny” , dostarczał go nawet do Paryża.  Widziałam w podwórzu przy piecu do chleba drewniane łopaty – pewnie wypiekli sami i sknocili. Oszczędność? Znowu rozczarowanie.

Rozgladam się po sali i siadam obok Jacquesa z Tulonu. Lubimy się. Ktoś jeszcze ze starych znajomych obok mnie, chyba Pascal.

- Miło mi. Zazwyczaj jadam sam.

- Młodzi są nieśmiali. Gdzie jest Czenrezi Karma-Lingu?

- Jak to gdzie? Wszędzie – i Jacques zatacza ręką koło.

- Nie, pytam o  obraz, który stał w sali do medytacji tam, gdzie teraz Kalu.

- Jest, nadal istnieje. Tylko przeniesiony do nowej świątyni (Traditions Unies).

(Gra słów? Nieporozumienie? Ale też, co za Czenrezi (współczucie) gdy starsza ode mnie lama Mamô koczuje w namiocie a teraz jest okradziona? Gdzie serce Karma-Lingu? Kto tu opiekuje się ludźmi? 

Pytałam o to już lamę Tséringa. Napisałam do Mamô, że zawsze mój metraż (świetnie ogrzewany zimą) z nią podzielę.

- Nie trzeba, u jestem szczęśliwa.

- Ona tak chce – tłumaczy mi lama. – Ma apartament matki, którą się opiekuje. Może też sama coś sobie załatwić. 

Rozumiem. Są okresy. Ja też się bawię czy gram „dzielną autostopowiczkę” czy „wędrowną joginię”. Ale na to już wiek czy pogoda nie ta.

Jak się zrozumie, o co chodzi, wiele rzeczy można załatwić na symbolach a nie dosłownie.  Myślę o tych samodzielnie zbudowanych szałasach w lesie, pełnych symboli sziwaistycznych, na które się natykałam wokół Karma-Lingu.  Jak ktoś musi swoje archetypy odegrać, to musi, z mocą schizofrenii. I dobrze, że na Karma-lingu wolno.Na dole nikt nawet nie zrozumie o co chodzi. Tymczasem w ludzkich duszach nadal spoczywają stare religie i zapomniane rytuały.)

- Dobrze. Ale w stupie brak planszy z objaśnieniami. Kiedyś była. A to przydatne do odczytywania symboli. 

- Pomów o tym z kim innym? Może ze Stephanie z wydawnictwa „Prajna”?

- Chyba o tym napiszę do lamy Lhundrupa.

 

Po kolacji spadam. Schodzę te dwa kilometry i jeden w bok. Tam za wsią jest domek lamy Tséringa.  Ale co to? Zamknięty!  Co się stało? Przecież on zawsze był na miejscu!

Kiedyś nawet w nocy zostawiał otwarty, lecz ostatnio ukradziono mu starą miotłę czy inne narzędzia.

Kiedyś przyjechałam z Genewy o północy, ułożyłam się obok niego i znalazł mnie dopiero o świcie…

Dzwonię na jego komórkę. Dwa razy, i dwa razy odpowiada mi jakieś dziecko, że pomyłka. Zmienił numer?

Szukam w notesie i znajduję numer Pięknej Ysabel (jego ex-).

- Iza? Tu NinaOu, jestem na Karma-Lingu, u Xaviera, a jego nie ma. Wiesz coś?

- Gdzieś wyjechał, bo prosił, żeby w ten week-end dzieci zostały ze mną. Czekaj, dam ci jego komórkę.

 I Iza mi dyktuje jakiś numer, inny.  Próbuję, ale w tych górach często brak zasięgu.

 

No cóż, taka karma. Pod górę nie podlezę, trzeba przenocować w ogrodzie. Szopka zapchana, trawnik krótki, ale w nocy może być rosa. Pod okapem sucho ale równo, cement.  Obok jakieś szerokie blaty z drewna czy plastiku dadzą izolację.  Nieco za twardo, a mam tylko moją żółtą kapę.

W końcu przenocowałam na trzech plastikowych krzesłach wokół stołu, a przeźroczysta płachta z Castoramy robiła za namiot.

 

Na śniadanie znalazłam parę pomidorów, moje figi, garść orzechów laskowych, jakieś ziółka. Ale dużo to tam w swoim warzywniku lama  nie miał.  Po kawę to muszę wrócić na górę.

Jestem głodna, zmęczona, i czego ja zawsze noszę ciężary?  W płócienną torbę  przekładam książkę Thierry’ego (2 kg), zakupy z Pontcharra (oprócz skarpetek) , mydełko cudnie pachnące granatem też stamtąd  i wszystko zostawiam między domem a dechami, pod okapem, gdzie sucho. Nikt nie zauważy ani nie znajdzie.

No to wracam.  Po drodze dom Bernarda.

- Hej, jest tam ktoś?

Wychodzi Bernard.

- Jestem Nina, z Karma-lingu. (W zeszłym roku byliśmy sobie przedstawieni i zwiedziłam jego rzeźby w drzewie.) Zaszłam do Xaviera, a go nie ma. Wie pan coś?

- Nic mi nie wspominał, ale powtórzę, że byłaś.

- Dziękuję.

(I nie zaprosił na poranną kawę, a trochę na to liczyłam. )

Dochodzę ten kilometr do rozjazdu (droga pozioma) obok Świętego Wzgórza (jeszcze druidów) gdzie halucynogenne łysiczki i znowu mnie jakiś samochód podwozi do Karma-Lingu.

Kawa!  W sali de voutes stoi automat, co za 50 centów daje kubeczek najtańszej neski zalanej nawet nie wrzątkiem.  W potrzebie to mogę nawet kranówę, ale ja kupuję lepsze gatunki!  Ta z Karma-Lingu, dla turystów, to mnie zawsze kłuła w zęby. A personel trzymał dla siebie w szafie obok lepsze kawy.

Wypijam dwie, a że lubię do tego zapalić, muszę wyjść na zewnątrz. Pełno samochodów, nawet nie ma gdzie przysiąść.  Brak głazu naprzeciw, gdzie zawsze siedzieliśmy.

 

Łazienki na piętrze, wolne.  I pełno zapomnianych szamponów i mydeł. Zajmuję jeden prysznic.  Jednak to moje dziwne osłabienie to chyba z odwodnienia, bo po namoknięciu jest mi wyraźnie lepiej.

Znowu kawa, papieros, przy samochodach Daniel z grubą panią się licytują:

- Od kiedy praktykujesz? Jak się zetknąłeś z buddyzmem?  Czy znasz tę i tę książkę, tego i tego mistrza?

Czuję się paskudnie. Męczy mnie upał. Wlokę się na plateau. Tam duże  namioty, w jednym  sprzedają wypieki – Jacques Maison i mason chce mnie czymś poczęstować, ale dziękuję. W tym jakaś konferencja, gdzie działacz alternatywny tłumaczy, że kryzys i nic z tego nie będzie, tu jakiś Rajah, piosenkarz hinduski i zaaferowana Mamô  donosi mu dzbanek wody… A co mnie to wszystko obchodzi?  Szukam spokojnego miejsca, żeby odpocząć i się przespać.

 

Na dole obiad. Uczestnikom, co zaplacili (słono) za (nędzną) konferencję, wydali jakieś bloczki, teraz dają jakieś już gotowe tacki…  No ch..! W kuchni pracuje Imar, „Ptak egzotyczny”, brat jawajskiej żony Bruna, mogę potem zajść od tyłu i coś dostanę, ale olewam, mam dosyć, spierdalam stąd!

 

Biorę swój worek z szatni i zaczynam schodzić.  Zaraz nadjeżdża jakiś samochód i mnie bierze. Jestem wredna, czuję to, i on czuje też.  Chciał mnie wysadzić w la Rochette, ale zagadałam (k..a, jaka ja jestem zmęczona!) i podwiózł aż do Pontcharra.  Trochę wymusiłam, nieładnie. Pozbył się mnie z ulgą. Sam szukał autostrady do Grenoble.

Zajoma kawiarnia z tarasem, kawa. Ale nie mają jedzenia.  Naprzeciw  jakaś restauracyjka, pizzeria czy dania rybne. Zaglądam. W środku pusto tylko rajcują dwie panie.

- Przerwa obiadowa. Proszę przyjść za godzinę.

 

- &”#&- !  Na szczęście pociąg do Chambéry nadejdzie za parę minut. Ledwo zdążyłam kupić bilet.

 

W Chambéry rzucam okiem na rozkład. Ostatni do Paryża, będzie tam o 11. Biorę bilet, jeszcze piwo przed dworcem, zdążę, i przespałam w pociągu całą drogę.  Do domu dotarłam po północy. I dwa dni nawet nie otworzyłam kompa, taka byłam padnięta.  Ale szczęśliwa, że mam własny dach nad głową z zawsze czynną łazienką.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pontcharra i la Rochette

13 lis

Budzę się koło dziewiątej, w domu nikogo. W kuchni robię sobie dobrą kawę i wychodzę z papierosem na balkon.  Nudno. Co tu można dalej robić? Składam pościel na materacu w kostkę, rzucam okiem na książki w przedpokoju (średnie SF) i wychodzę. Na dole ze skrzynki (klucz wrzuciłam) odpisuję poprawnie wszystkie nazwiska. 

Mam czas. Idę pieszo w kierunku dworca. Droga trochę z góry, więc wygodnie. I już jest park, w którym spałam w przeddzień. Obok poczta.  Pieniądze z bankomatu, karnet znaczków. Teraz znajomy taras więc kawka, jem znowu u Chińczyka, lecz już nie tak olbrzymio.  Co tu dalej? Wg rozkładu mój bezpośredni autobus będzie po dwunastej. No to rzucę okiem, tak z ciekawości, na ten autobus do Polski. Ten ma być w samo południe. Obok już czeka onieśmielony chłopak w wymiętych spodniach i niemodnej fryzurce. Przy nim kupa bagażu i zatroskany, przedwcześnie zmęczony życiem ojciec pali skręta. Ani chybi Polacy na robotach.

Do Polski przyjeżdża, prawie pusty (jeszcze w drodze nabierze), stoi tu 10 minut, więc grupka przy nim pali – obserwuję leniwie siedząc na worku pod drzewem na sąsiednim przystanku. (Znowu to jakieś nietypowe zmęczenie.)

Do Polski odjechał a mojego nie ma?  Tylko mały chłopczyk obok telefonuje z komórki do mamy, że jest na dworcu i czeka.  Czy spóźnia się, czy przegapiłam i już odjechał? Pytam.  Nie, w porzadku, odjeżdżają z tego stanowiska.

Zaglądam jeszcze raz w otrzymaną karteczkę. Osz, k..a! One nie chodzą co dzień! Dzisiaj tego bezpośredniego nie będzie.

No to pociąg. Na południe latają co godzinę albo częściej. I za niecałe 5 euro mam bilet do Pontcharra. (Przed dworcem raz był autobus, ale najczęściej nic nie ma. Niemniej rzucam okiem na rozkład.)

No cóż, pozostaje przebić się pieszo przez miasteczko. Drogę znam od lat na pamięć. O, na tym murku kiedyś mapę suszyłam, gdy mi się woda w torbie rozlała, za tym garażem się przebierałam w upale, tu tabac (uzupełnić zapasy tytoniu przed wejściem na górę!) a tu sklep z magicznymi rzeczami lamy. Bric-a-brac, wszystko za 1 euro, lecz zawsze coś ciekawego się trafi. Zwiedzam. Wewnątrz aż przyjemnie chłodno. Rzucam worek przy kasie i na luzie oglądam. Wybieram krążek pół kilo fig z Turcji (nie przepadam, ale w podróży jak głód to mogą być), skarpetki! Potrzebuję, bo te co na nogach to już z dziurą. Szukam czysto białych, lecz nie ma, tylko jakieś z paseczkami. Ale Dim, dobra marka. Dwie pary za 1 euro to okazja, biorę. Teraz – co to? Koronkowe czarne rajstopy, duży wyrazisty deseń. Ja tego nie włożę, ale szkoda zostawić, bo fajne. Będzie na głupi prezent dla jakiejś cioty, co lubi przebieranki.  Jaś dostał ode mnie raz kilkumetrowe boa z piórek (wyprzedaż po karnawale).

- Zakładam je do czerwonych stringów i śpiewam arię z Toski – zapewniał mnie kiedyś w telefonie. I śmieliśmy się oboje.  (I chyba nawet je od niego pożyczyłam, jak były te gejowskie urodziny Maciusia w Dragonie.)

A Słońce olbrzymi tęczowy parasol dobry na Paradę używa normalnie jak deszcz  i chwali sobie rozmiar (że zmieści się cała rodzina z dzieckiem). A też kupiłam na zgryw, bo gejowski.

Wracam oglądnąć jeszcze raz ramkę. Ta trochę droższa, ale to jest ładne. Prostokąt podzielony na mniejsze, nieregularne. Styl japoński Zen. Stać mnie, biorę też.

I znowu upał i lezę przez miasteczko. W końcu mostek na strumieniu (ciągle zapominam nazwy, lecz to ten sam, co spada z gór obok Karma-Lingu), rondo i już można łapać. Teraz będzie 8-10 km ładnej drogi, z jednej strony zalesiona góra, z drugiej łożysko strumienia (szerokie, po potrafi nagle przybrać), lecz jej jeszcze nigdy nie robiłam pieszo.  Teraz też, 5 min nie upłynęło i jakaś młodzież podwozi mnie do la Rochette. 

Teraz bar Cardinal. Od kiedy go pamiętam, już dwa razy zmienił właściciela, lecz poza tym bar się nic nie zmienił. Toaleta w głębi, piwo na tarasie. Pod płóciennym dachem patrzę z zadowoleniem na kwiaty w oknach naprzeciwko i czuję się jak w domu. Pytam o poprzedniego właściciela.  Miał siwy jeżyk na okrągłej  głowie i właściwie bardzo przypominał kota Pompidou rasy rosyjskiej niebieskiej, z którym pewnej zimy na Karma-Lingu dzieliłam szalet. (Raz nabrudził w łazience i strasznie się tego wstydził, więc kupiłam mu kuwetkę. A raz zaatakował go dziki jak demon kot Skarpetka i ciężki –5 kg kota- Pompidou wskoczył na drzewo i wrzeszczał z rozdartym brzuszkiem.  Kociątkiem należał do krowiastej blond Stefanii, co potem chodziła z lamą Tseunamem.  Dwa grubasy wyglądały jak para słoni. Ale rozlecieli się szybko wszyscy (pasje są letnie na Karma-Lingu) i każde poszło w swoją stronę. Kot został. Stąd się biorą zwierzęta Karma-Lingu: czasem mają jeszcze właściciela, czasem są po nim wspomnieniem. Ale zaopatrzenie kupi i kilka puszek karmy i ktoś im zawsze napełni miseczki.  Obojętne buddyjskie współczucie. A jaki dekoracyjny był kot Maryse, trzeciej żony lamy, gdy ogon mu zwisał z lodówki w sali jadalnej. Był trójkolorowym długowłosym tabby z falującym ogonem.)

- A, Robert? Odszedł na emeryturę, teraz ja jestem właścicielem.

 

Jeszcze znajomy tabac, gdzie biorę kilka pocztówek, i naprzeciw merostwa uliczka w górę,  w połowie jakaś fabryczka gdzie luźno, można wjechać, można się zatrzymać. Tam zawsze łapię i po chwili ktoś mnie podwozi na rynek w Arvillard.

Piwa już nie chcę, w sklepiku też nic nie potrzebuję. Od razu w górę obok ukwieconego domu (kwiatów na nim wyraźnie mniej, pewnie właścicielka umarła) , w lewo i za zakrętem obok budki jest wygodne miejsce na uwalenie się na alpejskiej łące a jednocześnie widać z góry, kto nadjeżdza.  A samochody tu uprzejme i każdy bierze swoich.  Tam zawsze czekam.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Alexa

10 lis

Przed szóstą zaczynam się zbierać. . Ochlapuję się z upału przy fontannie (wrzeszczące dzieciaki gdzieś wcięło). Przy dworcu widziałam widziałam plan miasta. Także miejskie autobusy. Gdzie tam do Aleksy?  Na północ? I dwa autobusy tam jadą, jeden właśnie nadjeżdża. Jeszcze pytam kierowcy, i ten po paru przystankach mówi, żeby wysiąść na następnym (ludzie tutaj uprzejme). Ukwiecone rondo. Na wprost mam porośniętą trawnikiem górę, na niej kilka budynków. To tam jest ta pływalnia?  Z boku pod górę ulica, a stroma, że zjeżdżając trzeba hamować silnikiem. Właśnie Aleksy, Ale czy ja mam tam podleźć? Padnę!  Na szczęścię zaraz w pierwszej bramie stoją dwa bloki mieszkalne, a jeden ma numer Aleksy. Uff…  I ledwo weszłam na podwórze, gdy z domu wychodzi Aleksa.  Wspaniała kobieta!  Wysoka (chyba z metr 80), luźne czarne włosy, szlachetne rysy Indianki.  Już na Karma-Lingu w naszej Tróbogini była nimfą w kwiecie kobiecości. A teraz jeszcze wypiękniała!

- Aleksa )))

- NinaOu!  Ale skocz ze mną na róg po zakupy.

Aleksa kupuje wino, parę drobiazgów i wracamy.  Bloki, drugie piętro, windy nie ma.

- Poznaj moją rodzinę. Oto Louma. – Dziewczynka ma już z 10 lat, a ja ją pierwszy raz widzę. Trochę krępa i może coś w odcieniu, ale ujdzie za białą. Aleksa z nią wróciła z Katmandu.   

- A oto : mężczyzna mojego życia! – I pojawia się misiowaty rozczochrany rudzielec Frédéric. Jest psychologiem szkolnym, jak Romaric.  – Od dwóch lat jesteśmy razem.

- A teraz: czego potrzebujesz najbardziej?

- Łazienki! Wracam z odludzia.

I dostaję ręcznik wielkości prześcieradła (mam własny, nie muszę jej brudzić). Wanna! Długo się kąpię, moknę, odświeżam, czyszczę. Cudownie.

Teraz wypijamy z Fréderykiem po kieliszku wina, co czym on znika w kuchni a ja z Aleksą  na balkonie palimy i plotkujemy.  Podoba mi się pomysł: podłoga balkonu wyłożona zieloną wykładziną dywanową imitującą trawę. Przyjemnie pod bosymi stopami.

Opowiadam raz jeszcze to, co opowiadałam Mamô: nie moja wina, że mały Yves się zabił. Ja mu źle nie życzyłam! Mi zaraz w Montchardon kazano przebaczyć, więc zadzwoniłam z tym do niego, a także do szamana w Grenoble.  Ale dla Aleksy to już prehistoria, zaledwie sobie postacie przypomina.  Powinnam to opowiedzieć Magali, ona z Yvem była bardziej związana. To nie moja wina, moich złych życzeń na pewno nie było, lecz jakoś z Jasiem „tak mamy”, że nasi wrogowie ? – to za mocne, ale z kim nieporozumienie, to prędko umiera.

Trochę plotek z Karma-Lingu (usłyszę je lepiej u lamy), piękna Ysabel podobno się procesuje, lecz od roku z Aleksą pogniewana (niedobrze), Magali ma drugiego syna.

Fréderic prosi do stołu. Przygotował faszerowane courgettes i bakłażany w zapiekance.

- Nagadałyście się, dziewczyny?

Z uśmiechem mu dziękujemy, pijemy wino.

Znalazł się dla mnie materac z gąbki i pościel. Spać będę w séjour po odsunięciu stołu.

- Oboje wstajemy rano, ja jeszcze muszę odwieźć dziecko do szkoły.

- Jestem bardzo zmęczona, chciałabym pospać dłużej, mogę?

- To zostawię ci klucze. Wychodąc przekręć dwa razy i wrzuć na dole do skrzynki, jest nazwisko. 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

niewidzialna aura sympatii

10 lis

 

„…niewidzialna aura sympatii, którą każdy przekazywał dalej. 

Dzisiaj świeciło słońce i czułem radość istnienia.”

( z
http://pozasoba.blog.pl/dzisiaj-wiecilo-sloce,15500514,n
) 

Ładne…  chyba od czasu do czasu zajrzę. Po linkach od poznańskiego misia.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Chambéry!

07 lis


Chambéry! Ukochane miasto, miasto słoni. Nasza Hastinapura (mitologiczna nazwa Benares.) Słońce, ciepło, wszystko znajome!  Dworzec mały lecz funcjonalny, zaraz po drugiej stronie ulicy pełno kawiarni, tarasy (siedziałam nieraz na każdym).  Najpierw piwo czy kawa, mam czas, jeszcze ranek.  Przy sąsiednim stoliku zasiada starsze towarzystwo, ciągnąc za sobą małe walizki na kółkach. Dwie dobrze już starsze panie (skąd wiem, że to lesby? gay-radar?  bo wyglądają jak Gertuda Stein z przyjaciółką (Alice Toclas)?). Patrzę z przyjemnością: ubrane w prawdziwy len, jedwabny fular kolorem dobrany, różne dodatki. Gdy będę stara, też chciałabym tak wyglądać.  Starszy pan przy nich też nie mieszka w blokach ani nie pracuje fizycznie lecz w kulturze. Ech, te moje ciągotki burżuazyjne. Josette też jest bardzo elegancka, ale tu – to wyżej.  Ale chyba nie można na raz mieć wszystkiego. Ja prosiłam o życie ciekawe a niekoniecznie komfortowe. Więc skoro w  dżinsach mi ciekawiej… Dostałam, o co prosiłam. 

 

Teraz, co dalej? Nie spieszę się a chciałabym odpocząć.  Gdzie? Dzwonię do Josette. (Tam nieco ą ę lecz wygodnie.)  Niestety, Josette aż się ustrawiedliwia w telefonie, że ma problemy i nie może mnie przyjąć.  Co jest? Znam jej gościnność, najpierw w willi, potem po rozwodzie już w apartamencie a jej papierosów przyniesionych jak byłam w szpitalu, to jej nigdy nie zapomnę, moja dozgonna wdzięczność. Więc skoro nie może, to problemy pewnie duże. Biedna Josette! Z nią samą czy w pobliżu, bo ma liczną rodzinę a rok temu wspominała o kłopotach z synem. 

No to dzwonię do Alexy, której z 10 lat nie widziałam, lecz wiem, że mieszka w Chambéry.

- Alexa? Jestem w mieście, możesz mnie przenocować?

NinaOu (podrabia mój akcent, tak mnie nazywano na Karma-Lingu)?  Nie ma sprawy, ale do szóstej nie ma nikogo w domu. Oboje pracujemy. A mieszkam teraz (i podaje mi adres). Przyjdź wieczorem.

No to jestem w Chambéry i mam cały dzień wolny.

Teraz jeść! Przecież ja w ostatnich dniach niewiele jadłam. I nie piłam! Przypuszczam, że to moje dziwne osłabienie może być z odwodnienia. Najlepiej do Chińczyka, gdzie dużo, tanio, smacznie i lekkkostrawnie. Okazuje się, że też tuż obok, naprzeciw dworca, jest nowa restauracja japońsko-chińska. Kochane Chambéry, wszystko na miejscu!

Wparowuję. Przestronnie, przytłumione światło i pusto. Wow, co za dekoracja!  W części o stopień czy dwa podwyższonej , na środku szybami wydzielona przestrzeń, w środku piasek, kaktusy, inne tropikalne rośliny. Światło z góry.  Okrąża ją pas stolików.

- Poproszę ryż kantoński, dużo, jeszcze. I kurę w ananasie. I to obok, to ciemne.  I karafkę wody.

- Proszę zająć miejsce, przyniesiemy.

 

Płacę ponad 10 euro, choć normalnie u Chińczyka to mi 6 wystarcza. Wybieram miejsce przy stoliku z widokiem na dekor. Pusto i czysto, tylko gdzieś w głębi szepcze chińska czy japońska parka. Dostaję swoje, wyrzucam z barkietek i robi się aż kopiasty talerz. I zmieściłam w siebie wszystko!

 

Teraz, z pełnym brzuszkiem, najlepiej gdzieś się zdrzemnąć.  Ruszam powoli w stronę centrum.  Tuż zaraz placyk, skąd ruszają autobusy. Ciekawe, może do Pontcharra też będzie? A na tym przystanku stają autobusy do Polski. A stad – do Genewy na lotnisko. Wspaniałe miasto! Nie jest taką pułapką na turystów jak Clermont-Ferrand, z którego nie można się wydostać. Chambéry ma doskonałe połączenia ze wszystkim. Pytam panią w okienku o autobus do Pontcharra i dostaję karteczkę z rozkładem. Są nawet aż do la Rochette, a parę nawet do Arvillardu jedzie. Jak byłam młodsza, musiałam pchać się tam autostopem. Ale w zeszłym roku przy dworcu byl autobus, unowocześnili się.

A co za placykiem?  Parkingi, a za nimi wspaniały park. Właśnie tego szukałam! Pięknie strzyżone trawniki, na których grupki ludzi, alejki, ławki, kwiaty, rzadkie drzewa.  W środkowym ciągu rząd baseników z fontannami, a że gorąco, to jakieś dzieci w nich się kąpią…  Walnęłam się pod sekwoją i chyba się zdrzemnęłam.  Potem się przeniosłam na sąsiedni trawnik, bo ktoś przyszedl z psem czy grupka młodzieży w pobliżu była za głośna. Magnolia była naprzeciwko, a drzewko nade mną  (chyba) było amerykańskim ambrowcem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Clermont-Ferrand

05 lis

Wieczorem Charles mówi:

- Jeśli chciałaś zobaczyć Thierry’ego to mogę cię tam podwieść.  Ale sam u niego nie zostanę.

- Chciałabym go zobaczyć, skoro jestem w okolicy. Poproszę też o zioła na moje nadciśnienie. U mnie konfliktu z Thierrym nie było. (Choć Charles plotkarz powtórzył mi parę detali z których wynikało, że Thierry raczej bał się moich nadmiernych energii ognia. Sam był spokojny jak Tao czy jak woda.)

To Charles jest pamiętliwy i nadal gniewny. Thierry się stara o zgodę, mówił mi, że wkrótce po gniewnym rozstaniu podrzucił Charlowi  worek kartofli do Basse, a teraz widziałam u Charla książkę Thierry’ego. Też dostał w prezencie z dedykacją, tak jak ja.

 

No to jedziemy trochę dalej, przekraczamy nationale, jest Mérinchal. Charles mówi:

- Ale ja u Thierry’ego nie zostanę. Tylko ciebie wysadzę. Usiądźmy najpierw w tej kawiarni.

Siadamy, rozmawiamy, jest kawa. (Ależ jestem zmęczona!)

- A co zrobisz, jak Thierrego nie będzie? On teraz często wyjeżdża.

- Poradzę sobie. Są w miasteczku jakieś pokoje dla turystów?

- Nie wiem, trzeba zapytać patrona.

Okazuje się, że są aż dwa domy. Jeden nawet widoczny z tarasu kawiarni.

- Jedźmy.

Podjeżdżamy. Niestety wyglada że zamknięte i nikogo. Przed domem żadnego samochodu. A ja jestem taka zmęczona, że nawet nie mam siły wysiąść i rzucić okiem na ogrody. Słynne ogrody Thierry’ego pełne rzadkich roślin, nieogrodzone, dostępne.

- To co teraz?

- Zostaw mnie tu, na skrzyżowaniu dróg. Samochody jeżdżą, zrobię trochę autostopu.

- Jak chcesz.

To nationale z Limoges do Clermont-Ferrand.  Charles przystaje na jakimś placyku.

- Tu można się wygodnie zatrzymać, tu możesz łapać.

Rzeczywiście.  Droga równa, widoczność dobra, za plecami mam nawet jakiś hotel.  (Jak nic nie wyjdzie, to jest się nawet gdzie kawy napić. Co do noclegu to nie jestem pewna: w lesie bezpłatnie, a ziemia sucha i na dworze ciepło. Więc po co płacić, skoro jest za darmo.)

Ale za parę minut już siedziałam w jakimś samochodzie. (Nawet chyba nie zdążyłam wypalić papierosa.)

 

Po godzinie jestem w Clermont-Ferrand. Śliczne miasto w dolinie, schodzę w dół, rozglądając się, parę uliczek i jest przystanek autobusu.  Dobrze, jedzie na dworzec.

Autobus jedzie i jedzie, przez okna widzę ulice ocienione drzewami. To miasto jest spokojne i intelektualne, ze starymi szkołami, czytelniami, uniwersytetem. To je opisał Anatol France? To tu kręcili filmy o młodości Marcela Pagnola? To podwórko szkolne z krużgankami i stare platany? (Pamiętam ulubioną kawiarnię-czytelnię Thierry’ego.)  Ktoś mnie uprzedza, że następny przystanek, to będzie dworzec.  Ale zobaczyłam na rozkładzie jazdy w autobusie, że końcówkę ma na wschodzie miasta. Wylot na Lyon.  Jeszcze jasno, pogoda ładna, a ja trochę wypoczęłam.  Może by spróbować stopu?  (Tak jest bardziej sportowo.)

 

I tu się zarżnęłam. Co ja wmawiam sobie, że jestem „dzielna autostopowiczka”, skoro już dawno na to nie wiek i uroda, a teraz już nawet i siły już nie te? O autostopie najstarsi ludzie zapomnieli. Wszędzie pełno autostrad, gdzie pieszy nie może wejść a samochód się zatrzymać. Okres autostopu dawno się skończył.  Samochody też jadą tak szybko, że nawet nie zdąży zahamować.  Każde podejście na wlot to kilka kilometrów.

Niby jest jakieś, ale czy to to?

Ludzi niewiele, ale pytam o wylot na Lyon.

- Autostrada tam.

- Nie autostrada, wolę nationale.

- Tego już nikt nie bierze.

(Racja. I wokół miast parędziesiąt km autostrady bezpłatne, zapomniałam.) Ale na drugi dzień zobaczyłam, że też brali.

Teraz jakieś centrum handlowe, też na kilometry. Jest plan okolicy. Niby tędy, niby nie tędy?  A tu już się ściemnia.  Zmęczona jestem!

No trudno.

- Jak wrócić na dworzec?

- Tu jest tramwaj.  Wysiąść na … i troszkę podejść.

To podejście to było ponad kilometr. Pomyliłam uliczki i podeszłam od tyłu przejściem pod peronami. Pusto. Ostatni turyści, ktoś z rowerem, co też ma problemy. Pociągi będą jutro.

No to autobusy? Znowu przechodzę pod peronami. Placyk, stoi parę ostatnich. Ale dokąd one jadą? Jakieś miasteczka lokalne zupełnie mi nieznane. (K…!) Najpierw trzeba odpocząć. Przed dworcem jeszcze świecą restauracyjki i kawiarnie. Tu pizza, tu kebab, tu sandwicz. Zamawiam piwo, palę.  Przyczepia się mały Murzynek.

- Nie masz gdzie spać? Ja mam tu w pobliżu pokoik.. Możesz się przespać, nic od ciebie nie chcę.

(A niech go cholera weźmie! Już taki wyposzczony? Naiwną dwudziestolatką to ja byłam przed dinozaurami. Choć może go sądzę po białych. Sypiałam przecież u znajomych  Hindusów i zawsze wszystkie zasady przyzwoitości były zachowane. Jestem zmęczona, tylko głową kręcę, że nie.)

- A  możesz mi kupić chociaż sandwicz? Jestem głodny.

- A masz 5 euro i spierdalaj!

Za plecami mam hotel.  No nie, nie za taką cenę. Pytam taksówkarza na postoju, gdzie tu tańsze hotele.

- Tu zaraz w tej uliczce są dwa naprzeciwko.

Faktycznie, są. Ale w jednym remont, a w drugim wszystko zajęte. Jest jakiś lokalny festiwal czy zjazd czegoś i recepcjonista mówi, że już nigdzie nie znajdę. Ja też już mam dosyć tego tłoku i hałasu. Odwykłam od ludzi. Trzeba będzie wydostać się za miasto i przenocować na dziko w przyrodzie na trasie.

Więc znów lezę te kilometry pustych nocnych ulic na przedmieściach, gdzie najwyżej samotny kot się przemknie, potem światła, wylot z miasta, szeroka autostrada (teraz pustsza, lecz jadą), jakiś długi wznoszący się wiadukt…  Ileż ja się już dzisiaj nałaziłam?  Juz czuję w nogach i ciele coraz większe zmęczenie. Kukam na boki: tu i ówdzie można by się już do świtu przespać, lecz ciągle domów za dużo a do lasu daleko. W końcu mam dosyć. Budynek jakiegoś banku, oświetlony (lecz tu po nocy nawet samotnego kota), otoczony strzyżonym do pasa żywopłocikiem, jakieś pół metra od budynku. Wystarczy. Do świtu nikt mnie tu nie zobaczy.  Za bankiem strzyżone trawniczki, asfaltowe alejki, tabliczki że teren prywatny ale bez ogrodzeń. Pewnie osiedle o wyższym standarcie, a tam wszyscy mają  samochody. (Przecież Josette mieszka wprost w rozległym parku, gdzie stare dęby, bambusy, z balkonu widać olbrzymi cedr libański. Gdy budowali osiedle, zachowali stare rzadkie drzewa. )   

Wciskam się pomiędzy. Ziemia sucha, pode mną kilka delikatnych chwastów. Jeden nawet kwitnie, więc staram się go nie uszkodzić. Teraz z worka wyciągam mniejszy, gdzie kilkumetrowa płachta plastikowa z Castoramy (świetnie chroni przed kurzem, piachem, wilgocią, paprochami z ziemi, a podwójnie złożona może i przed deszczem, może 10 dkg a zastępuje namiot) i moja żółta kapa, puszysta, ciepła i lekka. Wypalam jeszcze parę skrętów i myślę, że co ja z tym mam, że wolę w przyrodzie daleko od ludzi a nie w hotelu wygodnie jak normalny człowiek.  Świr pewnie.  Lecz Thierry też uczył survivala a „najwięcej nauczył nas autostop” – mówił Plama. Lecz jednak już lata nie te, i nie należy się tak przemęczać. Jestem zmęczona i trochę smutna, że już nie wyrabiam.

Jaki wspaniały był kiedyś nocleg w polu kukurydzy, gdzie chyba na 10 km wokół nie było ludzi! Taki odpoczynek dla umysłu jak tylko na Karma-Lingu, gdzie też można opuścić te blokady przed telepatią, bo wokół sami porządni, żaden syf ci do głowy nie wpadnie!  A inny, przed Lyonem, w zagajniku leszczyny, gdzie spanie było wprost przyjemnością, a o świcie (czy raczej już koło południa) jakiś ptak siedział prosto nade mną.  Ale tu?  To nie natura, tu ślady po ludziach, tu teren ludzi.

 

Budzę się, gdy niebo jest szare. Jakoś nadal czuję się zmęczona i połamana.  Dosyć tej bidy! Znowu wpuściłam się w jakieś kanały! Chcę kawę, śniadanie i wynieść się stąd jak najprędzej.  Wyłażę, ulice jeszcze puste.  Idę spokojnie, nie spiesząc się, w stronę dworca. Niebo z szarego przechodzi w niebieskie. Zaczyna się nowy dzień. A teraz wschodzi słońce. Droga lekko opada, więc wygodnie. O, tu już otwierają kawiarnię!  Jeden stały bywalec gawędzi z patronką, drugi pali papierosa przed otwartym wejściem. Też proszę o kawę i o toaletę, żeby się ochlapać.  A potem, rzuciwszy worek pod barem, też wychodzę zapalić. I palimy spokojnie, oświetleni wschodzącym słońcem.  W tym czasie patronka błyskawicznie rozstawia na ulicy kilka stolików.

Do dworca już niedaleko.  Tym razem czynny, już dzień. Do Lyonu będzie wiele pociągów, a nawet, za godzinę z groszami, jest jeden na południe, przez Chambéry. Kupuję bilet (nie ma kolejek), po sandwicz wybieram się naprzeciwko, bo dworzec dopiero zamiatają i wiele butików jeszcze nieczynnych, po czym go wcinam spokojnie, gapiąc się na ludzi. W pobliżu przysiadł włóczęga z chudym cichym psem. Pies zręcznie przełyka kawałek mojego sanwicza (bo pokazał, że jest zainteresowany) czego jego pan nawet nie zauważył.

Zapalić wychodzę przed dworzec. Murek trochę wysoki, lecz szeroki i wygodny. Rozsiadam się wygodnie, bagaż obok, obserwuję miasto, które zaraz opuszczę. Przed dworcem trzy pasma podjazdów dla samochodów, rozdzielone wysokim na 20 cm wypustem, lecz brzegi zaokrąglone, nie kanciaste. Na środkowym przed przejściem dla pieszych stoi długi mercedes a w nim Murzynka rozmawia przez komórkę. Za nią starsza pani czeka w mniejszym aż przejazd się zwolni. Murzynka gada i gada (ci to mają gadane, krótka rozmowa z rodziną to u nich min. pół godziny).  Pani czeka i czeka, w końcu wyszła i prosi o ruszenie z miejsca. Pani biała, starsza, elegancka.  A tu – jak ta Murzynka się na nią rozdarła! Że ma prawo (nie wolno telefonować prowadząc), że jak pani się spieszy, to może zmienić pas.  (Przeskoczyć? Niedobrze dla opon, starsza pani nie rajdowiec. Wycofać się? Za nią już czeka następny samochód; inne na szczęście biorą sąsiednie pasy, które wolne.) Fuj, co za chamstwo i agresja!  Pani przerażona aż uciekła. (Mercedes Murzynki też pewnie z ostatniej ręki, uratowany ze złomu póki jeszcze jeździ. Szpan dla Murzynów, oni lubią takie.) Z Murzynki wylały się wieki niewolnictwa, upokorzeń i kompleksów. A francuska pani, brutalnie napadnięta, też nie będzie dzisiaj miła i uśmiechnięta. Gdzie za dużo imigrantów zanika kultura i uśmiech la doulce France.  Robi się pochmurno, szaro i brudno,  nastroszeni ludzie  już nie uśmiechną się do obcego, nie porozmawiają  u piekarza czy w barze, już nikt się nie odezwie…

Parę lat temu, jadąc do miasteczka, gdzie Thierry miał wystawę, spytałam na dworcu arabską licealistkę o właściwy autobus.

- Nie wiem – i obojętne wzruszenie ramion.

Spytałam na nowo starszą (białą) panią.  Też nie wiedziała, ale podeszła ze mną do rozkładów, wyszukała właściwy peron (już nie było, bo niedziela, musiałam przejechać lasy Fontainebleu autostopem), gdyby sama jechała w tę stronę, to by pewnie podwiozła. Teraz ta uprzejmość zaniknie.  Pushkar mówił, że w jego podparyskim miasteczku (Garges), skąd biali już się wynieśli, każda nacja czy rasa trzyma się osobno: Hindusi, Arabowie, Murzyni żyją we własnych gettach. (Żydzi w bogatszym Sarcelles po drugiej stronie R.E.R.) Z tą integracją to nie tak łatwo, może zajdzie dopiero w drugim czy trzecim pokoleniu. Na szczęście imigranci ciągną do wielkich miast a prowincja nadal pozostaje biała, uśmiechnięta, kulturalna i wypielęgnowana.

Zanim Murzynka ruszyła, już 5 samochodów za nią się zebrało.

 

W pociągu do Chambéry chyba zasnąłam.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Coś mi się śniło

04 lis

Coś mi się śniło, dziwnego, po pierwszej medytacji z Durghimami. I śpi mi się też długo i dobrze. Jak ja tego potrzebowałam! Uporządkować, odespać, ułożyć sobie w środku. Wiedziałam, że pomogą.  Wyzdrowiałam, minęło to zmęczenie, choroba czy depresja. Ale co mi się śniło? Bo ten drugi sen pamiętam: dwóch panów przy mnie, pan Marian a ten drugi to kto? Romuś, co potem napisał książkę o Piłsudskim, i pan Marian mi się cicho spokojnie oświadcza. A ja udzielam wymijającej odpowiedzi.

Ale ten pierwszy był dziwniejszy a zapomniałam. Tak dziwny, że nawet Durghimom opowiedziałam czy wspomniałam. A teraz zupełnie zmyło. Czy mogę zapytać Durgimów:

- Nie pamiętasz, co mi się śniło?

Ale oni zajęci swoim zwiedzaniem Paryża. Parę razy się z nim pokłóciłam, w sprawie logiki czterowartościowej i woli, gdzie ludzka a gdzie boska, i odtąd raczej nie dyskutujemy. Każdy pozostaje na swoich pozycjach. Ja uważam, że skoro Jacek o tetralemacie Platona nie usłyszał na studiach, to odrzuca jego istnienie. Bo po prostu jeszcze do niego nie doszło. Gdzie nie ma słowa, tam się nie zauważa, to dlatego Tybetańczycy dają nam słowa na to, czego byśmy inaczej nie zauważyli. Choć na pytanie, czy istnienie obozów koncentracyjnych było wolą boską (czym  w ostatecznym ciągu wszystko jest) odpowiedział „i tak i nie” czyli czterowartościową.  Także co do oceny moralnej decyzji Edyty Stein nie doszliśmy do żadnych wniosków.  (Zorganizowano jej ucieczkę z obozu, lecz odmówiła zgadzając się obojętnie(?) na śmierć (wola boska). Tu miała prawo, lecz w sprawie jej siostry? Chciano ratować obie, a a tak zginęły obie. Edyta zostaje świętą, o siostrze zapomną. Tu zdecydowano za nią .)

No cóż,  starliśmy się parę razy i koniec dyskusji.  (Nadal zbyt impulsywna tu jestem. „To dyskusja a nie karate” -  mówiono mi w młodości. A mnie nadal bawią emocje walk na czatach. Kulek stale jakieś rozpoczyna. )  Więc świeżo upieczony magister filozofii ogląda na dobranoc swoją bajkę, chce do Disneylandu i bawi się układanką.

 

Ale przejęłam zaraz ich poranne praktyki, wyśmienite. Więc rano szczotkowanie na sucho całego ciała ostrą szczotką wpaniale budzi i ożywia krwioobieg, teraz to spłukać zimnym prysznicem (lub dla mnie ciepłym i zimnym na zmianę), trochę gimnastyki na rozciągnięcie mięśni, pół godziny medytacji na pustkę i kwadrans ćwiczeń wizualizacji na jakimś obojętnym przedmiocie (tu jestem noga i nie rozumiem po co. No, czytałam że w Tybecie wizualizują bóstwa i mandale). Jeszcze oddychanie praną czy wyobrażanie sobie złocistej otoczki…   Jacet podobno idzie hermetyzmem i jego guru to Franz Bardon, jest na necie. Obśmiałam, a przecież to bardzo niegrzecznie.

W ogóle jestem wyjątkowo wredna.  A przecież nieważne od czego się zacznie, którą nitką zacznie się rozwijać ten kłębek. A  ich ćwiczenia mi natychmiast pomogły. Ich wegetariańskie jedzenie też zdrowsze, od razu czuję się szczupła i lekka.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

(Uzupełnienie)

04 lis

Jak to piszę (Już za długo żyję), wychodzi mi, że depresja.  Więc może stąd to zmęczenie w ciele, a nie z serca?  A na depresję należy zmienić myślenie. Skoro nie potrafię zmienić reala, mogę zawsze zmienić reakcję nań w swoim umyśle. Bo, jak uczył Ringu Tulku, tylko to od nas zawsze zależy i (najczęściej tylko na to mamy wpływ).  A potem pomyślimy, jak zmienić i real. Bo zawsze mogę w najbliższym otoczeniu. Jak się zrobiło błędy, to można je naprawić. Póki życia, póty zmian. Nawet większe większe błędy, można nawet odkupić zabicie 999 osób, jak mówi przypowieść o „Naszyjniku z 1000 palców”.

 

Chyba depresja wywołana osłabieniem ciała czy przemęczeniem podróżą. A jutro (24/11/11) przyjedzie Durghim (na naszym forum nick Jacek) z dziewczyną, pozwiedzają Paryż i zaraz mnie z tej depresji wyciągną.

Jacek właśnie został mgr filozofii, uczcimy. I kompa naprawi, i wyjaśni koany. Oświecony.

 

Ale uważam, że przy okazji wpadłam na jedno rozwiązanie: właściwy stan umysłu w czasie umierania: absolutna obojętność do pozostawianego świata. I postawa obserwatora, i uwaga skupiona na mantrach.  Bo najmniejszy cień żalu czy litości nas sobą – i wracamy. Wykopią z powrotem.

 

Więc i ta moja depresja się na coś przydała.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Felletin

31 paź

 Ubieram się, zbieram (nic nie zostało?) i wychodzę z bagażami. Przy kamionetce Charla podniesione głosy, gniew, jakaś dyskusja.  Co się stało?

- Wsiadaj, odjeżdżamy!

- Trzeba zapłacić – i łapię się za kieszeń.

Tu problem: mam w kieszeni tylko max 15 euro drobnymi a książeczkę czekową zostawiłam w domu. A w tym bledzie  trudno o bankomat. Ale skoro jest Charles, to w razie czego  dołoży a  potem mu zwrócę. (Czyli ten rynek w Felletin z bankomatem, zakupami i kawiarnią był dopiero dzisiaj. )

- Nic nie trzeba!  Jedziemy!

- Za darmo?

Gospodyni potwierdza i się żegna.  Charles wściekły. Odjeżdżamy.

- Zadzwonili do mnie, żeby ciebie zabrać! (Och? A marzyłam, żeby gdzieś dobę w ciszy i spokoju przespać. Jak ja się dziwnie słabo czuję?)  Że gospoda nieczynna, po sezonie, trwają prace. (To prawda, widzieliśmy w hallu pełno dech i cementu.) Co jest! Jak się ogłaszają, to mają przyjmować! Ja im nieraz podrzucałem klientów. (I nawzajem.) Córkę im wyjebię! Nie znoszę dominujących despotycznych kobiet!

- Cicho, jak baba energiczna to tylko dobrze. Taka utrzyma firmę i rodzinę. A jeśli domina, to sprawa jej męża, może właśnie takie lubi. Co ci do tego?

- Naprawdę chciałaś zapłacić?

- Oczywiście. Przecież z tego żyją, należy dać im zarobić. A ja dostałam wszystko, o co prosiliśmy: wygodne spanie i gorący prysznic. I jeszcze z nadmiarem: wieczorem piliśmy wino wśród rodziny, była czekolada. Rano dostałam sok z marchwi.

- To Holendrzy, u nich to normalne.  Śniadanie dostałaś?

- Nie zdążyłam.  Tylko papieros i kawa (dobra).  A ty nie zrażaj sobie okolicy, bo jesteście współzależni. Już pokłóciłeś się z Dmitrijem i z Aleksem. Chcę zapłacić. Dostałam nawet w nadmiarze. Miałabym dług karmiczny a nie muszę. Wolę zaraz zakończyć prawidłowo.

- Jedziemy do Romarica. Jesteśmy umówieni na lekcję Kundalini-jogi. (Dziś poniedziałek czy  środa?) Zapomniałaś?

 

Uśmiechnięty przemile łagodny Romaric i miły dom w zieleni. Z ziołową herbatą wychodzimy przed dom zapalić. Ja i Charles na skrętach, Romaric nie pali.

Teraz joga. Na dole (bo jest drugie puste pomieszczenie u góry) rozkładamy nie karimaty jak na Karma-Lingu ale duże ramy z trzcinową plecionką (jak nic prawdziwy sprzęt dalekowschodni, dostarczył Charles. Jego czy jego ojca? ) Tu kocyk, tu poduszka.  Zasiadamy. Romaric ma przed sobą angielski tekst z instrukcjami. Czyta, tłumaczy, pokazuje. Głosem bardzo spokojnym ale jeszcze niepewnym. Jak nic, wprawia się na nas, LOL. Jakie ci chłopcy mają zgrabne, młodzieńcze ciała! Ani grama zbędnego tłuszczu nigdzie, sztucznego przerostu mięśni też nie, wysmukłe i sprawne; a mi rozciąganie nie idzie już tak dobrze, już ziemi nie dosiągnę, już tylko markuję to i owo.  Pod kolanami ciągnie, i z miesiąc zajmie rozpracować.

Teraz na siedząco. Zawijanie ciała w bardzo dziwne pozycje, nieraz wprost w węzełek. Lecz tu nie mam problemów. Po ponad godzinnym seansie dziękuję i mówię:

- Ale polecenia wydawaj bardziej stanowczo, tu ty jesteś szefem. Niech ludzie (bo ćwiczenia będą dla całej okolicy) czują twoją pewność.  Aha, i jeszcze jedno: jeśli Charles tu spontanicznie coś dorzuci czy zmieni – jak w jednym ćwiczeniu gdzie Charles na prostych nogach chwycił się za łokcie i kołysał całym ciałem na boki z głową ku ziemi. Tylko mu dredy latały. U mnie, gdy to robię, zgięcie jest w kręgosłupie, a u niego kręgosłup był prosty a ruch wychodził z bioder.  Ci chłopcy mają doskonałe ciała! – zaobserwuj, zapamiętaj, dorzuć. „Ten gatunek” (Charlesa) znajomość jogi ma chyba już wrodzoną. Ja też się dużo o Kundalini nauczyłam po prostu podpatrując tego, kto to umiał.

 

- Ale dlaczego to się nazywa Kundalini-joga?  Myślałam, sądząc po nazwie, że to operowanie tą energią, która już właściwie z paranormala i dała nam, bośmy niewprawni, pełno wypadków.

- Nie wiem. Tak było napisane.

Ale po seansie aż miło, jak  cały kręgosłup jest zwinny, wygodny, żadnych przeszkód. Dobre ćwiczenia, usuwają przeszkody z drogi Kundalini. (Gdy ta ruszy i spotka przeszkodę, może i ciało uszkodzić.)

- Dobra joga!

 

To jednak tego dnia zwiedziliśmy Felletin i robiliśmy zakupy.  Przy kasie zaproponowałam:

- Pozwól, że zapłacę, to będzie mój prezent dla ciebie za pobyt.

- C’est gentil – i Charles się zgodził. (50 euro.)

To w Felletin był bankomat i tam na tarasie dostałam w końcu sandwicz. Połknęłam do okruszka, marząc o więcej. Ta kawiarnia w ryneczku to był punkt zborny i każde się nieraz rozchodziło w swoją stronę. A na koniec Charles przybył z ponad metrową różą z główką wielkości kapusty, chyba największą w kwiaciarni.

- To dla patronki.

- Dobrze.

 

I znowu tam podjeżdżamy odludziami. Pusto, nawet żadnego samochodu. Ale głosy w głębi domu. Charles puka. Wychodzi patronka. Widzi różę, Charles się tłumaczy, rzucają się sobie w objęcia.   Dobrze. Ten konflikt zażegnany natychmiast.

Teraz chcę płacić, w kieszeni na dupie tym razem mam pieniądze. Patronka łamanym francuskim tłumaczy że nic się nie należy, że za darmo, a w końcu obcałowuje i mnie. Kłaniam się w gassio. Tym razem wszystko w porządku. Dla hotelarzy pestka jeden nocleg; dużo ważniejsze, że nie będzie konfliktu z Charlem.  

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pederastia

31 paź

Pederastia – w starożytnej Grecji uznana forma miłości starszego do młodszych. Wśród mężczyzn. Bo kobiety, najcenniejsze dla klanu i rodziny (ze względu na przekazanie życia) do dziś w innych niż nasza cywilizacjach nie wychodzą z domu bez opieki rodziny.  Nauczanie prowadzenia rodziny także jest indywidualne.

A tu widzimy opis z drugiej strony: młodszy kocha starszego. Ze względu na jego silną osobowość, dojrzałość, doświadczenie – chce go na nauczyciela życia. By z wiekiem mu dorównać.  Pragnie go na ojca, kochanka, przyjaciela i opiekuna.

Ilu naszych dzisiejszych gejów ma dobre układy z ojcem: rozmawia z nim, kocha go i szanuje?  Chyba bardzo nieliczni, bo z takich chłopców wyrastają hetero. 

A w „grach dominacji” nie chodzi nawet o formę ciała, ale o poddanie się słabszego i młodszego silniejszemu. O potwierdzenie naturalnej hierarchii. Płeć ciała tu drugorzędna. (Kościół narzuca tę rolą poddaną kobiecie.) U małpek jest także podobny okres w rozwoju społecznym biegających w gromadzie młodych samczyków beta, gdy potwierdzają swoje miejsce w hierarchii wobec samca alfa nawet uległością seksualną. (Póki nie będą w stanie go siłą pokonać.)

 

Napisałam to o opowiadaniu nastolatka. Tak to odczytuję. (I on też jest wrażliwy na charyzmę kulka. I op na gejach, i jeszcze z dziesięciu…)  

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Należysz do mnie!

30 paź

Op na gejach podesłał mi linka.  Należysz do mnie! Opowiadanie o kulku, napisane przez małolata, a aż chwyta za bebechy.  A ja tak nie potrafię napisać.  Co prawda kiedyś brali na homiki moje reportaże z gejowskiego Paryża, ale to był sofcik, blade akwarelki, niuanse.  A teraz zapowiadają całą serię opowiadań o tej najbardziej fascynującej postaci.  A ja nie potrafię!  Mi niektóre emocje przez gardło czy pióro nie przejdą. Teraz widzę, jaki to handicap i jak to zmarnowało mi życie? Zmieniło moje życie? Blokada na emocje. Szlag mnie trafia!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Już za długo żyję.

23 paź

Parę dni temu, na zakupach, ogarnęło mnie to uczucie.  Czy inni też tak mają?  Już nic ciekawego mi się nie zdarzy, już nic mnie nie pasjonuje, jakieś zmęczenie czy znużenie. Brak sił, żeby coś zmienić.

Za długo w tym miejscu czy w tym życiu? Depresja czy przeczucie?

W pokoju #depresja Grażyna mnie zapytała:

- Może był w twoim życiu ostatnio jakiś stres?

Osobiście to nie, ale od marca na niezależnych stronkach obchodzimy żałobę po całej ziemi. I po nas.

Strażnicy Fukushimy
http://nina2.salon24.pl/333988,straznicy-fukushimy
. (Odpadłam. Już się boję tam wchodzić.)

Czy to może być to?

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

U Charlesa

23 paź

Na drugi dzień Charles mnie oprowadzał po swojej górze. Olbrzymia robota: przerzedzone całe zbocze, wszędzie można dojść: schodki, dróżki, zabezpieczenia przed erozją , wprost małe poziome tarasy.  Wprost  ogród botaniczny, pełno ciekawych gatunków (lecz wszystkiego tylko po parę egzemplarzy). Są pergole z naturalnie wygiętych korzeni czy gałęzi i już się na nich oplatają jakieś pnącza, ma menardę i arcydzięgiel, dużo kwiatów. A w słońcu mu nawet dojrzrewa (tylko jeden) bakłażan. 

- Bo wiesz, ja tu buduję arkę. Wszystko ma być ekologiczne, niezależne i samowystarczalne.

Pojechaliśmy na zakupy. (Mi też kończy się tytoń.) Miasteczko nazywa się Felletin.

- To najmilsze miasteczko! – zachwyca się głośno Charles.

( – Wiocha! Trzy domy na krzyż!  Ja bym tu z nudów umarła – ale tak tylko sobie po cichu myślę. – Bled potworny, nawet pociąg już stąd wycofali i tylko autobus raz czy dwa razy na dobę dojeżdża do Gueret – stolicy województwa.)

Siedzimy na tarasie na rynku, gdzie Charles oczywiście wszystkich zna, także właścicielkę. Dostaję wegetariańskiego sandwicza, camembert z korniszonkami, nawet smaczne. Albo ja jestem wygłodzona. Po dwóch nocach na drzewie zaczynam protestować:

- Czy nie ma tu jakiegoś taniego hotelu albo gościnnych pokoi dla turystów?

- Są w okolicy. Jak chcesz, to cię tam zawiozę.

- Bardzo dobrze! Chiałabym łazienki itp.

Więc pod wieczór znowu jedziemy odludziami, jakiś dom na uboczu (nawet jest reklama), Charles parkuje na uboczu, resztę dochodzimy.

Za domem przy ogrodowym stole siedzi rodzina.  Para eleganckich staruszków, ich córka z mężem (oboje grubawi, rudawi,  i z twarzy podobni do świnek) , podobno jest jeszcze ich dorosła córka. Charles jest owacyjnie witany.  Robią nam mejsce, dostaję kieliszek wina (i znowu nic do jedzenia!). Metalowe krzesło jest zimne, słońce zaszło a ja aż szczękam zębami. Z przemęczenia? Ale innym też chłodno, starszy pan przynosi różne pledy, koce i rozdziela. Jego żona częstuje dobrą czekoladą.

Przedstawiamy naszą prośbę:

- Nocleg dla mnie!  I gorący prysznic, jeśli można.

Przy stole rozmawiają w nieznanym mi języku.

- To Holendrzy – tłumaczy mi Charles. – Osiedlili się tutaj, już dobre kilka lat.

- Jak można w takim bledzie trzymać gite turystyczną? Przecież tak daleko od ludzi, że nikt tu nawet nie dotrze? A nieznajomość języka utrudnia nawet kontakty z sąsiedztwem – myślę.

- Interesują się sufizmem.  Coś dla ciebie – mówi Charles.

- O? – aż mi oczy zabłysły i przysiadłam się do gospodyni.

Przy stole trwa dyskusja. Podobno są nieczynni, po sezonie, trwają prace (rzeczywiście jakieś deski rozgrzebane). Tragedia!

Ale na prośbę Charlesa mnie przenocują.  Łóżko się znajdzie, prysznic też. I po chwili pani daje mi znak, że już mogę się ogrzać. Z ulgą się zbieram, kłaniam się towarzystwu i idę za nią.  W domu labirynt! Ale na piętrze jest pokoik.

- To łóżko wygodniejsze. A prysznice na dole. Znajdziesz? Maszynka do kawy (tego samego typu co u ojca Charla) i woda na herbatę w hallu.

- Uff…

 

Na dole dwa prysznice. (I zapach stojącej wody, kanalizacja chyba nienajlepsza.)  Odżywam. Nareszcie ciepło! (I kilka holenderskich szamponów ekologicznych.)  Moknę, myję się, czyszczę, szoruję, zmieniam i przepieram bieliznę. Kiedy wreszcie wylazłam, Charles już odjeżdżał. 

- W porządku, możesz jechać. Mi tu dobrze.

Poszłam na górę i padłam.

 

Obudziłam się po kilku godzinach. W formie, wcale nie śpiąca, wypoczęta. Co tu robić? Wysiusiać się? Zapalić skręta?  Wyjść na powietrze?  Pokoik jest szczelnie zamknięty. Wyjść stąd!

Kiedyś miałam w ciemnościach „oczy w stopach”, ale teraz z pół godziny zajęło mi wydostanie się po cichu, żeby nie skrzypnęła żadna deska, z tych labiryntów ciemności na powietrze. I nieraz musiałam przyświecić sobie zapalniczką. Wszystkie oszklone drzwi były zamknięte, w końcu znalazłam jedne i wyszłam.

Luksusowe siusianie w przyrodzie, teraz jakieś kamienne schodki. Przysiadam. Nie jest mi zimno! Moja żółta kapa wystarczy. Z boku mam jakiś warzywnik, tamto to chyba dynie.  Ale nad głową! Takiej drogi mlecznej nie widziałam od czasów autostopu w młodości, a może nawet nigdy!  Każda gwiazda widoczna, i ile ich!  Tu nie ma miast, smogu ani chemitrails! 

Wypaliłam na ich kontemplacji parę skrętów i wróciłam.

 

Rano nikogo.  Ale w hallu maszynka do kawy, której znam obsługę, obok różne torebki herbat. Self-service.  Znalazłam taras na piętrze, gdzie mogę wypić kawę i zapalić (we Francji już nigdzie wewnątrz nie można palić). Zimne krzesła, popielniczki w rogu ale używane, donice oleandra i agawy upstrzone petami – wyrnie już po sezonie.  Z góry widzę mój wczorajszy warzywnik i kamienne schodki. Widok rozległy, ale pejzaż jakiś nieciekawy:  płaski i chyba podmokły.  Nawet żadnego lasu czy domu na horyzoncie, odludzie zupełne.  Co tu robić?

Odniosłam filiżankę, umyłam.  Wyszła gospodyni. Niosła w ręku szklankę świeżego soku z marchwi. Był pyszny, przyjęłam z wdzięcznością. (Ale nadal nic do jedzenia!)

Czuję się jakaś zmęczona.  Może znowu się zdrzemnąć? Lecz ledwie przymknęłam oczy, pukanie do drzwi.  Przyjechał Charles.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rodzeństwo Beethovena

19 paź

Coś jeszcze było w opowiadaniach Gérarda. Ważne. Zapomniałam, a potem wyskoczyło jako argument w innej dyskusji. 

Nie pamiętam, o czym akutrat mówiliśmy, ale aż się zdziwiłam, że takie zboczenie z tematu. To w Polsce krzyczą o „cywilizacji śmierci” i jest zakaz aborcji. W laickiej Francji nie ma sprawy, na życzenie ( i fundowane przez ubezpieczalnię).  W tej sprawie, wychowana za PRL-a, myślę jak wtedy myślano (przejęłam z dobrodziejstwem inwentarza): mniejsze zło, ale skoro i tak zajdzie (z powodów ekonomicznych), to sterylne warunki uchronią chociaż życie matki. Jedyną skuteczną akcją przeciwko aborcji, o jakiej słyszałam,  były hitlerowskie domy „Lebensraum”.

To chyba chodziło o to, czy jak z góry wiadomo, że dziecko ułomne czy z Downem. Urodzić pomimo to? A potem? Niańczyć do końca życia i martwić się, co się z nim stanie po śmierci rodziców? Oddać do adopcji? A kto to zechce? Jaki jest los oddanych do przytułków niepełnosprawnych dzieci? Niewiele dochodzi do opinii publicznej, wolimy nawet nie myśleć.

Tak czy tak, zawsze decyzja osobista kobiety. Jej wybór i obciążenia moralne.

W Azji inaczej. W Indiach usuwa się przyszłe dziewczynki. W Chinach, gdzie wolno mieć tylko jedno, też usuwa się ciążę, jeżeli pierwsza jest dziewczynką. (I wszystkie następne. Czytałam powieść chińskiej autorki: sama jest w Stanach, ale dostaje list donoszący o smutku w rodzinie: bratowa zaszła ponownie w ciążę i musieli usunąć.)  W Japonii niedoszli rodzice przynoszą w zaduszki zabawki na groby wyskrobaych dzieci i przepraszają, że nie mnieli na nie warunków. W Fajjulah, gdzie strzelano zubożonym uranem, lekarze odradzają kobietom rodzenie dzieci a zdeformowane noworodki się przy urodzeniu zabija, słyszałam.

Inna cywilizacja, inne podejście.  My (czy nasz Kościół?) histeryzuje nad każdym życiem.  Cud Bożego Ciała niedawno: w Olsztynie(?) w kielichu mszalnym komórki ludzkie(?), komórki krwi ludzkiej? Coś słyszałam, wydało mi się raczej hm, nieestetyczne? Obrzydliwe? Pewnie nie domyli, ja bym tego ręką nie dotknęła.

 

Gérard opowiadał wypadek: kobieta miała 8-ro niepełnosprawnych dzieci. Z Downem, z padaczką, czy ja wiem? I znowu jest w ciąży. Usuwać czy nie?

Otóż tym dziewiątym dzieckiem był Ludwig van Beethoven. (Ogłuchł na starość. Obciążenia dziedziczne?)

O tym nie wiedziałam. O głuchocie słyszał każdy, ale o rodzeństwie? Spytam przy okazji. Słońce jest muzykologiem, może wie.  

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zupełna obojętność.

19 paź

Chorowałam. Nie wiem, co mi było. Nic prócz ogromnej słabości. Ciała. Nic w emocjach. Źadnej np depresji (o której mi opowiadał Jacek) gdy się leży i myśli o samobójstwie. Nic. Zupełna obojętność. Do lekarza nie poszłam – no bo z czym? Nie kaszlę, nigdy problemów z brzuszkiem, ciśnienie niby wysokie lecz takie mam zawsze…  Za to wyjść z domu, przejść te parę kroków, odsiedzieć w poczekalni – było niewykonalne. (Źadnych upierdliwych kontaktów ze światem zewnętrznym! – Ciekawe: i od miesiąca nawet nie otwieram stosu urzędowych listów… Jak nic coś psychofizyczne.) 
Dorwały mnie choroba i starość – dwa nieszczęścia kondycji ludzkiej. Tak myślałam. „Wysłańców śmierci z uśmiechem witać” – zaleca ten mądry mnich z Australii. (Link gdzieś na forum u mnie.)  

Stan.S. mi wkleił na salonie24, gdzie pisałam o śmierci Andrzeja Urbanowicza  „Sprawiedliwy czeka spokojnie na swoją śmierć – tak jak Dalajlama XIV (cytuję za „Rzeczpospolitą” news Polskiej Agencji Prasowej:
Żyjący na emigracji w Indiach duchowy przywódca Tybetańczyków Dalajlama XIV nie jest pewien, czy należy utrzymać sukcesję jego stanowiska w formie reinkarnacji(…).
 
Odkryłam, że to „spokojnie” wynika z takiej właśnie absolutnej obojętności. Bez jakichkolwiek emocji. Panikował nie będzie; na to za mądry i za dużo wie. Cieszyć się ani rozpaczać (zachwiania w te lub wewte od stanu równowagi) też nie ma z czego, zjawisko najbardziej naturalne pod słońcem, umiera przecież każdy.
W artukule jest mowa, że nie narodzi się w Chinach (czy w zagarniętym przez Chiny Tybecie.) Ale świat jest duży i już były precedensy: lama Yesze odrodził się w Hiszpanii (dziś lama Osel), były wysokie reinkarnacje w Stanach, dziewczyna, co w Tybecie umarła na odosobnieniu, jest teraz francuskim chłopcem…
Czyżby D-L już więcej nie chciał w ogóle wracać? 

 Mnie też dopadła taka obojętność.  Lub jej pierwsza próbka. Bo jednak pilnowałam, żeby mi tytoniu nie zabrakło (a znowu zdrożało!) i co kilka dni jednak wychodziłam z domu. (Tylko nałogi mnie przy życiu trzymają! LOL) Także lodówka była zaopatrzona. (Przyzwyczajenie z Polski: zapasów, że można przeżyć oblężenie.) Tylko już dwa razy banany mi zaschły i inne owoce się zepsuły…  Mięsne przedatowane można w nocy wyrzucić przez okno na trawnik: koty i psy się tym zajmą.
 
Straciłam apetyt na życie czy chęć życia.  Obojętność.  Nawet boję się zajrzeć na stronki o Fukushimie. Tam wyrok śmierci na nas i na całe życie na ziemi.  „Zepsuli mi świat! A taki był piękny!”  (Źałoba po życiu i świecie też towarzyszy śmierci.) Jak nic – psychofizyczne. I ogromna słabość w ciele.
 Przywieźliśmy z Rysiem te materace. Wzięłam jeszcze drugi, i dwa złożone weszły w jego bagażnik. Potem trzeba je było przenieść z jego garażu do sąsiedniego bloku. On biegnie pierwszy, i śmieje się, że mógłby wziąć oba.
A ja, za nim, drugiego bym nie doniosła! Na szczęście znalazł się wózek z Auchana. Nieporęczne, ale nie było tego więcej niż 5 kg.
Co mi było? 

 A dziś – obudziłam się normalnie, w zwykłej formie. Jak nic – psychofizyczne. Co pomogło?  Książka Christiane de Rochefort? Pisze o tym, co i dla mnie najważniejsze.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

15/10/11

15 paź

Poszłam nazajutrz do „Horizona”, kupiłam materac (3 euro). Lekki, z gąbki, pokrowiec niebieski, pasami spłowiały, ale zdejmowany i pójdzie do pralki. Zadzwoniłam wieczorem, ale Marta spała a dziecko nie powtórzyło. Więc nazajutrz – i znowu nic. Jak dzisiaj nie dostanę, to jutro sama  wezmę wózek i przywiozę. Taki sprzed sklepu, zawsze ich kilka wokół bloku. Tak z Jackiem zawieźliśmy do prania mój dywan. I nawet sprawnie poszło, sama bym poradziła.

Oprócz materaca wybrałam kilka książek. Za 3,50 dostałam aż 6:  5 miłych kieszonkowców: Bilbo le hobbit, coś z przygód Mikołajka, Gary’ego „Obietnicę poranka”, jeden Brussolo (by zobaczyć co to takiego, ulubiony pisarz tego kontrolera lotów z plaży nudystów – i nawet nie zapytaliśmy się o imię, LOL)  i „La princesse de Clèves” przez Madame de La Fayette ze wstępem Louise de Vilmorin (czytam właśnie).  Kiedy to się dzieje? Panuje Henri II i żyje jego kochanka Diana de Poitiers. Sprawdzam w googlach: o rany!  1500-1566, XVI wiek! Ale Mme de Lafayette musiała pisać to później? Też niewiele! 1634-1693.  Czyli opisuje historię sprzed 150 lat a czyta się, jakby to było pisane dzisiaj?

 

6-ta książka jest gruba, ciężka, stara. Jak nic wydana w XIX wieku. (W Belgii, daty nie ma.) Szyta, papier jak gruba bibuła, secesyjne ozdobniki. Pachnie zbutwiałym papierem. Tytuł: Ostatni z Mondragonów. To tytuł mnie zaciekawił, skojarzył mi się z opowieściami Urszuli Le Guin o smokach.

Autora też nie ma!  Za to przed stroną tytułową jest reprodukcja obazu: Maurice de Mondragon w wieku 12-lat.  Chłopczyk w lokach do ramion, w butach poza kolano, podpiera się dumnie w pasie, w prawej trzyma laseczkę. Na następnej stronie: La domaine des Mondragons – i wygląda, że bardzo spory to zamek.

 

Dostałam za darmo. Po przeczytaniu mogę ją opchnąć na tym PriceMinister za 10 czy 20 euro.

 

Co tam jeszcze widziałam? Olbrzymi, wspaniały, czerwono oprawiony słownik grecko-francuski. Pewnie też jak za darmo, ale przecież to ze 3 kg książki, i na co mi to? No sprawiłam sobie kiedyś tanio gramatykę grecką i łacińską, ale tylko raz mi się w ciągu tych kilku lat przydała…

W tej księgarni w Rosny, gdzie mi sprowadzili „Introduction à l’ésotérisme chrétien” abbé’go Henri Stephane, gdy zaszłam po pracy zapytać, czy już jest – był malutki chłopczyk, z mamusią jeszcze – i kupowali dla dziecka słownik grecki. Chłopczyk dostanie dobre klasyczne wykształcenie (prawdopodobnie w prywatnej szkole).

Aż mi serce urosło, że to jeszcze istnieje.   

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

8/10/2011

11 paź

Od wczoraj zimno a jeszcze nie grzeją. Przy kompie siedzę w swetrze a nie w podkoszulku.  Odpowiadam na listy. Dostałam zabawne obrazki o przywiązaniu do kompa od Josette, Gérard mnie szuka na hotmailu i wymieniamy uprzejmości. Poznałam wirtualnie psychologa-geja, po którym też miłej wymiany informacji się spodziewam.

Spokój. Nic się nie dzieje. 

Dziś urodziny François. Ale ostatnio słyszałam, że wstąpił zawodowo do wojska czy innej formacji parawojskowej i wyjechał do Gujany.  Olewam. Nawet nie zadzwonię.  Wyraźnie „mnie odłącza” od świata. Nawet już dawno nie zaszłam do Rysiów.

 9/10/11

No to Marta dziś do mnie zaszła. Przyniosła trzy filiżanki do kawy z brocante. (Bo moja ulubiona już mocno wyszczerbiona.) Dość ładne, i trzy, będą na przyjazd Durghima.  (Ech, to nie jest angielska porcelana, z jakiej pijam u Słońca albo u Dany.) Też z myślą o ich przyjeździe zagadałam o wypożyczeniu dwuosobowego dmuchanego materaca, co w zeszłym roku mi chcieli podrzucić.  Ale już go nie mają: był w garażu i zamókł. Poradziła tanio wypatrzyć w Horyzonie, zapłacić, a ona ma w pracy kamionetkę, to mi potem przywiezie. Najprostsze rozwiązanie. Także na brocante tanio widziała płaskie ekrany. (Bo mój nadal ogromny i ciężki. Ale służy, dobry, to co będę zmieniać.) 

I ja już czuję się lepiej. Miło jest mieć dobrych sąsiadów.

A co do odbioru Durghimów z lotniska (bo to ponad godzina samochodem) to ona pracuje, więc nie może, ale mogę o to prosić Rysia.

 

Thomas Dish.  Dostałam na PriceMinister parę jego pozycji. Prekursor czy jasnowidz? 10 lat wcześniej AIDSa wymyślił. Powinnam o tym napisać, ale za ciężkie, nie dzisiaj.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jednak choruję

05 paź

Niby nic mnie nie boli, ale jakieś nietypowe zmęczenie. Bez potrzeby nie wychodzę z domu, odrzuca myśl o najmniejszym wysiłku. Mam jakieś plany, trzeba by na ciuchy czy do paryskiego fryzjera, ale nawet na to się nie zdobędę.  I znowu nawarstwiają się niezałatwione papierki…

 Już raz tak miałam: nie ostatniej lecz jeszcze przedostatniej zimy miły znajomy na gg chciał duplikatu karty rejestracyjnej samochodu, która przy zmianach właścicieli gdzieś zginęła czy ją ukradziono…  Wóz dopuszczony do użytku we Francji.  Takie sprawy się załatwia w Bobigny, na wschód od Paryża. Nawet dokładnie wiem gdzie, bo tam ubezpieczałam samochody Gérarda.  Ode mnie ze 2 godziny drogi, transport wygodny, ale to wyprawa na cały dzień! A byłam taka zdechła, że nie miałam na to siły. Wolałam wyszukać na necie potrzebne formularze, przetłumaczyć z fr. pytania i odpowiedzi i w końcu też udało się mu załatwić.

Ale ja po miesiącu znalazłam się na nagłych wypadkach w kardiologii, i spędziłam w szpitalu 2 tygodnie.Wyszłam (na własne życzenie) ale mogłam zostać jako warzywko jak pani w sąsiednim pokoju.

A 10 lat temu, jak się na Karma-Lingu sforsowałam, też mnie lekarz odesłał pogotowiem do szpitala, faksując im tam moje EKG.

W tym ostatnim szpitalu zrobili mi różne badania. Podobno mam coś nie tak z sercem, rozdętą aortę, nadciśnienie.  A proszki od kardiologa g… warte. 

A teraz znowu się zbyt sforsowałam i dłużej nie da się po prostu ignorować. Będzie następne ograniczenie.

K…a, jaka ja jestem zmęczona!  IMHO typowe objawy niewydolności serca.  Już się chyba nadaję tylko do kompa.

Nadciśnienie to nasza choroba cywilizacyjna, chroniczna. Nasza medycyna lepsza w nagłych wypadkach (operacje), a na chroniczne to lepsze metody azjatyckie czy tam medycyna holistyczna. A tak od razu żadają  żeby zmienić cały tryb życia: nie palić, zdrowe pożywienie, jakaś joga czy medytacje…

Ani myślę! (Najwyżej zdechnę.) (Ale z ostatnim papierosem skazańca.)

 

Jakoś ostatnio nic mnie już nie pasjonuje. Rozpatrzmy: program na życie już chyba wypełniłam, już kilka razy miałam przedużane (widocznie byłam tu jeszcze do czegoś potrzebna). No, ale też już to zrobiłam…  Co teraz?

Niby mi po ostatnim wypadku migło, gdzie się tam urodzę na przyszły raz.  Ale czy to takie fascynujące być znowu człowiekiem i powtarzać wszystko jeszcze raz? (A co chodzi z tymi „egzystencjami bez formy”? )

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Upierdol

04 paź

Przez parę dni nie mogę napisać kilku listów.  Zastanawiam się nad każdym słowem i wciąż nie gotowe. Dopiero wczoraj (i tylko część) poszła.

Starość to spowolnienie, rozwlekłość, i sprawy co młodym zajmą parę godzin teraz rozciągają się w nieskończoność.  Brak sił czy brak dyscypliny?  Coraz więcej rzeczy nie zrobionych. I z byle czego to zmęczenie.

Czy ten rodzaj depresji, że nic mi się nie chce? Wyraźnie coś mi nawala w ciele, bo takie obniżenie nastroju mam tylko kiedy choruję. Ale każdy lekarz powie, żeby przede wszystkim przestać palić. (Więc niech się wypchają.)

 

A pan Marian, z 10 lat starszy ode mnie, wczoraj zadzwonił (bo mu wysłałam SMS-a na komórkę z zapytaniem, co się z nim dzieje, dawno żadnych news), że wrócił z Chorwacji, zachwycony jaki tam klimat, pejzaże, Medjugorge i inne klasztory, był wszędzie. A teraz zaczyna się bardzo ciekawy sezon w IMI (Institut Métapsychique International), w niedzielę zadzwoni z dokładniejszymi informacjami. Ja ich olałam od lat! A ten ma zdrowie i lata wszędzie. I zawsze był wysportowany ze swymi zawodami szermierczymi, końmi i alpinistyką. No, ale on nie pali. I jest energiczny. I pomaga (pomagał?) innym. Ale zapytywałam także, co słychać u Irenki. (Która kiedyś mu się bardzo podobała.) A on – zapomniał nawet jej imienia!

Starość to także odłączanie się emocjonalne od wielu spraw, które kiedyś były dla nas ważne.

 

Słońce spotkało masę nieszczęść. Padł komp!  Poza tym spłuczka, zamek w drzwiach, w kuchni cieknie z kranu. Wszystko na raz. Masa rzemieślników w domu, obcy, zawracanie głowy, hałas.  A brak kompa to prawdziwe nieszczęście. No i na moim nie świeci. A lubiłam go zawsze mieć pod ręką czy na kliknięcie, uspokajało mnie to.  

A w kompach to Słońce, mimo że kupuje te wszystkie komputerowe pisemka, raczej newbie, sam nawet nie rozkręci.

Na kompa doradziłam chłopca z pobliskiej kafejki. Muszą mieć dobrego technika albo naprawiają sami, inaczej by zbankrutowali. Pan inżynier przyszedł wieczorem ze swoim laptopem, rozręcił, pobadał, zabrał do naprawy. Podobno karta graficzna siadła i na mothercard parę usterek (naprawialnych).

- To też się naprawia?

- Czasem tak.

No i po paru dniach (i 300 zł) Słońce znowu ma kompa. Tylko dysk został zmazany i cała muzyka przepadła. (I estetyczne porno.)Trzeba wczytywać na nowo.Lecz jest skype! 

Ale jest drobny upierdol, co rozumiem.  Dawny nick Słońca podałam przez telefon (a trzeba było napisać!). I chłopak przekręcił. Tragedia!  Toż to tak, jak stracić swojego nicka na czacie czy gdziekolwiek w wirtuelu. Z nickiem zwiazana jest osobowość, toż to jak nazwisko. (Dlatego mamy w pogardzie wielonickowców.)

Najprostszym wyjściem wg mnie byłoby odistalować i zainstalować na nowo.  Ale Słońce newbie, sam nie zrobi, zawsze o takie rzeczy prosił mnie czy kogoś. No to dorzucić nowego użytkownika.

- Nie można – twierdzi Jacek. – Takiej opcji nie ma.

- Jak nie ma? U mnie jest, na moim kompie Durgim w zeszłym roku od razu siebie dorzucił do skype. I zostało, przyjedzie to znowu skorzysta. Przełącza się na kliknięcie.

- Tutaj nie ma.

- Musi być! Zaraz pierwszy ekran, gdzie skype cię pyta o hasło. (Hasła Słońce też zapomniał, miał ustawionego na stałe przy włączaniu kompa. Ale hasło można odzyskać lub zmienić na maila.)

- Pokaż zrzutkę ekranu!

- Nie umiem! Jak to się robi?

I tu usłyszałam, co Jacek myśli o mojej znajomości kompa. (Nieprzyjemnie.)

- Masz w akcesoriach. Kliknij. Teraz tam gdzie nożyczki…

Od Jacka dostaję zrzutkę jego ekranu.

- Moja Vista po francusku! Nie mam takiej opcji. I nie widzę tu żadnych nożyczek!

- To przetłumacz na francuski i wstaw w : szukaj.

Teraz Jacek przysyła mi dwa linki, gdzie tłumaczą, jak to robić w Viście. (Długie, nigdy nie czytuję instrukcji.)

 

Na szczęście na gg jest Durghim. Mówimy o jego pracy magisterskiej i co mi nie pasuje w chrześcijaństwie. To okrucieństwo!. Ten kult ciepienia, wszędzie wizerunek ukrzyżowanego w potwornej śmierci. Przecież to szok dla małego dziecka!  Dzieciom, by nie szokować czy by chronić ich wrażliwość, nie opowiadamy nawet, skąd się bierze mięsko. A tu stale ukrzyżowanie przed oczami. Trzeba zupełnie zobojętnieć na cudze cierpienie, żeby to znieść. A potem, dla starszych, rozpamiętywanie drogi krzyżowej jako ćwiczenie duchowe, babranie się w horrorze okrutnej śmierci.  A jeszcze wmawiają nam poczucie winy: że to za moje grzechy, choć stało się to 2 000 lat przed moim urodzeniem!

Nie, ja tu wysiadam. Dziękuję.

Durgim jest zaskoczony.

- To trzeba brać symbolicznie…

- Małemu dziecku? Ono odbiera wszystko dosłownie!

- Nigdy tak na to nie patrzyłem…? Jednak przyznasz, że chrześcijaństwo ma swoje zalety. Jak przyjadę, to pogadamy.

Zmieniam temat.

- Jak zrobić zrzutkę ekranu?

- Paintem, masz w akcesoriach. Przycisk PrnScr (Print Screen) i CTRL+V.

Przycisk, jeszcze z DOS-a, pamiętam. Na szczęście na mojej klawiaturze przetrwał. I po paru próbach zrzutka idzie do Jacka.

W zamian na skype dostaję całe video z Jacka ekranem, strzałkami w co i jak klikać.  Niby to jaki z niego szpenio komputerowy.  No owszem, jest, przyznaję.

Ale Słońce swojego starego nicka  nadal nie ma… 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Imiona Ognia

04 paź

Ja, gdy rozpalam, wzywam grzecznie Agni (przymiotnikami na A).  Dziki, pożerający wszystko, to Pawaka.  Gita go wymienia w mantrze dobrej na ochronę samochodu:

„nainam chindanti śastrani.. ” tj „Broń (żelazo) go nie zrani, ogień nie spali, woda nie zwilży (nie przerdzewieje) i wiatr nie wysuszy” (BG 2,23).  Mowa o Atmanie, ale i na ochronę samochodu się nadaje.

W Wedach inne miał imię ogień spadły z nieba piorunem i inne (Kadawr? Kewadr?) ogień, co trupy na stosach pożerał. (To imię było jakoś podobne do zaklęcia śmierci z Harry Pottera.)  Tego ognia nikt rozsądny nie przynosił do domu i nie gotował na nim jedzenia.

Dawne, zwyczaje. Dziś o ogniu i związanych z nim  zwyczajach zapominamy. Dziś boimy się innego, ognia zagłady, który wywołaliśmy sami:  z dna piekieł czy z wnętrza atomu…

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Miejce ognia (Darnków)

04 paź

Darnków w Polsce, w Sudetach.  Tam w szczerym polu, za wsią, na szerokiej polanie otoczonej lasem (miejsce na tysiąc namiotów) stoi kilkupiętrowy wymalowany dom jakby prosto z Tybetu. W środku kolorowe freski, olbrzymia sala do medytacji, na piętrze chyba mieszkania lamów, bo parę bordowych szat też tam widziałam. Nie moja linia, więc na freskach postacie poprzednich dzierżycieli linii były mi nieznane. Rozpoznawałam tylko to, co wspólne.

Kilka lat temu, gdy byłam w pobliżu i nadarzyła się okazja, zawieziono mnie tam na kilka godzin. Żeby zwiedzić. Otóż tam, jako dobrę akcję, chciano zapalić ileś tam tysięcy lampek dla Buddy.Na te płonące lampki był przeznaczony osobny barak, gdzie ich tysiące wydzielały żar jak od ogniska.  Byłby to płomienny dywan oglądany z góry.  W magazynie (ale dalej) dużo kanistrów z olejem.  Na stopniach przed wejściem do innego budynku(?) przysiadłam wśród kilku osób czyszczących osmolone lampki do ponownego użytku. Dostałam szmatę i po kilku zasmolonych lamkach miałam łapy mechanika samochodowego.

Myślałam sobie: nie moja linia, i tu chyba przesadzają. Dobrze, że jest stałe zajęcie dla rąk (a umysł wolny w tym czasie) i coś do roboty (na to nalegano w Zenie), ale na Karma-Lingu używano nas chyba praktyczniej. Ale – nie mi sądzić, tu decydują szefowie linii.

Znudziły mi się te lampki (przy nich nie rozmawiano) więc odszukałam kuchnie. (Tam zawsze od razu najlepsze, z dołu, informacje.) Mieściła się w olbrzymim namiocie. Poprosiłam o coś do jedzenia – i dostałam dużo zimnych resztek.  A potem już śmiało ucięliśmy sobie ploty co kto widział i jak gdzie jest.  Kucharze mądrzy, podobali mi się. 

Lecz ten chłopak, co mnie wiózł! Owszem, poprosiłam o przejazd i dostałam, dzięki niemu poznałam Darnków – należy mu się moja wdzięczność. Był z linii, miał w Darnkowie znajomych, ja nie. Ale w drodze!  Bez przerwy: „A

 ilu widziałaś oświeconych? Ile dostałaś inicjacji?”  Czy buddyzm ma być licytacją? Lepszym pytaniem byłoby: „Co z ich nauk sobie przyswoiłaś? Co zostało?”

Tak, że chyba z obopólną ulgą rozstaliśmy się w Poznaniu. (I musiałam wziąć tramwaj a nie podwiózł pod dom, chociaż w centrum. I nie wymieniliśmy telefonów i adresów.)

Czego tak się spieszyłam, że chciałam już uciekać?  Byłam trochę zmęczona w tych Sudetach, czy już zwiedziłam a teraz tęskniłam do luksusowej łazienki Słońca?  Słońce był nieobecny, a chcieliśmy nagrać następny odcinek ciekawego serialu. „Ogniu, krocz za mną”? Tam w każdym odcinku bohater zachwycał się zapachem daglezji. Te daglezje potem odszukałam w Poznaniu (w ogrodzie botanicznym w Bydgoszczy też je mają). Ciemne cmentarne jodły, właściwie nic specjalnego.  Lecz w serialu, w lasach między Kanadą a USA,  były prawie sekwojami. Polskie, mizerne i zakurzone, niczym nie pachniały. Tylko szyszki mają ciekawe, z wystającym rozdwojonym wiropłatkiem nasienia.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Miejsce dla ognia

04 paź

Po wygodnej nocy – łóżko wygodne, ciepłe i nic mnie nie pogryzło! LOL. A pamiętam, że u Thierrego pchły mnie żywcem żarły, zanim  ktoś sobie po trzech dniach przypomniał, że ostatnio na moim miejscu spał pies znajomego.  Wobec tego napchałam wrotyczu pod materac i pomogło. Także 10 lat temu kanapa u Charlesa, jak i kanapy w sali de voutes na Karma-Lingu były zapchlone. Niestety tak jest, gdy są w domu swobodnie włóczące się koty.

Teraz kawka, papieros, składamy kanapę i wypada się zbierać.

- Jak na dół?

- Podejdź tutaj, stań w rogu. Nie, zupełnie przy ścianie – i Charles otwiera barierkę. – Teraz odwróć się tyłem i usiądź.

Na wysokości kolan mam coś w rodzaju małego hamaka z kolorowej tkaniny meksykańskiej. Zasiadam z moim workiem, wygodnie.

- Teraz cię spuszczę – i powoli zjeżdżam te dwa piętra. Nad głową mam grubą linę na wielokrążku.

- A teraz, widzisz ten cieńszy sznurek?  Pociągaj i odeślij mi to na pomost.

Pociągamy na zmianę.

- Widzisz jakie to łatwe?  Służy też do windowania do domku ciężarów.

- A jak ty zjedziesz? (Bo Charles zjeżdża po wczorajszej linie.) A dlaczego ja nie…?

- Bo w drugą stronę trzeba się podciągać na rękach.

 

W pobliżu na zboczu jest taras. Podest z drewna, równy, 5 leżaków ekologicznych z drewna eukaliptusa, podnóżki, poduszeczki z kapoku pod głowę, przesuwany stolik. Na środku, otoczone kamieniami, miejsce dla ognia.  Wszystko w porannym słońcu, które już suszy i grzeje. Doceniam. Miejsce wygodne.

 

I miejsce dla ognia!  Pamiętam, jak pojechaliśmy z Yvem do jego znajomego szamana za Grenoble. Ten był lekarzem, pracował 10 lat z misją Médecins du Monde, przywiózł sobie z Afryki egzotyczną żonę (która go później opuściła, lecz ma z nią gdzieś córeczkę). Też kupił dom na głuchej wsi, narzędzia stolarskie i, skoro to lubi,  to pracuje w drewnie.  Oglądałam szeroką bramę wejściową, wprost rzeźbę. W domu cudne biblioteki i rozfalowane obrzeża drzwi, okrągły stół z wykładziną na blacie w Tao.  A w ogrodzie, na środku trawnika (marihuana rosła ukryta w pomidorach z boku), otoczone dużymi kamieniami i kłodami, na których wygodnie usiąść – miejsce dla ognia.  Bo – jak nam tłumaczył – każdy szaman obowiązkowo musi mieć jakieś. I wokół ognia zbierają się w nocy jego przyjaciele z Lyonu. Na śpiworach w nocy można nawet spać. Bo na południe od Lyonu latem lepiej śpi się pod niebem niż pod dachem.  

 

Moje miejsce, przy ogniu. Rozkładam się tutaj. W pobliżu jest jakaś budka z narzędziami, cięto drzewo. Suche wióry rozpalają się jeszcze lepiej niż sucha trawa.  Spalam na biały popiół wszystkie przemoczone ślady po poprzednim ogniu.  Dla mnie ogień nie musi być duży, ważniejsze, żeby płonął stale. I spędzam dzień na miejscu. Przy ogniu nigdy się nie nudzę.

Wspominam moje poprzednie ogniska. Przede wszystkim na Karma-Lingu. Tam, nawet przybywszy o północy, mogłam  sobie rozpalić ogień nawet wyżej głowy. Służyły do tego drewniane skrzynki po warzywach, plastiki i szkło zwożono do recyclage. Także gdy chodziło o spalenie nieudanych czy nieaktualnych wydruków z wydawnictwa, zużytych przedmiotów kultu czy sznurów flag buddyjskich  - mi to polecano. Bo „słów Buddy nie wolno wyrzucać do śmieci”.  

A któregoś roku wycinano las. I trzeba było sprzątać po drwalach. Ściągałam za sobą całe gałęzie sosen. Jedną ręką, druga była w gipsie. Z tego powodu chciano mnie przydzielić do szycia flag razem z Sue, ale ja wyrywałam się do ognia. Flagi naszywałam na linkę tylko jak padał deszcz. A Sue posłusznie przycinała, smarowała farbą drukarską drewnianą matrycę (strasznie można było się pobrudzić przy tym), odbijała mantry i obrazki. Parę razy jej wtedy pomogłam, ale tylko tyle, by wiedzieć, jak to się robi.

Tamtej zimy cały czas płonęły na śniegu olbrzymie ognie. A rano budziłam ogień spod gorącego popiołu.

Czasem zabawił się ogniem i jakiś mężczyzna. Nawet nasz Lama-en-szef stał raz na stosie gałęzi i ciskał je w ogień jak demon wrzuca dusze potępione w piekło. Jego ogień był dwa razy wyższy od  mojego.

Lecz gdy się rozniosło, że nasz Lama też, wszystkim starszym paniom się zachciało. Zaczęło się wprost polowanie Dian na Akteona.  Sama pożyczałam lamie Mamô obcisłe spodnie na mnie trochę za ciasne. Ja osobiście nie, ale różne panie lecą na naszego Lamę. Czyjaś duchowość to najlepszy wabik seksualny.  Z tego powodu lecą i na Charlesa. Ludzie czują, że coś tam ich pociąga i reagują seksem, bo nienauczeni analizować swych emocji.

 

W moim 15-piętrowym bloku wypełnionym Arabami otwarty ogień jest zakazany. Niebezpieczeństwo pożaru. Nie ma gazu, wszystkie kuchnie muszą być elektryczne.  A mimo to, do ich tradycyjnej kuchni używają turystycznych kuchenek na gaz i gazu w butlach. I czasem komuś płonący olej się przewróci.

- Wtedy uciekaj natychmiast w stronę windy – opowiada mi Marta. – Nie trać czasu nawet na ubranie. Płonące plalstiki podłogi i sufitu wydzielają pełno trującego gazu, nie ma czym oddychać.  Owinęliśmy twarze mokrymi ręcznikami.

Przez ich okno piętro niżej widać  w sąsiednim pionie nad oknem z opuszczoną żaluzją zasmolony tynk sięgający  następnego piętra.

- Tam się spaliło. Ojciec wyszedł po papierosy, dziecko jest w szpitalu.

 

Jedyny żywy ogień u mnie to z mojej zapalniczki. (No, mogę sobie zapalić świeczkę czy kadzidło.) W hinduskich domach na puja-place przed bogami płonęła prymitywna lampka: knot z bawełny w naczyńku z olejem.

Na ołtarzu Karma-Lingu też jest ogień.  Prawie niewidoczny, zwykłe świeczki. Na stupie w święta zapala się lampki takie same jakie  zanosimy na cmentarze na  Zaduszki, ale w sali do medytacji zwykłe świeczki. Prawie niewidoczne, przytłoczone ceremoniałem ofiarowania czystej wody w przeźroczystych, wypełnionych po brzegi naczyniach, Buddzie.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Starzeję się

26 wrz

Pisząc to teraz, widzę, żem rzeczywiście była tam jakaś wyjątkowo osłabiona.  Kilka dni niewiele tam jadłam, ale to w końcu można wytrzymać.  Gorsze było odwodnienie. W domu mam zawsze przy kompie filiżankę kawy czy szklankę herbaty.  Tam było wino, po którym się tylko sika. Pamiętam, że parę razy mnie poratowano prysznicem – po namoknięciu od razu czułam się lepiej.

No i mogła być zmiana wysokości. Ze 20 lat temu, gdy z Billem w ciągu kilku godzin przejechaliśmy z poziomu Morza Śródziemnego do Andorry na wysokości 1000 m npm w Pirenejach, ziewaliśmy jak smoki, można było zasnąć na stojąco.  Ale tam nie musiałam dużo chodzić, samochód był blisko.

Ale z drugiej strony, gdy z 10 tat temu szukałam Luka w Italii, było przejście graniczne w Alpach na wysokości 2 000 m, z pejzażem chyba tybetańskim, już żadnego drzewa tylko słońce, kamienie i trawa. Pamiętam tamtą euforię z powodu wysokości. Karma-Ling też korzysta ze swoich 800 m. ( Granicę włosko-francuską przejeżdżałam samochodem, u lamy Tséringa na 700 m najczęściej się wyleguję w ogródku.)  Czyli już raczej niewskazane dla mnie wybrać się na Mont Blanc na ponad 4 000 m. Aporia – przekonałam się własnym doświadczeniem, że życie na drzewach (czy w całej Creuze) jest za ciężkie dla pani jednak już starszej, która potrzebuje trochę więcej komfortu.   

No cóż, zaliczę to do moich prywatnych extremek, do najdziwniejszych miejsc, gdzie udało mi się wepchać (choć mnie tam nie proszą – jak dodaje Słońce). Już jest wśród nich teren trzyletniego odosobnienia w ośrodku buddyjskim i darkroom w gejowni.

 

Niestety, starzeję się. Czy moje ciało się starzeje. A nie mam pomysłu jak się w tym wieku zachowywać ani nawet jak wyglądać. Są starsze ode mnie panie bardzo eleganckie jak np Josette, i jeśli już muszę być stara, to też chciałabym tak wyglądać, ale one chyba nie jeżdżą autostopem, nie śpią w lesie na trasie, każda ma własny samochód. I chyba żadna nie wymienia słów miłości z dwa razy młodszym chłopcem, patrząc sobie w oczy. (Nie mówiąc już, że ich na pewno nie częstują haszem.)

Planowałam, że gdy już będę za stara na podróże, będę siedzieć na kompie i pisać własne rzeczy lub tłumaczyć cudze.  Bo to najbardziej lubię robić. A przed własnym kompem m się wystarczający komfort. 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

U Charlesa

26 wrz

Następnie podjeżdżamy jeszcze do innego. Jak ma na imię? Rozmaryn? Przecież to roślina?  Charles parkuje i parę kroków dochodzimy. (Ojej, jaka ja jestem zmęczona! Ledwo łażę.)

Dziwny dom, na zboczu góry czy przy wyższej drodze?  Jedno wejście jest z drogi a drugie piętro niżej, gdzie jakby zarośnięty ogród czy warzywnik.  Ten chłopiec zobaczył nas z okna, i tak się uśmiechnął, że mi się też od razu do niego pysk roześmiał. Jaki ten chłopak jest spokojny i śliczny! To znaczy nie z urody, ale ma piękną aurę. Nawet na Karma-Lingu taką rzadko zobaczę.

Na dole dostajemy herbatę.  (W domu są różne ziołowe ale nie ma kawy.)   Że z Charlem palimy skręty, wychodzimy na ganek.  Chłopak czytaty, na biureczku zauważam coś Françoise Dolto o psychologii dziecięcej.

 Po herbacie Charles prosi o pomoc przy wyładowaniu kamionetki. Nie ma sprawy, chłopiec bierze kluczyki i wychodzi. Wlokę się za nimi, zewnętrzne kamienne schody z ganku do wysokiej drogi (a będzie tego ze dwa piętra!). Padłam! I jeszcze do kamionetki Charlesa się dowlec.  Nie dam rady, a wóz Romarica tuż obok. Wsiadłam i jedziemy za Charlem.  Na wzgórzu wśród łąk stoi ogromna szopa, którą kupił Charles, z terenem  ileś tam hektarów obok. Teraz Charles wyładowuje kamionetkę. Czegoż tam nie ma! Pralka czy lodówka, olbrzymi płaski ekran telewizora (ten radzę zaraz przez kurzem zabezpieczyć kartonem),  meble, różne narzędzia stolarskie…  Dżizus!  Chłopcy wszystko przenoszą do szopy bardzo sprawnie, ja też biorę parę lżejszych części, ale rzeczowej pomocy ze mnie to tyle co kot napłakał. Po godzinie wszystko jest wypakowane, Charles zamyka szopę i się rozjeżdżamy.

 

Zupełne odludzie, puste wiejkie drogi (ale wyasfaltowane równiutko!) a na nich nikogo. Nigdzie nie widać nawet domu czy zagrody.  Jakiś zakręt, mostek, za zakrętem Charles parkuje w krzakach na poboczu, by nie tamować drogi.

- Wysiadamy, jesteśmy na miejscu.

Gdzie? Moje drzwiczki ocierają o krzaki.

- Tutaj.

Za krzakami, zupełnie niewidoczna z drogi, wąska ścieżka pod górkę.  Już się zmierzcha. Łażenie po górach nigdy nie było moim ulubionym sportem. Dysząc idę za Charlem. Ten odwraca się i podaje mi kilka dużych jagód.

- Amerykańskie borówki! (Ale każdą roślinę trzeba było tutaj specjalnie sprowadzić.)

W końcu jesteśmy pod drzewem, na którym jest dom Charla. 

- A teraz jak?  (Jeszcze podleźć kilka metrów!)

- Stajesz tutaj. Lewą nogę stawiasz w uchwyt a prawą się nie odbijesz silnie, tylko ledwo puścisz. Rękami trzymasz się sznura nie stalowej liny. Ja cię złapię na miejscu.

I Charles jedzie pierwszy i mi odsyła – jak to nazwać?  taterniczą windę?

Powtarzam głośno instrukcje i ląduję na drewnianym podeście z barierką, który otacza nadrzewny dom Charla.  Wchodzimy do środka. Pokój, jest światło (12 V z baterii? diody) , stół, wygodna kanapa, w głębi kuchnia, nawet piecyk (zimą mam tu 20°, u Thierrego marzłem). Charles podaje kawę, potem zajmuje się kolacją. Książki na fantazyjnie wyciętych półkach (ale ze sklejki), masa dziwnych rzeczy. Ja drzemię ze zmęczenia na kanapie.

Co tam było w książkach? Na  wierzchu leżała czerwona dość pozaginana, o tantrze. Przeglądałam ją nazajutrz i nic nie pamiętam, nawet autora, a przecież nieraz już ją widywałam. (O autorze miałam zdanie średnie.) Dziesiąta woda po Vijnana-Bhairava (najlepsze wydanie, tłumaczenie prosto z sanskrytu z własnymi komentarzami przez Lilian Silburn) jest w mojej bibliotece ( i w bibliotece Centrum Pompidou w Paryżu). A tu dziesiąta woda, nawet na okładce piszą to Vijnana-Bhairava (najłynniejsze dzieło sziwaizmu z Kaszmiru) z błędem ortograficznym.

(Sprawdzam w Googlach: ten Rajneesh to Osho, którego też parę mam.)

Jedzenie dobre, na ciepło, wegetariańskie, smaczne. Jakieś fasolki, kasze, pestki z dyni posypane sezamem, wszystko wymieszane.

-Tutaj będziesz spała. Kanapa się rozciąga na dwuosobowe łoże.  A ja na piętrze. Chcesz zajrzeć?

Nie mam siły. Tylko kręcę głową, że nie.

- A jeśli w nocy zechce mi się siusiać, to gdzie? Gdzie tu jest toaleta? (Bo chłopcu to nie problem.)

- Hm… tylko siusiać?

- Tylko. (Przecież ja dzisiaj prawie nic nie jadłam.)

- To tak jak ja, z pomostu w dół.

Lecz widząc, że nie mam ochoty wychylać się w ciemości z drugiego piętra, dodaje:

- Albo, zaraz, patrz. Tu nad drzwiami zapalasz światło na pomoście, a tu za rogiem, gdzie stół i ława z oparciarciem, popatrz: ława ma wycięty otwór w siedzeniu (przykryty  jakąś deską). Wystarczy podstawić wiadro albo miskę.  Toalety i prysznice na razie mam w ogrodzie. Prysznice tylko jak ciepło, bo na razie woda słońcem się nagrzewa.

- W porządku, dziękuję. Już sobie poradzę.

 

Charles ma dziewczynę, Belgijkę. Co wieczór ćwierkają sobie z pół godziny przez telefon. Za tydzień do niego przyjedzie.

- Jest pielęgniarką w wariatkowie.

- To chyba dlatego tak cię lubi.

- No właśnie! Ma największego wariata, który jest wolny i szczęśliwy.

 

W czasach mojej młodości słynny hippis z Łodzi, Kwaki, chcąc się wykręcić z wojska, spędził 4 miesiące w domu wariatów. Ale z dobrą karmą zawsze się spadnie  na cztery łapy: nie tylko uniknął wojska, lecz jeszcze sobie przygruchał pielęgniarkę, Ulkę. Ożenili się i jeździli na zloty do Częstochowy z dzieckiem w dużej torbie. Ulka była drobniutka (Kwaki też był niski, lecz znał karate) i do każdego mówiła grzecznie i łagodnie, per „kochanie”, jakby był niebezpiecznym furiatem.

Aktualna dziewczyna Charla ma na imię Kimberley. Wstydzi się tego trochę i używa zdrobnienia na Kim. Kimberley to chyba kopalnia diamentów w Południowej Afryce, ale nie jestem pewna.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Peter Cashorali

25 wrz

Dobre nowiny: Peter Cashorali

Zajrzałam w Google, wspomniawszy ulubionego autora.  (Bo znowu coś mi nie tak, mam jakąś deprersję czy brak energii. U mnie to objaw, że coś nawala w organiźmie, więc chociaż sobie podniosę nastrój lekturą.  Bo to, co czytam teraz („Bardo” Chögyama Trungpy ) to jakieś trudno strawne i zupełnie nieczytelne. (Dziwne, a stało na najwyższej półce, w najważniejszych.)  Pomyślałam o „Oczarowanych książętach” – mam od kilku lat i za każdym razem myślę sobie, że chciałabym to przełożyć na polski.  „Ku pokrzepieniu serc” i innym.

Wrzuciłam nazwisko w Google i od razu wyskoczyło. Peter Cashorali żyje! (A nie padł na AIDSa, jak się bałam, bo jego bajki dla gejów i to często wspominają i nieraz są mądre i smutne.) Ma stronkę
http://www.petercashorali.com
  . Jest psychoterapeutą w Kalifornii, jungowski (to dobrze),  zajmuje się głównie gejami. (Bierze 90 dolarów za 50 minut, których ubezpieczalnia nie zwraca.)

Podaje adres: Please call me at (323)533-3433 or email me at cashorali@gmail.com  to discuss your needs further or to schedule an appointment.

My address is 1110 E. Green Street, Ste 404, Pasadena CA 91106.

No, nic tylko przełożyć. I napisać o prawa autorskie.  A Bolo już dwa lata temu obiecał mi wydawcę.

Napisał tylko te dwie książki: „Książęta oczarowani” i „Promieniści książęta”. Widocznie pisanie traktuje jako działalność uboczną.

Stary, mądry gej ten Peter Cashorali.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

W Creuze

25 wrz

No i wreszcie, po dwóch dniach w Barbizon, wyruszamy w dalszą drogę (około południa). Charles z Claudem jeszcze rano dokupili plik kolorowych klaserów i innej biurowej papeterii: Charles ma tam porządkować wszystkie projekty, szkice, pomysły.  Ja, obok kierowcy, pilotuję.  Na kolanach mam swoją mapę Francji (tj swojej ostatnio zapomniałam, lecz tę dostałam na drogę w Szwajcarii).

Wczoraj była krótka burza po południu. W pośpiechu zbieram ze stołu i z Gérardem, stojąc w progu lub w oknie kuchni, wymieniamy uwagi, jak to miło obserwować burzę z suchego i zacisznego miejsca. Dziś rano się okazało, że Charlesowi zamókł atlas drogowy.  Ale inny, olbrzymi, był w moich prezentach, formatu chyba aż A2, tylko do samochodu.  Wykładam moje inne: latarkę na dynamo bez baterii i książkę Thierrego o ziołach. (Śliczna, lecz mi w mieście niepotrzebna. Na szczęście się okazało, że Charles też ją dostał, więc książka zostanie moja. Tylko waży ze 2 kilogramy! Znowu na autostop się wybrałam z ciężarami!) 

- Jedziemy na Orlean czy przez Fontainebleu?

- Prosto na południe, przez Montargis i Giez, możemy aż do Bourges.

Jakiś postój po drodze by zapalić i napić się kawy,  potem już zaczynają się znajome dla Charlesa strony i skręca  w lokalne dróżki, które też mają idealny asfalt i są puste.

- Skręcimy tutaj. Po drodze podjedziemy do kolegi.

Dom na odludziu, kamienny, w środku czysto pobielony séjour. Para młodych go wynajmuje. On, olbrzym z twarzą dziecka, pracuje w kamieniarstwie. Rozmawiają o znakach zostawionych w kamieniu przez budowniczych katedr, o odnowie zabytków, wymianie zużytych kamieni. Charles też będzie miał dla niego coś do roboty.

Później, u Charlesa, przy strumieniu w dole jego góry, przy zatoczce, gdzie można się dyskretnie umyć, widziałam głaz  na którym był wyryty jakby nautilus, jeszcze coś. No i na Karma-Lingu i w Montchardon były staże rzeźbienia w kamieniu (najczęściej mantry Om mani padme hum) i te najlepsze dla dekoracji pozostawiono.

Ona podała mi kawę, chłopcy piją piwo.  Charles wręcza gospodarzowi dwie paczki po 200 g ziela marihuany (czyżby nią handlował? niedobrze, to daje złą karmę). Sam dla wszystkich robi jointa posypanego  moim marokańskim.

Siedzę na kanapie przed niskim stolikiem i myślę: „Jak można wytrzymać na takim odludziu? To nie dla mnie! Ja bym stąd zaraz uciekła.”

Nawet przyroda tutaj w tej Creuze uboga: 700 m npm, zimą bywa i pół metra śniegu. Zimno, marzłam u Thierrego, choć dali mi miejsce przy kozie, co ogrzewała parter (sami spali na piętrze). A kominek na całą ścianę zabudowany szafami! Koza dymiła, ładowana z góry, nie umiałam jej rozpalić, musiałam prosić o to jego syna (gdy już wrócił ze szkoły). Marzłam coraz bardziej, bo już jesień była aż w końcu uciekłam.

A jedzenie! Trawę tam żarliśmy u Thierrego! (Niby, że Thierry uczył survivala i pokazywał nam wszystkie jadalne chwasty. ) No coś tam się znam, ale w okolicy nic jadalnego nie rosło!  Warzywnik zaniedbany, żadnych orzechow czy jadalnych kasztanów, do wioski po zakupy daleko…  Raz wybrałam się do lasu na grzyby z Philippem. (Zostawiono nas samych, Charles pojechał na rower do Hiszpanii a Thierry mu towarzyszył z kamionetką.)  Philippe zbierał wszystko co popadnie (a grzyby francuskie są inne niż w Polsce i jest dużo nieznanych mi gatunków) a potem w domu w atlasach Thierrego (biblioteka Thierrego jest świetnie zaopatrzona w dzieła przyrodnicze) sprawdzaliśmy, które z nich są jadalne.  Przeżyliśmy.

Jeszcze raz uciekłam!  Przypominam sobie, że w moich przedmaturalnych czasach ojciec raz dostał za jakąś przysługę czy załatwił od znajomego leśniczówkę? drewniany domek wakacyjny? Na dwa tygodnie. Nad brzegiem jeziora, z łódką  do dyspozycji, wokół wspaniałe lasy Puszczy Noteckiej. Chłopiec od piekarza co dzień rano dowoził świeże pieczywo na rowerze …  No niby luksusy!  I tam umieścił mnie z siostrą. Siostra buszowała. Zrywała się o świcie, i gdy ja się budziłam, już w dużym garnku bulgotały najmłodsze borowiczki z cebulką.

Lecz czegoś mi brakowało: książek, miasta, ludzi?  Ruchu, życia, ludzkich umysłów! Obcowanie z naturą mi nie wystarczy. Znam kontemplację przyrody czy pejzażu, lecz umysły ludzkie są ciekawsze. W bardo raz wybrałam nie niewzuszoną doskonałość Dharmakai lecz błyski słonecznego światła na rozfalowanej wodzie.  

Czyli ja „mam tak”. I nic na to na razie nie poradzę.

Wtedy nie wytrzymałam. Uciekłam. Pieszo przez las, 10 km, do szosy. I do domu wróciłam autostopem.

Siostra (młodsza) została.

 

Teraz siedzę i czuję się przygnębiona i zmęczona: „Co za odludzie! I daleko od szosy, miasta i ludzi… To wyraźnie nie dla mnie. Nie moje światy. Ja nie wykuję kamieni ani nie wykarczuję lasu. Ja chcę do biblioteki!”

A Charles moją książkę o nim podarował jakiejś dziewczynie. I nawet jej nie przeczytał!

Przyznał mi się, LOL. Ale jest do odtworzenia.  By się zachowała, nawet jeśli mój dysk padnie, przesłałam ją do samej siebie mailem.  Tak samo robię z agendą (adresy i telefony znajomych) i od czasu do czasu wysyłam nową aktualną wersję. Uważam, że to dobry pomysł.

I, najważniejsze: ja się nie nadaję do wspólnego ludzkiego życia we dwoje (choćby z zakochanym człowiekiem), dbania o real w codziennej rutynie, patrzenia jak rosną dzieci….   Nic mnie do tego nie ciągnie! Raczej mam z gejami: „nie to!” , choć jeszcze nie wiemy, do czego zostaliśmy stworzeni.

Geje też, wiadomo, ciągną do dużego miasta (do San Francisco) a na odludziu umierają z samotności.

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

24/9/2011

24 wrz

Piszę listy, dużo. Problem, jak powiedzieć coś jak najgrzeczniej, by nikogo nie urazić. Już mi tam Bruno zarzucił, żem zawsze w négativité, zbuntowana. Hm, taka moja natura. Lecz, by uzyskać jakąś zmianę, należy propozucję wyrazić jak najgrzeczniej, nie urażając nikogo.  Tego się już chyba nauczyłam?

Zajrzałam na Karma-Ling w maju, teraz w sierpniu. Nadal trzy sanskryckie litery w mantrze wewnątrz stupy uszkodzone a taka négligence w sprawach kultu robi niedobre wrażenie. Także nie ma wewnątrz dużej planszy z wytłumaczeniem symboliki stupy (co tak skomplikowana jak symbolika piramidy). Za „moich czasów” była i dużo się z niej nauczyłam. Bo część informacji ezoterycznych jest kodowana symbolem a nie słowami -  w ten sposób zostanie przez wieki prawidłowo przeniesiona, aż przyjdzie ktoś, kto zrozumie i odczyta. Dla mnie było użyteczne wytłumaczenie tych 10 kręgów wieżyczki – 10 ziem boddhisattvy, i jeszcze trzy kręgi „egzystencji bez formy”. Dla innych inne informacje mogą być potrzebne.

 

Z dobrych info: Durgim obronił pracę magisterską i jest świeżo upieczonym panem magistrem filozofii. Pisał o funkcji obrazu w epistemologii św. Jana od Krzyża (przysłał mailem, przeczytałam, pogadamy jak przyjedzie). Dobrze, że już na uniwersytetach mówi się o oświeceniu.  W mojej młodości, gdy Urbanowicz z przyjaciómmi zakładali pierwszy Zen w Polsce, nawet termin był nieznany. Lecz na jego jubileuszu było 3 profesorów uniwersytetu, co razem z nim zasiadali do medytacji.  Czyli: duży wkład do świadomości zbiorowej. I – przyjęło się!  A teraz też z tego kręgu, wyszło tłumaczenie na polski Kena Wilbera, następny stopień poszerzania świadomości.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zła karma

22 wrz

Zadzwoniła Marie-Christine i przez 3 godziny opowiadała mi przez telefon o swoich nieszczęściach. „Ta kobieta jest nienormalna”, „ma paranoję” – mówią znajomi. I nikt jej potoku słów nie wytrzymuje.  (Ja też po 3 godzinach przeprosiłam.) Ale mam sposób: robię telefon na głośno i w międzyczasie czytam, rozwiązuję sudoku, maluję paznokcie. Tylko od czasu do czasu coś odmruknę.

Ale po zastanowieniu: nieważne czy to paranoja, bo dla niej to „fakt psychologiczny”, naprawdę. Taka jest jej subiektywna rzeczywistość i dziewczyna cierpi. (Bo ma paskudną karmę. Nam takie rzeczy nie mogłyby się zdarzyć.) Ale moje współczucie ma obejmować wszystkich, więc zamiast się cieszyć (że mi lepiej) (to byłby paskudny „smrodek satori”) myślę, jak jej pomóc. 

Najgorsze, że nie praktykuje żadnej religii. Katolicyzm zna tylko ze słyszenia. A przecież każda daje to podstawowe minimum, jak grać z karmą, mieć dobrą, utrzymywać umysł w odpowiednim stanie…

„Nadaje się do psychiatry” – twierdzą zniecierpliwieni ostatni przyjaciele. Ale ja sama narkotyków z apteki się boję, więc i nie zalecę ich nikomu. Zresztą  problem w umyśle (błędny światopogląd) należy  zmienić  właściwym prawidłowym poglądem a nie chemią.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pisces perennis (ryby wieczyste) (Barbizon 3)

22 wrz

Tam jeszcze coś było…  W ostatnim z ciągu pokoi, wycementowanym, gdzie pralka, zamrażarki, różne piwniczne półki i duże wyjście na ogród, nad drzwiami wisiało w ramce dzieło Gérarda: duża powiększona puszka sardynek, w 3/4 otwarta, klucz (autentyczny) jeszcze w zawiniętym wieczku. Przy stole opowiadał nam szczegóły: wykonano w ok. 100 egzemparzy, puszki (czyste) dostał od portugalskiego rybaka – odpadł kopot z myciem, Charles tez dostał kolorową fotokopię z opisem. A w środku dwa szkieleciki ryb z wykopaliska, ciemnobrązowe na piaskowym tle kamienia. Te też trzeba było szukać wśród skamielin, żeby wielkością odpowiadały. Jeden autentyk, a 100 odlewów z plastiku.

Pomysł zabawny, każdy na ten widok się z zaskoczeniem uśmiechał. Ci artyści to mają upór i zacięcie, by od pomysłu doprowadzić do wykonania.

Widzę to w pisces perennis, w domu zbudowanym jak ciąg wagonów kolejowych. Ojciec Charlesa chiał mieszkać w pociągu, a Charles na drzewie.  No i realizują swoje marzenia.

- Początkowo chciałem mój dom na drzewie zbudować tutaj, w Barbizon. Ale ojciec się nie zgodził i sprzedał przylegający las. Teraz na jego miejscu stoją ohydne bloki. A ja kupiłem górę w Creuze, już ją raz widziałaś. Teraz dokupiłem jeszcze (ileś tam) hektarów, dużą szopę, gdzie będą luksowe sanitariaty i boksy dla koni. 10 lat pracowałem, by spełnić moje marzenie!

 

Szkoda, że las sprzedano. Szkoda, że dom bez dzieci (spadkobierców) niszczeje. Szkoda, że było długie nieporozumienie. (Charles miał pretensje do ojca, że nie zajął się nim po śmierci matki.) Ale tamten dom budował ojciec, a syn zamiast iść w jego ślady, woli realizować własne marzenia. Lecz jest i córka, pewnie już dzieciata i z mężem – i też woli żyć w innym miejscu?

 

Doceniam upór. I ja miałam parę zdarzeń podobnych. To po flandryjsku nazywa się „zwanze”, subtelny żart, co cieszy sprawcę. I ja stanęłam na rzęsach, by ofiarować Markowi ludzki piszczel (z pomocą moich sióstr-czarownic). 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Barbizon (2)

22 wrz

Długie letnie leniwe popołudnie. Wino w ogrodzie, anegdoty Gérarda, wpada rasowy wyżeł a za nim sąsiadka, Maria. Elegancka i szczupła, a ja jak na autostop, ojej! Są ciasteczka. Wszyscy zafascynowani właścicielem domu, Patrykem (ojciec Charlesa). Wyjechał właśnie do Japonii, zakochany w kobiecie z dyplomacji.

- Teraz? Najrozsądniej zabrać ją z całą rodziną do Francji a nie samemu się tam pchać pod promieniowanie.

Opowiadam, jak pyskuje na internecie Alex z Tokio. (Wysiedlony z Japonii w końcu czewca.)

 Gérard, przyjaciel właściciela, dogląda domu.  Sąsiedzi, Claude z Anną, też wprowadzili się niedawno. Wynajmują część domu od frontu. Gérard zajmuje tę długą część wpuszczoną w ogród.  Pokój za pokojem, na różnych poziomach, a wszystkie umeblowane jak przedziały kolejowe. W jednym jest nawet prawdziwa kuszetka, na pasach z sufitu, jaką pamiętam z dzieciństwa. Przerywane tu i ówdzie kolejowymi toaletami, z maleńką umywalką.  A jedna, na wprost jednego wejścia do domu,  ma olbrzymią szybę w drzwiach i tron na podwyższeniu.  Żadnej intymności! Dwie kabiny z prysznicem, jakie w domu znalazłam, też mają szyby zupełnie przeźroczyste i są z daleka widoczne, stoją w przejściach. Ekshibicjonizm?

- To był żart – mówi Charles.

Dziwne poczucie humoru miał jego ojciec.

 

Tylko od frontu jest pokój czy dwa w miarę normalne. Telewizor, komputer, stare obrazy, rzeźby (Patrick jest rzeźbiarzem), trochę starych książek. Pierwszego wieczoru jedliśmy u sąsiadów na tarasie – były pyszne kanapeczki w wątróbkami z dorsza na wejście. Dużo wina, trochę haszu, sąsiad opowiada o córce z pierwszego małżeństwa, dwudziestoletniej mniej więcej, co studiuje nauki polityczne, mówi po chińsku, i konno, sama czy z lokalnymi, szwenda się po ChInach. Napisała o tym książkę. Jesteśmy pod wrażeniem. Dziewczynka jutro przyjedzie.

Druga żona, Anna, miała polskich rodziców i jeszcze po polsku rozumie. Ich synek, Leon, dopiero uczy się chodzić. Ale to dobre miejsce dla dziecka, ma kontakt z przyrodą. Zebrałyśmy  wcześniej dla niego kilka jabłek i Anna mu pokazywała maliny.

I dobra obecność dziecka dla domu. Bo widać, że dom dawno nie widział gosposi, nie było zarządzających kobiet.  Gérard jeszcze dopatrzy (trawnik skosił osobiście!) ale dom bez właścicieli niszczeje, a bez dzieci starzeje się i umiera.

Drugiego wieczoru jedliśmy u nas w salonie. Srebrne widelce miały z pół kilograma, ale jedzenia niewiele i obrusy winem poplamione. Za to świece w lichtarzach, pełno obrazów (w rogu jeden piękny pejzaż ze srebrną wodą Loingu), głowa śpiącej lwicy ozdobiona fezem…

„Na starej porcelanie niewiele jedzenia” – miałam kiedyś, jeszcze pod Dosem czy pierwszym Windowsem 3.1 grę w mahjonga, która w nagrodę za rozwiązanie dawała chińskie przysłowie (w łamanym angielskim?). To jedno z nich,  mówiło, że wspomnienia świetnej przeszłości dzisiaj nie nakarmią.  Kojarzyło mi się zawsze z emigrantami z Polski, co nadal wspominają utracone niegdyś (przez uwłaszczenie, rewolucję, wojnę) dobra. (Niektórym została klasa, innym tylko jojczenie. Zależy od charakteru.)

W ogrodzie Gérard docenił, że spytałam, czy dym mojego skręta mu nie przeszkadza.

- Nie, sam długo paliłem. Teraz z powodu mojej zadyszki nie mogę, choć nadal lubię. Ale miło, że o to zapytałaś.

 

Gdy sąsiedzi już poszli a my zostaliśmy przed telewizorem z wyciszonym dźwiękiem, Gérard zainicjował nową zabawę: słone komentarze. Na ekranie francuska wieś, para młodych, kózka.

- Zjebałeś moją kozę!  Zamiast mnie! – mówi Gérard.

Opici winem, napaleni haszem, zaśmiewamy się.

Teraz Gérard opowiada o wielbłądzicy. (Wszystkie dowcipy Gérarda są z okresu wojny w Algerii.)

 Nowego kapitana oprowadzają po obozie.

- A tu, gdy nam brak kobiet, mamy wielbłądzicę.

Kapitan przyjął do wiadomości, ale gdzież tam. Tymczasem mija miesiąc, drugi i kapitan zaczyna zmieniać zdanie:

- Jakie ma chrapy delikatne, i rzęsy śliczne, i sierść miękką…

W końcu dobiera się do niej, a tu go ktoś klepie w ramię:

-  Kapitanie! Wielbłądzica jest po to, żeby pojechać do masta…

 

Na ekranie rozwija się akcja. Kózka rodzi koźlątko a młodzi się kochają. Gérard opowiada, jak ktoś kupił wielbłąda. Tanio, ale wielbłąd ma feler. Jaki? Co 30 km staje i trzeba mu zrobić branlette, bo inaczej nie pojedzie dalej.  No cóż, biorę, bo nie mam wyboru.

No i wielbłąd po 30 km zrzuca pasażera, ale zbranzlowany znowu rusza. Tup-tup przez 30 km i nagle prrr.. i pasażer ląduje w krzakach.  Jakieś ciernie czy kaktusy, ma ręce pełne kolców. Odwraca się do wielbłąda, a ten – i tu Gérard pokazuje mimiką wciągając policzki: wielbąd, by jechać dalej,  chce minetki!

Zaśmiewam się. Skąd ja to znam, to wirtualne pornolenie? Gejowskie internetowe pokoje! Już dawno w realu nic, bośmy starzy i przywiędli, ale w słowach tym więcej, ostrzej i śmielej. Każdy drugiemu opowiada, co to z nim zrobi, gdy go dorwie. Lecą wszystkie śmiałe fantazmy. A w realu nie odważy się nawet na delikatny pocałunek.

 

Inny dowcip Gérarda (chyba smurny):

W domu starców para staruszków co dzień ogląda razem telewizję. Ona trzyma rękę na jego seksie. A tu jeden dzień, drugi a staruszek nie przychodzi. Okazało się, że ogląda telewizję z inną panią!

- Porzuciłeś mnie dla niej! Co ona ma takiego, czego ja bym nie miała?

- Parkinsona.

 

- Gérard umiera – powiedział mi Charles w Creuze. Normalne, bez żalu, stwierdzenie faktu. I Gérard pije, ze dwie butelki wina dziennie. (Charles też pije, jest przy jednej.)

Stary Pierre z Château Thierry był przy czterech kiedy umarł. Lecz też miał ten francuski charme i do końca otaczały go kobiety. Gérard mi go przypominał.

 

  Coś tam jeszcze było. Przed jednym z wejść z ogrodu wisiała na ścianie maska. Ładnie uśmiechnięta, te półokrągłe oczka, skad ja to znam? Co mi to przypomina? Ależ różowe kociatko z tego filmiku o gejach!  It’s OK to be gay – się nazywał na youtube, i posłużył mi za ilustrację jednego mojego tekstu o gejach na salonie24. Chyba sobie i tu go przekleję. W każdym razie link tu:  
http://www.youtube.com/watch?v=bsU_Y_PlsY0&NR=1

 

Zjebaliśmy kozę, zbranzlowaliśmy wielbłąda i ze śmiechem rozchodzimy się na nocleg. Już  późno, Charles gdzieś znikł (śpi w swojej kamionetce czy na drzewie, jak to w jego zwyczaju?) a mi nie wskazał pokoju. Niby ciepło, i mam ze sobą wszystko żeby spać nawet w lesie, ale.  W jednym z parterowych pokoi w ciągu było rozgrzebane łóżko – chyba Gérarda?  Wobec tego poszłam na pierwsze piętro i walnęłam się na kwadratowe łoże w jednym z otwartych pokoi. (Prysznic na wprost, kolejowe WC z z malezyjskimi tabliczkami obok, autentyk.)

- Zajęłaś miejsce szefa (tj pana domu).

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Barbizon

22 wrz

No dobrze. Wstałam rano na budzik. (Budzik zadziałał a komórka nie. Jak tam ustawić alarm? Już raz to odkryłam i znowu zapomniałam, liczę na przyjazd Durghima.) Na kompach się znam, nawet w mojej karierze je zawodowo naprawiałam, ale komórka to dla mnie czarna magia. (I nigdy nie czytam instrukcji!) Pogoda miła, słońce, kupiłam karnet biletów na dworcu (kiedyś wyprawa do Melun mnie kosztowała coś z 7) a tu się okazuje, że potrzebny tylko jeden. Staniało. Miejsce miałam najlepsze, w pierwszym rzędzie z prawej, widok panoramiczny jak w samochodzie, ale że to półtorej godziny, zdrzemnęłam się. Lubię spać w samochodzie. O 11-tej byliśmy w Melun, stolicy mojego departement (województwa) Seine-et-Marne (77). Wysiadam. Parę kroków dalej znajomy placyk i znajoma kawiarnia z tarasem, gdzie można palić. Siadam na kawie odpocząć po podróży.

Dwoni komórka. Charles.

- Gdzie jesteś? Dlaczego mnie nie obudziłaś?

- Też się zdrzemnęłam. Siedzę na tarasie tabaku na placyku skąd ruszają autobusy.

 - Zaraz podjadę.

Drugi telefon:

- Nie mogę znaleźć, czekam przed dworcem RER-u.

- To nie ruszaj się, to tuż obok, zaraz dojdę.

Dochodzę. (Okrężnie, źle mi wskazali. Prościej byłoby przejść pod tunelem.)  Tam pełno samochodów. Rozglądam się za kamionetką, a tu Charles na mnie trąbi z osobowego (na numerach miejscowych).

- Jedziemy do przyjaciół na obiad.  Dokupimy ryż po drodze.

- To wolę kantoński, dobrze? (Sypki biały basmati a w nim kolorowe różowe kwadraciki szynki, żółte skrawki jajecznicy, zielony groszek – słowem pyszności.)

Stajemy przy Chińczyku. Charles zamawia barquette na 4 osoby.

- Możesz zapłacić? Bo nie wziąłem pieniędzy…

Płacę. (12 euro.) Teraz kilkanaście kilometrów przez las Fontainebleau i jesteśmy w Barbizon –  miasteczku malarzy, słynnym ze swego światła i pejzaży. Tu malował Monet.

Charles wjeżdza w otwartą bramę pod starą katalpą, olbrzymie liście i półmetrowe strąki. Duża posiadłość, olbrzymie przestrzenie strzyżonego trawnika, drzewa owocowe na nim, leniwe perskie koty, trzy ozdobne kury.  Przy ogrodowym stole przy butelce wina siedzi siwy grubas z zadyszka, to Gérard. Siadamy. Stawiają dla nas kieliszki. Sąsiad (będzie jadł z nami) przynosi sery.  Na grillu przy domu smażą się kawałki kury.

Siadam w półcieniu z widokiem na dom. Płaski, długi, kilka wejść. Ciurka woda w kamiennym basenie z roślinami. Przed sobą po lewej mam orzech obrośnięty bluszczem. A ten bluszcz ma polakierowane na srebrno liście. Są takie lakiery samochodowe w sprayu. Ale co to ma być? Efekt dekoracyjny? Na wprost po prawej figowiec z twardymi zielonymi figami. Ale Charles znajduje parę fioletowych i miękkich i nam daje. Czyli niecałe 100 km na południe od Paryża już dojrzewają figi!  A niebo idealnie niebieskie, bez jednej chmurki. Było i trzecie drzewo za moimi plecami, chyba lipa.  Opadają jabłka z jabłoni na trawnikach. Później nazbierałam parę. I było pełno malin w warzywniku, i olbrzymie dynie. I leszczyna w rogu i Charles poprosił nazajutrz żeby nazbierać.

Ale na razie jesteśmy przy obiedzie. Gérard jest wspaniałym gawędziarzem.

- To dobrze, ja lubię słuchać.

Gérard jest malarzem, ale na życie zarabiał m.in. sprzedawaniem dźwigów. Opowiada długą anegdotę, przerywaną  różnymi dowcipami.

- Bo gdybym oparł się o stół (pokazuje) i autorytarnie trąbił „ja wiem lepiej” – to byłbym faszystą – mówi do mnie. – A tak podaję moje nauczanie z uśmiechem, z dowcipem, pokornie…

Otwieram usta z podziwu. Tak samo uczą nas lamy na Karma-Lingu, na wesoło, przerywając anegdotami. Czy to aluzja do mnie? Bo ja nieraz nadal bywam kłótliwa w dyskusji.  Oto mistrz. Zapamiętam.

Sąsiad z Charlesem toczą ożywioną rozmowę o papierkach. Sąsiad okazuje się fachowy, przemysłowiec. A Charles ma już 6 domków na drzewach, zatrudnia ludzi, był zmuszony założyć association. Nic z tego nie rozumiem, ale mowa o podatkach, uzyskaniu zgody conseil regional, komu dać w łapę a komu zasugerować wspólne zdjęcie w gazecie, czy wspólny wkład w rozwój okolicy, czego unikać. Także jak ma wyglądać projekt prac i bilans. Tego się nie obgada w godzinę. Spotkanie takiego fachowca jest okolicznością sprzyjającą, wobec tego Charles chętnie się  jeszcze zatrzyma. Pyta, czy nie mam nic przeciw. (Skądże, jestem zadowolona. Mam wakacje, mi też się nie spieszy.)

Ale na razie sprzątamy ze stołu, i wszyscy się zgadzają, że pora na sjestę. Wyciągam moją złotą kapę i zasypiam na trawniku, dyskretnie (wprost niewidzialna jestem) w cieniu za namiotem. Bo po lewej z tyłu był taki duży plażowy namiot czy wprost pawilon, a w nim długi mercedes 320, i jeszcze część go wystawało, i Gérard marudził, że mu psuje widok i coś z nim trzeba zrobić.  A jeszcze po drugiej stronie domu w otwartym garażu stała „la voiture de collection”, samochód chyba przedwojenny, model znany mi tylko ze starych filmów, w idealnym stanie,  który trzeba było czasem przejeżdżać.

I obok na trawniku, przy grzadce z nasturcjami, stała wyladowana „po uszy” kamionetka Charla.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dzień śliczny

19 wrz

Dzień śliczny, pogoda idealna, ja znowu jestem w formie. Porządkuję sprawy po wyjeździe. (Pralkę zrobiłam zaraz, tydzień temu. I znowu wszystko razem i żółty T-shirt wyszedł szaro-bury. Trochę szkoda, ale też do spodni pasuje.) Teraz telefonik, SMS-y od Charlesa i Alexy. Trzeba będzie tu i ówdzie wysłać kartkę czy mały liścik i serdeczności. A Charlesowi nawet paczkę!  Obiecałam mu swego crotala (grzechotnika) bo lubi a ja nie jestem do niego bardzo przywiązana, już się nim pobawiłam. Dołączę dwie inne zabawki. Bo się zgadało, że to jego wąż ulubiony. Czy to Charles jest wężem? I chciałby. Mam, ale. On myśli, że prawdziwy wypchany (jak wypchana kobra na puja-place Pushkara) a nie wspaniała 3-metrowa pluszowa zabawka, co zwisa z obu stron łóżka, z łaciatym grzbietem i beżowym brzuszkiem, z czerwonym filcowym rozdwojonym językiem z otwartego pyszczka. W ogonie ma nawet grzechotkę. Pluszowy grzechotnik dla dziecka! Dołączę dwie inne zabawki, co kupiłam ostatnio: dwie drewniane kostki-układanki łamigłówki. Jedną bardzo rozłączyć, bo części się blokują wzajemnie, a druga to wąż z klocków, krórego też trudno złożyć w sześcian. Przypomina snake’a z gier na kompie. (Na szczęście są opisy i obrazki na załączonej kartce.) Charles lubi drewno i lubi węże. Te blokujące się wzajemnie części może nawet podrobić i uruchomić produkcję taśmową. Zimą, gdy nie ma robót w lesie a więcej  siedzi się w domu. Lecz takie tam drobiażdżki dobre do zajęcia starego a nie młodych. Ech, drewniane miniaturki i zabawki, domki dla lalek z pełnym wyposażeniem – drewno i cały sprzęt na miejscu jest, sama kiedyś wysłałam w prezencie maleńkie pilniki, wiertła, kamienie do miniaturowej szlifierki.  A Charles chce dać pracę i innym w okolicy.  To dobre zajęcie dla niepełnosptrawnych czy starszych, co już siedzą na miejscu. Ma formację cieśli – więc te domki też byłyby majsterszykiem dokładności. Chyba mu o tym napiszę.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Durgh

19 wrz

Wieczorem rozmawiam na gg z Durghimem o ich przyjeździe.

- Chcę tytoń do zwijania! Dużo! Całe kilogramy! We Francji to strasznie zdrożało.

- A odkładasz po spaleniu każdego jego cenę, jak ci poleciłem?

- Chyba bym zbankrutowała!

- A zaprosisz nas na frytki z majonezem na St-Michel? (Tak nazywa się plac, od archanioła na fontannie. Kiedyś jednonogi Taffy (o kulach) zatknął na jego podniesiony palec pustą butelkę. Osiągnięcie trudne nawet dla pełnosprawnego.)

-LOL, to smakuje tylko jak jest się bardzo zmęczonym i głodnym.  (Ewka z Durghiem przebiegli wtedy cały Wersal. Ja odpoczywałam na trawniczku pod krzaczkiem, z widokiem na ogrody, fontanny i stawki.)

Cieszę się na ich przyjazd.  Sama, z lenistwa, nawet połowy tego co z nimi, bym nie zwiedziła.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Choruję

18 wrz

  Choruję. Coś mi nie tak po podróży: słabość, zmęczenie, nic mi się nie chce. I od razu depresja! (Ale jednak pewne przyjemności w życiu są.) Prezenty: przysłali mi zniżkę na transport (choć coraz rzadziej chce mi się ruszyć d.. do Paryża), robiąc zakupy znalazłam 5 euro pod nogami w pełnym Arabów centrum, przyjadą dzieci z Polski, Jacek z Ewką. Byli już w zeszłym roku i to była miła wizytka.  Durgh mi zaraz naprawił kompa, co tam w nim nie grało, rozwiązał koan Orlana, z którym 10 lat się męczyłam, a wieczorem czytał i komentował de Mello. W tej chwili też nie znam kodeków do Hair na płytce od Władka i coś tam nie gra z zapisem z komórki na kompa. Ja się męczę, a dla Jacka to pestka.

Ale naprawdę dwa dni byłam taka chora, że nawet nie otworzyłam komputera. Już niby trochę lepiej, inteligencja też wróciła, poznaję po tym, jak mi rośnie ranking na kurniku.  Ale dzisiaj! Siadam do komputera,  myślę, że znowu pora na zakupy (bo kończy się tytoń). Mam kupić  trzy rzeczy białe: cukier, proszek do prania i papier toaletowy, i jedną czarną, bo kończy się kawa. A tu jakaś arabska muzyka kilka okien dalej! Czyżby niedziela? Sprawdzam na kompie: tak, czyli cały tydzień chorowałam! Dochodzi południe, jedyny tabac w centrum handlowym zaraz zamkną… Ubrać się i biegiem? Coś jest w rezerwach, ale może być skąpo…  Dzwonię do Marty.

- Wróciłam, ale choruję. Poratuj tytoniem.

- Nie mam w domu, ale jadę na zakupy. Jaki chcesz?

- Orlando biały lub czerwony, wystarczy pakiecik.

Przyszli oboje z Rysiem. Dostałam dwa pakieciki tytoniu (za nie zwróciłam), słój domowego rosołu i pyszny placek z morelami.  Podałam kawę (Rysio aktualnie nie pije nawet piwa i nie pali, ma z Polski papieros elektroniczny).  Też miła przysługa sąsiedzka.

To może jeszcze przeżyję i świat się nie zawalił?

 - Gdzie w niedzielę dostałaś? (Bo ja ostatnio musiałam przepłacać za paczkę Marlboro dla klientów w jakiejś kawiarni.)

-  W niedzielę dostaniesz tylko u Chińczyka, przy marché rybnym w centrum miasta, po drugiej stronie Marny. Trzyma taki totalizator, lecz do 20-tej otwarty.

- No popatrz, już tyle lat tu mieszkam a nie wiedziałam…

Nie jest tak źle.  (I włosy obsmyczone przez tutejszą pomocnicę fryzjerki (zupełne beztalencie!) już trochę odrosły. Nigdy więcej! Mam swojego maître Jacquot w Paryżu, przepłacę, ale od niego wyjdę zadowolona. Frycowe zapłaciłam. )

To może nawet jeszcze coś napiszę?

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wróciłam.

14 wrz

Wróciłam. Taka padnięta, że dwa dni nie ruszałam się z domu (i z łóżka). Zagłodzona, odwodniona, niewyspana i spalona słońcem – czułam się jak po udarze słonecznym.

Szczęśliwa, że mam ten wygodny dach nad głową (z łazienką, własną i stale dostępną!), gdzie mogę odpocząć, nie widzieć nikogo i nie muszę nic robić.  Dopiero trzeciego dnia się wywlokłam z wózkiem i napełniłam przysmakami lodówkę. (Pierwsze dni odkarmiałam się ostrożnie: ryżem i jajecznicą.)

Ale w domu czekała na mnie przyjemność:  tuż przed wyjazdem odkryłam na necie rodzaj allegro: nazywa się PrimaMinister. Pomyślałam, że może tam znajdę parę ulubionych tytułów, co mi brakuje w mojej bibliotece. I były! Ceny groszowe. Na próbę zamówiłam Kima Kiplinga i Disha, a sama wystawiłam „Podręcznik Wojownika Światła” Coelho, pierwsze wydanie w idealnym stanie. I, po powrocie, dwie małe przesyłki w skrzynce były!

„Le businessman” Thomasa Disha – ileż lat mi tej książki brakowało? Kiedyś miałam, pożyczyłam, nie oddano…  A teraz, bycząc się w domu, przeczytałam pierwszy raz dokładnie i powoli, rozkoszując się każdym zdaniem, a drugi raz tylko ulubione fragmenty.

IMHO to napisał oświecony. I książka, dawno czytana, zostawiła ślad w mojej pamięci. Łazienka geja wymalowana we freski z Beardsleya – to dlatego chciałam ściągnięty z netu obrazek Toma of Finland mieć w łazience. U Thierry’ego nie przeszło (Thierrry był dyskretny) , u mnie powisiał póki się nie znudził. I do dziś na lodówce wiszą erotyczne plakaty z Marais (bo ładne a szkoda wyrzucić, choć raz zaskoczyły jakiegoś inkasenta).

Mam wrażenie, że J.K. Rowling też Disha czytała. Studiowała literaturę na Sorbonie, oczytana była. A Dish był słynny w tym czasie rozkwitu SF, dostał jakieś nagrody (za „Obóz koncentracyjny”, przypominam sobie, przewidział w nim epidemię AIDSa; jak Dick, u Dicka była to „gorączka marsjańska”). A duch uwięziony w łazience na końcu „Businessmana” to pierwowzór Jęczącej Mimi z Harry Pottera.  

 

Zamówię sobie jeszcze parę. Chcę jeszcze dwa Disha: ten „Obóz koncentracyjny” i „Na skrzydłach wiatru”, obie czytałam trochę dawno. A potem chcę z Christiany de Rochefort jej „Archaos” i ostatnią, to była cienka broszurka, pożyczyłam ją z biblioteki publicznej w Château-Thierry, dawno temu, gdy mieszkałam u starego Pierre’a a Joanna była tam bibliotekarką. To „bilans życia”, gdy jest już stara, w szpitalu, z amputowaną nogą, i opowiada, że najcenniejszym wspomnieniem było spotkanie się oczami z nieznajomym, ale natychmiast ich dusze się porozumiewały. Miłość pozostawała.

A ja teraz myślę, że i moje miłości, te natychmiastowe, wynikały z takiego porozumienia się oczami. A gdzie tego nie było – były tylko ziemskie sprawy i ziemska miłość.

Roger i Bill i Luk – kochałam ich. A zapomniałam o innych.

To to spojrzenie w oczy sprawiło, że dla Luka  Mimi opuściła dom i męża. (Same katastrofy po jego przejściu. Śmiałam się, że to po spotkaniu takiego kogoś jak on Pasolini napisał swoją Teoremę a Christopher Stork „Les derniers angels”. Nie, nie śmiałam się, sama kochałam i byłam zauroczona.  I wiele mi dała i nauczyła mnie ta miłość.)

 

Ale przecież – tego spojrzenia w oczy uczą na Zen i na NLP.  To co jest?  Pamiętam czarne kulki oczu paryskiego mistrza Zen. Jak te kamienie czarne czy barwy nieokreślonej, bo całe światło pochłaniają a nic się nie odbija. Tam ewentualnemu zakochaniu moja nieufność przeszkodziła. Bladoniebieskie spojrzenie Lamy Denysa zatrzymywało mi myślenie. Lecz też moja nieufność trzymała mnie na dystans. (Jego wejście do sali do medytacji mnie usypia natychmiast. Doceniam jego zasługi, lecz pozostaje jakieś ale. A biedna Mâmo Dekyi jest w nim na zawsze zakochana.)

Charles w domu Thierre’go podawał nam jointa i uczył długiego patrzenia sobie w oczy. Telepatia zaczynała nam działać i wspólna medytacja była wspaniała. W tym byłam zakochana.

Iza, niebieska ważka, też hasz paliła.  Raz tylko przechwyciłam jej błękitne spojrzenie skierowane dla Corinne. Natychmiast zrozumiałam ludzi, co się w niej kochają. Opis, co się z nimi działo jest w Harrym Potterze: Ron znalazł się w zasięgu oddziaływania Welany, gdy ta starała się oczarować innego.

Biedny lama Tséring. Dała mu dwoje dzieci, zanim go rzuciła dla innego. Odtąd lama Tséring ma złamane serce i nie zakocha się w nikim więcej.  

 

Zaczynam widzieć mechanizm.  I ja też, kocham tam, gdzie słowa niepotrzebne, można się porozumieć spojrzeniem.  Uśmiecham się z radością do Charlesa.

Lecz wiem też, że miłość czy zdolność do miłości jest we mnie, a drugi jest tym bodźcem z zewnątrz który pomoże mi ją ze mnie wyciągnąć. Owszem, niektórych kochać łatwiej. Jak  każdy trening, i miłość zaczyna się od łatwiejszych zadań.

 

Lecz co mi dał Karma-Ling ostatnio, gdy weszłam do sali do medytacji? Prowadzona była okropnie! Jakieś zawodzenie jojczące, lecz powtarzało się w tekście:

„… que je réalise

rapidement le grand Tchenrezi

et passe dans sa réalisation

tous les êtres sans une exception”…

Przecież ja to recytowałam już 10 lat temu, a zrozumiałam dopiero teraz!

„Grand Tchenrezi” to współczucie buddyjskie, odpowiednik chrześcijańskiej miłości bliźniego.  Ją zrealizować to ją odczuwać i działać z nią zgodnie. A dotyczyć ma wszystkich, bez wyjątku.

Chwała Lamie Denysowi, to on przetłumaczył z tybetańskiego stare teksty na francuski. Chwała J.-P. Schetzlerowi, fundatorowi miejsca, i wielkiemu Kalu, który był jego pierwszym Lamą.

 

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Charles zadzwonił

02 wrz

 Charles zadzwonił. O 22-giej.

- Nadal chcesz pojechać na kilka dni do mnie? To bądź jutro w Melun o 11-tej.

Uff…

Prędko się pakuję. Parę użytecznych prezentów. Naładować komórkę. Sprawdzam połączenia na kompie: świetne! Bezpośredni autobus będzie na miejscu o 11-tej.

Czuję się dziwnie….  

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Moje największe marzenie.

30 sie

(He, znowu je mam!)

 

Właściwie moim największym marzeniem jest pozostać w kontakcie z Charlem i napisać książkę o nim.

Już napisałam jedną, nazywała się „W domu Thierry’ego”. Obrazki z miesiąca mojego tam pobytu, nasze gry i rozmowy.  Były dwa czy trzy egzemplarze (całość jest do dziś na moim komputerze). Thierry i Charles dostali po jednym. Odbitkę, pamiętam, wysłałam do Karma Migyur-Ling do Schnetzlera (ich oświecony założyciel, mistrz Zenu i dyrektor administracyjny)  i był bardzo zainteresowany. Chciał nas poznać, zapraszał, ale w międzyczasie między Charlesem a Thierrym się rozleciało, a ja, zrozpaczona, wpadłam w wirtuel i zaszyłam się  tutaj.  A na zewnątrz życie nadal się toczyło. (Schnetzler zmarł.) 

Dziś jesteśmy o 10 lat starsi i mądrzejsi.

Była zbyt intymna na publikację. Wszystko tam było prawdziwe tzn imiona, bo nie używałam nazwisk.  A więc…  Philippe przeczytał także, i czuł się urażony, że przyrównałam go do psa. Chwaliłam jego psią wierność i oddanie, ale Philippe ne był oświecony. Zrozumiał tylko to.

A jego przygoda w burdelu także była głupia. Tzn nie burdel ale klub prywatny, gdzie się wymieniano żonami, ale otwarty także dla samotnych (a nawet dla pań bezpłatnie).

Ewentualnie mogę usunąć ten fragment, ale nie lubię cenzury. Lub zmienić imiona.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Co jeszcze.

30 sie

Charles mówił dużo o radości życia, o tej energii, co czuje każdego poranka. Pytał, czy też czuję te fale energii i zapowiadane zmiany.

I że nasz  świat miast może załamać się w tydzień. Wystarczy uciąć elektryczność czy wodę.  Wtedy jego ośrodek powinien być samowystarczalny i gotowy.  Także chce w Hiszpanii zamówić zapas sardynek w oliwie. (Źeby mieć zapasy w razie czego, żeby przetrwać jak najdłużej. )

Oni są młodzi i mają życie przed sobą. Ja odchodzę.

Nadejdą nowi bogowie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Czarna strona mocy.

30 sie

- Pobiłem (czy zabiłem?) dziewczynę. Bo kłamała wszystkim, toksykomanka! Ciosami karate. Prosiłem, by czarna moc ziemi weszła we mnie i tak się stało. Wstydziłem się tego bardzo. Potem wyjechałem na pół roku do Brazylii, schudłem 6 kilo. Słyszałaś o ayahyasce? Bardzo ciężkie i mocne.

Ale, gdy spałem u niej, mi się przyśniło, że ma siostrę starszą i jednocześnie młodszą od niej. Sama nie wiedziała (jej matka wyjaśniła), że zmarło dziecko, jej starsza siostra. To dlatego rodzice nie mogąc zapomnieć tamtej nie zaakceptowali obecnej. I dziewczyna wpadła w narkomanię.

(Uff… takie historie przez pokolenia się ciągną i w końcu rodzina się rozpadnie. Słyszałam, że jest metoda, „ustawienia Hellingera”, gdzie można czasem zreperować wyspy przemilczeń i przysypania zapomnieniem traumatyzmów w rodzinie. Bo gdy za dużo spraw, o których się nie mówi,  komunikacja pada, i mimo że w rodzinie, każdy żyje osobno, związany jeszcze tylko ekonomią. Taka rodzina jest już martwa, rozleci się przy dmuchnięciu. Trzeba mówić o swoich emocjach. Dziecko, urodzone w takiej martwej rodzinie nie zostanie nauczone mówienia. O rzeczach materialnych tak, o emocjach już nie.

Ale z kim mówić, gdy rodzina niepełna a dzieci jeszcze za młode? I tak to się z pokolenia na pokolenie ciągnie i z rodzinami jest coraz gorzej.

Ale że też nadwrażliwy Charles znalazł co nie gra przez jeden sen.  Uśmiecham się dumna z mego synka.)

- Ja jestem także chrześcijanką.  My podczas chrztu wyrzekamy się mocy zła. A ty prosiłeś, by w ciebie wstąpiła?

- Jestem zwierzęciem, wężem i szamanem.

Patrzę z uśmiechem w oczy Charla. Źywioł i energia.

Pokazuje mi zdjęcie balustrady na pergoli czy dekoracji w domu. Prezent znajomego kowala(?) mistrza compagnons (to nie masoni!) w sztuce kształtowania żelaza. Charles to widział w wizji a potem wykonano według jego rysunku. 

- A niektóry mi mówią: „Łe, to symbol apteki.”

Uśmiecham się. Charles niewiele liznął europejskiej kultury z książek.

- Kaduceusz? Dwa splecione węże? Ale to stary symbol, w Grecji lekarza-boga Asklepiosa. Racja, dziś tym syblolem zaznaczają apteki. Ale w Indiach te dwa splecione węże mówiły jak się Ida i Pingala wznosi w ludzkim ciele. Czy mogę zobaczyć? Ile tu węży?

- Cztery. Dwa przeplecione i dwa po bokach, z profilu.

Ja na rysunku widzę ludzkie plecy. Boczne węże dają zarys sylwetki i pośladki. Te przeplecione na środku dają niby zarys czakramów, ale jest ich dużo więcej niż wymienia joga. Krzyżówka prawie co dwa kręgi.

 

Jeszcze coś było. Agresja.

Gdy siedzieliśmy we wnęce pod rajskimi jabłoniami i oglądałam zdjęcia, dwie ławki dalej od nas siedział Murzynek z białą dziewczyną.  Nagle Charles się zerwał:

- Hej! Czy można ciszej?  Jak mówisz za głośno, to i ja muszę głos podnosić!

Murzynek się jąkał przerażony. (Mi nie przeszkadzało, ja ich prawie nie zauważyłam. A tu agresja Charla jak żywioł na niego spadła.  Uważam, że przesadnie. I upokorzył chłopca przy dziewczynie, to podwójnie boli. )

Przez taką agresję Charles może narobić sobie kłopotów.

 

Ja jestem starszą panią. Mnie nikt się nie boi. Jak raz sąsiad-Pakistańczyk puścił przez otwarte okno swoją muzykę za głośno, zapukałam przepraszając i tłumacząc, że bardzo lubię muzykę hinduską; ale może wyjątkowo dzisiaj trochę ciszej…   I od tego czasu tak wycisza, że by ją usłyszeć, muszę wychylić się przez okno.

A gdy od Murzyna w końcu korytarza wychodzili nocą hałaśliwi koledzy i nieraz kończyli dyskusję jeszcze na korytarzu, otwierałam drzwi i prosiłam:

- Panowie, wrzeszcie ciszej…

Chodziło, żeby rozśmieszyć. Bo agresywna reakcja powoduje eskalację agresji, co kończy się bójką i wojną.  Konfliktowa Marie-Christine została raz pobita, gdy Murzynce zasugerowała powrót na drzewo do dżungli. A Jaś mi z podziwem opowiadał jak staruszka (ale z jaką klasą!) piętro pod nim, poprosiła by po mieszkaniu chodził w pantoflach i nie przesuwał mebli.  

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Charles w Paryżu

30 sie

Charles w Paryżu. Spotkałam go w niedzielę. Czekał na mnie na Gare de l’Est, z kolegą, którego chciał mi przedstawić. (Przedtem spytał telefonicznie, czy może. Odparłam, że z przyjemnością.) Kolega łysy olbrzym z błękitnymi oczami dziecka.

-Czy jesteś głodna? (Sam Charles wcinał sandwicz.)

-Tak! (Wyskoczyłam z domu bez śniadania.)

- Tu są sandwicze. Ten z mozarellą jest dobry.

- (Ok, ale 4,60.) Na stojąco? A gdzie się napić?

.Przysiedliśmy w najbliższej kafejce, wszyscy palimy skręty i Charles poprosił, by Roman opowiedział mi swoją bajkę.  Roman po chwili wrócił z czarnym plastikowym skoroszytem. Album. Wewnątrz pod plastikiem białe karty z kolorowymi zdjęciami. Rzeźby w owocach, kompozycje jak kwiatowe, sztuka bardzo ulotna. Co to jest? Ale kolorowe i ładne. Jest coś jeszcze od końca?  To inna historia, to Romana bajka. Rzeźby na pomarańczowej dyni, jako ilustracje. Roman mi opowiada.

Był sobie w lesie ślimaczek. Raz, gdy poszedł się napić, poczuł ulotny cień przy sobie. To był czarodziej. Czarodziej dotknął go swoją bagietką. I spójrz, jaka skorupka ślimaczka zrobiła się piękna (następne zdjęcie)! Ślimaczek pomyślał, że ma w sobie kawałek świeczki, i gdyby ją zapalił, by jaśniał od środka. Czy to było następne dotknięcie bagietki? A w międzyczasie było pytanie jak  z Zenu „Kim jesteś?”, o co Romana zapytywał „jego mistrz reiki”. Miało być trzecie dotknięcie, gdzie chodziło o moc kochania wszystkich, ale miało być absolutne wybaczenie… 

Podoba mi się bajka, głośno chwalę. (Nareszcie skończyłam mój sandwicz. Przedtem, z zajętymi ustami, nie mówiliśmy wiele, tylko nasze oczy z radością się spotykały. )

- Ja dostałam nauki buddyjskie. Tam mówią o prawie karmy.

- Przyczynowości?

- Tak. Gdy je zrozumiesz lepiej, zobaczysz, że nie było nic innym do wybaczania. Gdyż wszystko, co mnie spotyka, to moja własna karma.

Charles jest zadowolony z mojej odpowiedzi.

Zmieniamy lokal. Wiatr jest nieco chłodny (wyciągam jogging z torby) i obsługa jest nieco przestraszona uczesaniem Charla. (Dredy zwinięte w kok sziwaistów wysoko na głowie. Czasem opadają i Charles musi je poprawiać.)

Schodzimy nieco w dół od Gare de l’Est. Wręczam dyskretnie prezent. W maleńkiej plastikowej torebce najlepszy hasz marokański, co dostałam od Jacka. Chłopcy po drugiej stronie wypatrzyli następną kawiarnię. Kilka stolików wystawionych na ulicę (bo palimy) jest osłonięte od wiatru brezentowymi bokami. Siadamy w rogu. ja w joggingu ale Romanowi nadal zimno. Mam w torbie malą torebkę z ortalionowym wdziankiem, z kapturem, osłoni od deszczu i wiatru. Trochę małe, lecz Roman wciska się i dziękuje.

O czym rozmawialiśmy? Chyba nawet niewiele, wszystko jasne, myślimy tak samo, nasze oczy bez przerwy z radością się spotykają. Lecz w pewnej chwili Roman zapytuje:

- Oboje jesteście oświeceni?

Parsknęłam śmiechem i udałam, że nie rozumiem.

Pytam o ślub, czy się udał. (To powód Charla przyjazdu do Paryża. „Mój brat się żeni’ – powiedział.) Tym razem to tylko najlepszy przyjaciel, jak brat. Oglądam parę zdjęć na aparaciku. Przy pannie młodej w długich białych koronkach pan młody w beżowym garniturze, ale ciemny jak Kreol. Mieszanka kultur i ras.

Okazało się, że Roman ma tu zaparkowany samochód.

- Dokąd chcecie jechać?

- Chciałabym na Sourcouff. Skoro jestem w Paryżu, to sobie kupię tam jeden drobiazg.

(Sourcouff to nie sklep, ale wprost wewnętrzne miasteczko informatyki, ma nawet wewnętrzne ulice. A moja stara drukarka, której nie wyrzuciłam gdy zmieniałam kompa, (bo po co, skoro działa idealnie?) robi się modelem przestarzałym i już trudno znaleźć  kartusze do niej.)

Piękna jazda przez ogromny i wyludniony w niedzielne popłudnie Paryż.

Jesteśmy. Ale dlaczego nie ma tłoku i ludzi? Zamknięte?

- 10 lat temu w niedzielę tu było otwarte!  

No trudno.  Roman się żegna z nami i odjeżdża, a my? Jesteśmy w XII-tym Paryżu, za Gare de Lyon, nic ciekawego, wysokie budynki i nawet żadnego sklepu, pusto…

Charles zna te strony. Prowadzi do szerokich schodów, kilka pięter w górę – i znajduję się w parku?  Na leśnej drodze? Zupełna zmiana dekoracji.  Nie znam tych miejsc?

- Zrobiono ciąg spacerowy. Od Bastylii do Porte Dorée.

Idziemy oglądając kwiaty i rośliny. Przysiadamy na ławce w jednej z wnęk, gdzie ze 20 rajskich jabłoni już sypie pod nogi małymi owocami.  Charles skręca jointa, opowiada o swoich osiągnięciach i planach.

Charles, po rozstaniu się z Thierrym 10 lat temu (to wtedy miesiąc wśród nich spędziłam) kupił szczyt góry, z lasem, skałami i strumieniem.  Tam zaczął budować swój dom podniebny, na drzewach.  Raz tam przyjechałam, był już solidny podest na wysokości drugiego piętra.  Teraz Charles mi pokazuje zdjęcia.  Dom już dwupiętrowy, i luksusowy, są pokoje gościnne, w sumie takich domów na drzewach jest już sześć. Tu są prysznice! Mam ujęcie wody, ekologiczne. Kupuję także generator 2 kW w Wietnamie, żeby mieć 220 V (na razie elektrycznoćć jest na 12V.) Jest pełno ołtarzy! Teren w pobliżu wykarczowałem i wytarasowałem, powstaje wprost prywatny ogród botaniczny. Pergole z naturalnych wygiętych korzeni, na nich pnącza.  Mam kiwi (czy w tym klinacie nie wymarznie? W Creuze bywa i – 20°C). W słońcu  bakłażany i courgettes. Mam rośliny lecznicze: nasz arcydzięgiel (nasza ukochana magiczna roślina) i amerykańską menardę (dziką miętę z przedziwnymi kwiatami).  Już ludzie przybyli i pracują ze mną, przyjaciele dają mi coup de main.

Miałem problemy z merostwem i komuną.  Mieszkać na drzewie jest zabronione. Musiałem założyc asocjację i sam zatrudnić siebie.  Będę wynajmował, dam pracę ludziom w okolicy, powinni uwzględnić.

Pogodziłem się z ojcem. Sprzedaje dom na Val de Grace (chińska ciotka Charlesa wróciła do Nowej Zelandii) i da mi zaraz część spadku (odliczając od całości) , a także zainwestuje dużo w moje przedsiębiorstwo.

Niestety, z przyjaciółmi w sąsiedztwie nienajlepiej. (Bo spytałam o nich.) Dmitrij wyciął i spalił moje dęby!  A Alex zaręczył za kogoś, kto mu zorganizował tournée z perkusjami na południu Francji, ale kto mi ukradł maczete z Nowej Zelandii, cenną pamiątkę. I na mnie ruszył z siekierą i zranił mnie w kolano! A Alex wziął jego stronę!

Jestem przerażona. (Nie wiedziałeś od razu, że bandyta? Jak twoje kolano?)

Także okoliczna młodzież męska odgraża się i ma ze mną na pieńku.  Tańczyłem z jedną dziewczyną, która była czyjaś.  Dla wszystkich dziewczyn jestem sex-symbolem.

Parskam śmiechem. Racja.  Luka też wszyscy kochali, wrażliwi na jego energie. Wystarczy, że taki spojrzy w oczy ze swoją miłością do wszystkich.

- To olbrzymia robota, czego w te dziesięć lat dokonałeś. 

- Prawda? A jedną zimę spędziłem pod plandeką, gdy było – 18°C.

- Miałeś ogień.

- Chciałabym to zobaczyć. Kiedy wracasz?

- Za kilka dni. Mam kamion na Cité Universitaire.  Wezmę z Val de Grace trochę mebli.

- Zadzwoń do mnie, pojadę z tobą.

- Ale na miejscu będę bardziej zajęty.

- Wiem, ale mi nie potrzeba stałego niańczenia. Obejrzę samotnie.

- Dobrze.

Idziemy dalej. Słoneczny park z rabatami zmienia się zacienioną leśną ścieżkę, betonowe śsiany po obu stronach pokryte dzikim winem. Teraz tunel, ze wspaniałym widokiem u wylotu. Oglądamy rośliny.

- To malutkie dzikie fiołki parmeńskie, pewnie w ziemi im za zimno i za ubogo.

- A co to tutaj? To rzadkie, ta roślina rośnie tylko w wulkanach Owernii.

- Nie znam jej.  Jaki liść dziwny. Gwiazda dziesięciokrotna.

Zrywam jeden i zasuszam w notesie.

A co to za spirale obok? I liść dekoracyjny trochę jak u begonii? Też nie znam.

- Ja znam. Pokażę ci to w kwiaciarni.

 

Park się skończył. Znowu przysiadamy na jakimś tarasie. Rozmawiamy, patrzymy w oczy. Charles zamawia wino. (Potrzebuję co dzień, stałem się alkoholikiem.) 

- A jak twój węch i smak? Odzyskałeś?

Bo Charles z 10 lat temu zleciał z konia na beton. Opowiadał, że umierał. Pęknięcie czaszki, miesiąc w coma (i wszystko pamiętam, co tam widziałem! Matka Boska do mnie mówiła!), wyszedł ciężko poszkodowany: wstrząs mózgu, braki w pamięci słów, utrata węchu i smaku, niedowład połowy ciała. Ale z pomocą chińskiej ciotki i jej akupunkturzystów wyszedł z tego bardzo szybko. Spotkałam do wtedy w Paryżu. Głowa, ogolona do operacji (straciłem swoje dredy!), dopiero odrastała centymetrowym jeżykiem, blizny były widoczne, lecz już zanikały, blade i stare. Goiło się na nim jak na psie.

-Jak?

-Przyjemności i seks.  To dwa zmysły więcej do cieszenia się światem. Bez tego jesteś jak martwy. Ach, czuć znowu zapach kobiety!

Teraz Charles mi opowiada, jak dr Kohn (?) go leczył, akupunkturą. To było bardzo bolesne. Uruchamiał i podczepiał na nowo każdy mięsień. Pozostał niedowład 15% lewej ręki, nie mogłem jej podnieść pionowo w górę. I nagle, a stało się to u mojej dziewczyny, moje ciało zaczęło parować, wydzielała się z niego „sucha para” (jeszcze na drugi dzień mogłem ją widzieć pod światło) a ja wzniosłem ręce w górę i krzyknąłem z radości.

(Tutaj dużo opisu zapomniałam? nie dosłyszałam? (Ominęło mnie, bo patrzyliśmy sobie w oczy jednocześnie?  Charlesa są teraz bardziej  mętne, uee… ) Poproszę o powtórzenie. To przecież moje powołanie: pisać o Charlu, być jego kronikarzem.

- Czy przedtem używałeś haszu albo seksu?

Haszu nie, ale był seks. To był mój pierwszy raz od ponad roku po wypadku…

- To szczegóły uboczne, ale seks, haszysz i medytacja sprzyjają wzniesieniu się Kundalini. Tak w Indiach nazywa się ta świadoma energia, boska. A słowo „wadżra”, piorun, też ją oznacza.

Zapadła noc. Charles jest głodny. Lecz gdzie tu coś w niedzielę wieczorem z dala od dzielnic dla turystów? Nie bardzo chcę w japońskim (bo nie znam, a słyszałam, że tam serwują surowe ryby). Ale po zwiedzeniu paru innych (pizzerie, McDonaldy, jedno bistro) zasiadamy u Japończyka.

- Powinnam od razu zdać się na twój wybór.

Charles ze znawstwem dyskutuje z kelnerem o maki i różowym imbirze. Ja pokazuję na obrazek: dwa szaszłyki z łososia i dwa z tuńczyka, zupa, ryż, sałata. Ceny też przystępne. I pełna dekoracja! Dostajemy jednorazowy papierowy (jak z atłasu) obrusik, dwie butelki z sosami i jedną z jakimś proszkiem.  Zupa też smaczna, choć miseczki dobre na przyjęcie dla lalek a nie dla człowieka. I w naszej zupie coś jest, a nie tylko biaława woda ze strzępkami alg i trzema kosteczkami tofu, naprawdę mniejszymi niż kostki do gry!

Pięknie na białym obrusie wygląda wino w kieliszku Charlesa. Ja do swojej wody też dolewam kilka kropli. (Mam l’eau rosée – tak się to nazywa po francusku.)

Teraz Charles dostaje swoje maki a ja sałatę. W jeszcze mniejszej miseczce coś na bazie łagodnie kiszonej kapusty, ale smaczne. Tylko jak jeść? Charles prosi o widelec dla mnie, a sam wyciąga bagietki, sprawdza palcem i mówi, że te nacięte by uniknąć poślizgu brzegi to specjalnie dla turystów.  (Oryginalne są gładkie.)

Charles grymasi ze swym maki. Dostał z ogórkiem, a chciał z avocado. Maki to osobne kupki ryżu, jak cięte z wałka, na jeden kęs, z czymś kolorowym w środku. Charles w osobnej miseczce  rozrabia sosy, bierze pałeczkami, macza i zajada.

Te pałeczki, myślę, to specjalnie, żeby dłużej się jadło, bo przecież  głodnemu psu starczy to wszystko na jedno chapnięcie pyskiem.  

Ryż pyszny. (Choć nieco zlepiony a nie tak jak u Chińczyków sypki.) Moje szaszłyki też estetyczne: ciemny tuńczyk i jaśniejszy łosoś. Płaskie, prostokątne, a mniejsze niż lody, jakie dzieci liżą na patyczkach.

Charles jest jeszcze głodny. Wzywa kelnera i pyta, czy może jeszcze dostać maki, ale żeby były z avocado.  A szef już wyszedł, jesteśmy ostatnimi klientami, obsługa też chce do domu… 

Dostaje jeszcze sześć, zrobionych artystycznie, w środku wałeczka ryżu jest nadzienie koloru kości słoniowej przechodzącej w zieleń.

Gdy je kończy, obsługa błyskawicznie wnosi pozostałe stoliki do wnętrza. Dostajemy jeszcze tackę z dwoma małymi zanurzonymi w ciepłej wodzie ręczniczkami.

Full service! Ale do jedzenia jeszcze mniej niż u Chińczyka.

 

Moje początki w Paryżu, spacery z Billem. Zawsze byłam głodna. (Czy to nie umiałam o siebie zadbać, czy jakaś reakcja psychologiczna na bezdomność? Bo od czasu jak mam mieszkanie na własne nazwisko, głód się skończył, a nawet straciłam „apetyt na życie”. )

W każdym razie pamiętam, że po jedzeniu u Araba można było jeszcze na drugi dzień trawić i pościć.  Na St. Michel w knajpkach dla turystów kus-kus królewski wystarczyłby dla dwóch głodnych mężczyzn. A za Centre Pompidou był bar arabski, gdzie podawali zupełnie domową zupę z wołową wkładką. Za to gdy raz zaszliśmy do Chińczyka na lakierowaną kaczkę, to wyszłam tak samo głodna jak przyszłam.  Choć dziś kura z ananasem na ryżu kantońskim mi wystarcza.

Ale u Japończyków dają jeszcze mniej, jeszcze oszczędniej. Tylko smak, kolor i dekoracja. Coraz bardziej symbolicznie.

 

Późno. Pora się rozstać. Dziwne: byliśmy „tym samym” a teraz osobno?  Choć Charles mówi, że nieważne, gdzie jesteśmy fizycznie.  Metro. Gdzie jesteśmy? Aż tak daleko od centrum? Przeszłam pieszo, a nawet nie zauważyłam. Trochę podjedziemy razem, a potem przesiadka w odwrotne kierunki. 

Na schodach metra Charles mnie chwyta w ramiona, podnosi w górę, obraca w koło, całuje.

- Jaki ty jesteś silny! Dziękuję!

Potem czułe pożegnanie z miłością. Całował moje ręce.

Ale gdy o północy dotarłam do domu, to aż drżałam ze zmęczenia. 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zmarł Andrzej Urbanowicz

22 sie

Umarł dziś (22/8/2011) w Szklarskiej Porębie. Już są pierwsze nekrologi (gazeta.pl).

 

Dobra, umarł to umarł, każdemu kiedyś przyjdzie pora. Już niedomagał, płuca mu wysiadały. Lecz nadal pił i palił i się nie poddawał.

Gazeta podaje, że miał 73 lata.  Czyli to trzy lata temu, w 2008, obchodził 70-lecie i był wspaniały jubileusz.   Wywiady, film, telewizja, ponad setka osób przewinęła się  w ciągu weekendu przez pracownię.  Filmowcy, piękne dziewczyny, modelki i artystki. Znajomi z młodości. Niektórzy w międzyczasie zostali już profesorami.  Była duża pracownia, piętro niżej mieszkanie, a jeszcze na płaskim dachu młodzież urządziła sobie koczowisko.  W sali dużej jak aula awangardowy zespół dawał prywatny koncert.   Towarzysze z młodości, co razem zakładali pierwszy Zen w Polce, wymieniali wspomnienia i oglądali slajdy.   Część gości przyjechała ze śpiworami i spało się gdzie popadnie. Poczęstunek był zapewniony przez wegetariańską restaurację  trzeciej (?) żony.  A grubo po północy aktualna żona, brunetka, w wieku blondynki córeczki, roznegliżowane odtańczyły dziki taniec.  Towarzyszyła im jeszcze ruda diabliczka.  Doceniłam.

Nie każdemu dane mieć takie 70-te urodziny.

I ja tam byłam, whisky piłam i marihuanę paliłam.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nie ulegajmy panice

22 sie

Jean-Jacques Crèvecoeur 

To czytałam już w maju 2011, podaję z opóźnieniem.  Przeraziło mnie to.

(Za www.cartoradiations.fr  ,   
http://jean-jacques-crevecoeur.com
 , 
http://www.next-up.org/pdf/Fukushima_Ne_cedons_pas_a_la_panique_Jean_Jacques_Crevecoeur.pdf
 -wiel stronek zamieściło ten tekst ) 

Obiecałem wam informację w sprawie Fukushimy. Jestem zapracowany i jeszcze nie miałem czasu zestawić wszystkich otrzymanych informacji. Spędziłem dziesiątki godzin czytając sprawozdania niezależnycvh dziennikarzy, słuchając wywiadów z ekspertami w znanych mi językach.

Pokrótce: oto co zrozumiałem na temat sytuacji którą przeżywamy od 11 marca:

W mediach panuje taki sam poziom dezinformacji, jak podczas grypy H1N1, lecz na odwrót.

W 2009 media prowadziły kampanię propagandy strachu przez 9 miesięcy co do zagrożenia, które nie istniało i nigdy nie miało zaistnieć. 

Cel: skierować jak najwięcej osób na szczepienia przy pomocy trucizny która dała tysiące ofiar, a o których nigdy nie usłyszeliśmy. W 2011 główne media prowadzą kampanię zaciemnienia (black out) w sprawie zagrożenia, które tym razem jest jak najbardziej realne. 

 

Cel oficjalny: nie siać paniki… Prawdopodobny cel: chronić interesy przemysłu atomowego ? Niezależny amerykański ekspert nuklearny ( podkreślmy) mówił w ostatnim tygodniu, że mamy przed sobą siedem problemów, które się same nie rozwiążą: Trzy stopione rdzenie reaktorów i cztery baseny, które ciekną. Dziż nie ma żadnego znanego rozwiązania, które pozwoliłoby zatrzymać skażenie radioaktywne i napromieniowanie. Przz lanie wody na centralź likwidatorzy tylko opóźniają moment wybuchu. Gdyż reakcji łańcuchowych nie sposób zatrzymać - w tej chwili są opóźnione przez tysiące ton wody wylanej i wyrzuconej w morze? Inaczej mówiąc, Japonia jest już na tysiące lat stracona?

 

Atmosfera jest stale skażana już od siedmiu tygodni i to nie ustanie. Przeciwnie, niż to stało się w Czernobylu, tu skażenie powietrza jest ciągłe. Wiatry rozniosą radioaktywne cząsteczki (jodu, cezu, plutonu i nie wiem, co jeszcze) po całej planecie. Mówiąc jasno, czy chodzi o Amerykę północną czy Europę, deszcze już są radioaktywne. Co znaczy, że gdy pada, wszystko w waszym rejonie jest skażone: ziemia, rośliny, zwierzęta i ludzie. Co rządy i ministerstwa powinny wam powiedzieć, to żeby w czasie deszczu nie wychodzić. A jeśli koniecznie musicie wyjść, chrońcue się pod szerokim parasolem.

W Ameryce Północnej, także w Quebecku, produkty mleczne i woda z kranu są skażone już od kilku tygodni. Nie mam informacji dotyczących Europy, ale sytuacja powinna być ta sama, bo skażenie ziemi zostało potwierdzone.

Wody Pacyfiku zostały skażone przez tysiące ton wody, którą każdego dnia polewają reaktory centrali. Co znaczy, że stopniowo cały morski łańcuch pokarmowy zostanie skażony i nieprzydatny do spożycia. Za dwa lub trzy lata woda we wszystkich oceanach Planety zostanie skażona.

- A więc co robić – zapytacie.

- w krótkim czasie możemy zwracać uwagę na pochodzenie naszego pożywienia, nie wystawiać się na deszcz i nie urawić w tym roku ogródków. Możemy także sprawić sobie jodek potasu czy inne naturalne produkry homeopatyczne by pomóc naszemu ciału zmierzyć się ze skażeniem. A zwłaszcza wznieść nasze energie najwyżej jak to możliwe. Są dowody, że organizm bez stressu i z wysokim poziomem energii może nie byń dotkniętym przez promieniotwórczość. Dlatego zwiększę ilość konferencji i atelier na internecie, by nauczyć was panować jak najlepiej nad waszymi obawami i waszą energią życiową.

W dłuższym terminie: nie wiem. Jeśli sytuacja się pogorszy, czego się obawiają i co przewidują wszyscy niezależni eksperci, zostaniemy skonfrontowani z dwoma do czterech latami skażenia całej planety. oczywiście, eksperci opłacani przez przemysł, któty nie chce zginąć, powiedzą nam, że sytuacja jest pod kontrolą. Przypomnijcie sobie: to samo twierdzili już 25 lat temu w czasie Czernobyla. Tak samo przemawiali w pierwszych dniach katastrofy: że wszystko było niby  pod kontrolą.  W takim wypadku bądziemy mogli tylko mieć nadzieję, że nasze organizmy potrafią przystosować się do zwiększonego poziomu promieniotwórczości. Być może powstanie się nowa mutacja ludzkości. Lub jej zniknięcie – czyste i szybkie.

 

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nie, nie liczcie na mnie.

20 sie

JJC

(za
http://radio-blue.blogspot.com/p/fukushima.html
)

 

Jean-Jacques Crèvecoeur

 

Nie, nie liczcie na mnie.

Nie liczcie na mnie, jak liczyliście jesienią 2009, gdy walczyłem przeciw obowiązkowym powszechnym szczepieniom przeciw grypie H1N1.

Nie liczcie na mnie, by wieść walkę przeciwko energii nuklearnej po katastrofalnych wydarzeniach, co zaszły w Fukushima Daiishi.

 

Dlaczego?  Bo walka, którą wiodłem prawie dwa lata temu, drogo mnie kosztowała. Bardzo drogo, jeśli liczyć czas, energię, pieniądze, reputację.  Bardzo drogo psychologicznie, emocjonalnie i duchowo.

Wiedziałem intelektualnie, że jeśli się walczy PRZECIW temu, co nam wydaje się złe, upodobniamy się do zła, które się zwalcza. Wiedziałem to intelektem, lecz nie odczułem tego w ciele.

 

Z oddali tych 18-tu miesięcy zrozumiałem, że jedna strona mojej działalności okazała się użyteczna setkom tysięcy ludzi, którzy pod wpływem otrzymanej informacji podjęli decyzję by nie skorzystać z niebezpiecznej i czasem aż śmiertelnej szczepionki. Moja (i innych bojowników) akcja przydała się, by rządy wycofały się z projektu obowiązkowych szczepień.  (Dostałem poufną informację ze strony wojska, że oczekują rozkazów, by przeprowadzać operacje szczepienia siłą – na szczęście takie rozkazy nigdy nie nadeszły, z obawy przed wojną domową w kraju.)

Z drugiej strony, inna strona mojej akcji ( ta, gdzie moje emocje rozkazywały moim przesłaniom)  karmiła to, co chciałem pokonać. I tego prędko nie zapomnę, tej twardej szkoły życia, która mi przypadła.

 

Niemniej:

 

Ponownie jestem zaskoczony, że przemysł i rządy potwierdzają ich święty sojusz z szerokozakresowymi mediami by chronić swe interesy, nie licząc się z naszym życiem, zdrowiem i naszą integralnością fizyczną. 

Powtarzam: nie miałem zamiaru toczyć wojny z kimkolwiek.  Nie zamierzałem w niej spędzać czasu. Wystarczy mi postawić kilka pytań , przekazać wam kilka informujących odnośników (by sprawdzić treść moich pytań) i zostawić wam samym wyciągnięcie wniosków.

 

Oto pytania, które sobie (i wam) stawiam:

- Dlaczego media po 10 dniach przestały nas informować o katastrofie nuklearnej w Fukushima, podczas gdy sytuacja  tam stale się pogarsza?

 - Dlaczego jedną z pierwszych decyzji, jaką podjęły organy zdrowia publicznego było podniesienie poziomu norm radioaktywności, którą ludność może zaakceptować?  Jakby nieuniknioność katastrofy nagle uczyniła nasze organizmy bardziej odpornymi na radioaktywność.

 - Dlaczego organy zdrowia publicznego i rządy wydały rozkaz wstrzymania publikacji pomiarów radioktywności od końca marca?

 - Dlaczego te same organy rządowe wydały rozkaz zaprzestania pomiarów radioaktywności w półkuli północnej, mimo że opłacamy stacje pomiarowe z naszych podatków?

 - Dlaczego przez dwa i pół miesiąca ukrywano przed nami, że rdzenie reaktorów 1,2 i 3 stopiły się w godzinach i dniach następujących po 11 marca, choć wielu niezależnych ekspertów tak twierdziło i od razu to ogłaszało?

 - Dlaczego nie dostajemy od rządowych organów zdrowia żadnych porad jak się chronić przed skażeniem w powietrzu, wodzie i ziemi?

 - Dlaczego nie mówią nam, że powinniśmy unikać wychodzenia podczas deszczu, lub jeśli, to używać szerokiego parasola, by nie zawlec do domu radioaktywnych cząstek?

 - Dlaczego prawie żadne media nie podały, że od końca marca mleko w wielu stanach amerykńskich na nadzwyczaj wysoki poziom radioaktywności (już stwierdzono ten fakt i we Francji). Tłumacząc nam, że deszcze skaziły łąki, na których pasły się krowy…

 - Dlaczego się nas nie zawiadamia, że w ostatnich dwóch miesiącach w zachodnich stanach USA wzrosła śmiertelność niemowląt? W Filadelfii np śmiertelność wzrosła o 48% w ciągu miesiąca, z powodu skażonego mleka i skażonej wody w kranie… (link)

 - Dlaczego nie mówi nam się, że setki tysięcy ton wody wylane na reaktory przepełniają podziemia central i mogą się przelać a więc skazić dodatkowo okolicę, wody podskórne i ocean?  I że Japończycy są tu bezradni, nie mają żadnego rozwiązania by uporać się z problemem?

 - Dlaczego daje się nam do zrozumienia, że sytuacja jest pod kontrolą, podczas gdy zalewanie wodą tylko opóźnia moment wielkiego wybuchu?  

 - Dlaczego się nas nie informuje, że budynek nr 4 się wali i jest ryzyko, że uwolni w otoczenie olbrzymie ilości plutonu, zdolnego wymazać Japonię z mapy świata na 100.000 lat (link)?

 - Dlaczego wszystkie video  Francuza żyjącego w Japonii zostały usunięte z YouTube od 20 czerwca?  Alex umieszczał na YouTube nowe video prawie co dzień i informował o sytuacji widzianej z Japonii.  Do dzisiaj jego video oglądało dwa do czterech tysięcy osób. Jego video z tego tygodnia, w którym wyrażał swój gniew i brak nadziei, obejrzało 67.000 osób w ciągu 48 godzin, po czym jego konto zostałousunięte.  Prawo do informacji, mówicie? Na szczęście sprytni internauci wpadli wcześniej na pomysł, by jego video skopiować i umieścić w necie na nowo.

 

Ostatnie pytanie, z ostatniej chwili:

 - Dlaczego administracja Obamy zakazała lotów nad centralą atomową w Fort Calhoun (Nebraska) dla samolotom turytycznym i helikopterom, zabraniając dziennikarzom informować ludność o sytuacji wynikłej ze spowodowanej przez wylew Missouri powodzi?

 - Dlaczego ta sama administracja zabroniła rozgłaszania informacji o niebezpiecznej sytuacji  panującej w tej centrali? (patrz foto) ?

 

Oto kilka punktów wyjściowych (linków), od których możecie rozpocząć własne lektury.

Umieszczam je na moim site internet, w dziale: nuklearne. Zawsze gdy znajdę artykuł zbiorczy, dodam linka.

 

Spędziłem setkę godzin by wyrobić sobie osobistą opinię i sprawdzając za każdym razem, kto w czyim interesie mówi. Interesujące, że wszyscy bez wyjątku niezależni eksperci są krytyczni i zaniepokojeni tym co się dzieje, jego następstwami dla środowiska, zdrowia populacji i przyszłości życia na planecie.  Przeciwnie, żaden ekspert pracujący dla przemysłu atomowego, żaden rząd zamieszany w rozwój atomistyki (jak Francja czy USA) nie jest zaniepokojony tym co się dzieje. Przeciwnie, utrzymują, głośno i wbrew wszystkiemu, że energia atomowa jest niezastąpiona, dobra nawet do walki z globalnym ociepleniem.  A więc czemu się skarżymy?

 

Zastanówcie się sami, co się na świecie dzieje.

Odważcie się porzucić naiwność co do tego, jak funkcjonuje świat i jak jest kierowany.

Czy naprawdę sądzicie, że media mają nas informować? Wierzycie w to?

Sądzicie, że przemysł troszczy się o nasze życie, zdrowie, dobre samopoczucie?   Naprawdę w to wierzycie?

Sądzicie, że rządy są po to, by bronić słabych, jakimi jesteśmy, przed potężnymi tego świata? Naprawdę w to wierzycie?

 

To jest silniejsze ode mnie. Lecz nie mogę się powstrzymać, by nie zrobić prostego porównania z aferą grypy H1N1.

 

Co do grypy, nie było żadnego niebezpieczeństwa pandemii. Eksperci, jak profesor Debré, powiedzieli to i powtarzali od lipca 2009. Widzimy, że na półkuli południowej  (w pełni zimy między czerwcem a wrześniem 2009) było mniej śmierci niż w innych latach, mimo że nie dysponowali tam żadną zbawczą szczpionką. Mimo braku niebezpieczeństwa, media codziennie podtrzymywały stan paniki od 25 kwietnia 2009 do 15 grudnia 2009!  Codziennie. Z rezultatem?  17.000 śmierci z powodu grypy w roku (przeciw 250.000 do 500.000 śmierci z powodu grypy rocznie), czyli prawie nic.

 

W wypadku Fukushimy i Fortu Caloun istnieje prawdziwe niebezpieczeństwo. Tysiące kilometrów kwadratowych są już stracone na setki lat dla Japonii. W USA umierają niemowlęta, produkty mleczne są skażone, skażone są  setki tysięcy litrów wody w podziemiach central i w oceanie.  Radioaktywne cząsteczki od trzech miesiący są wyrzucane do atmosfery. Co robią media? Nic. Nie mówią ani słowa.

Mój komentarz: dla grypy H1N1 należało zwiększyć stach przed nieistniejącym niebezpieczeństwem by służyć zmniejszającym się interesom przemysłu (korporacji farmaceutycznych).  W wypadku Fukushimy i Fortu Caloun trzeba by media milczały w obliczu rzeczywistego niebezpieczeństwa, by służyć interesom przemysłu zagrożonego utratą wiarygodności i kontroli (lobby atomowemu).

 

Widzicie podobieństwo?

 

W wypadku grypy H1N1 WHO (Światowa Organizacja Zdrowia) 29 kwietnia 2009 (cztery dni po pierwszym alarmie) obniżyła swoje kryteria progu pandemii , co pozwoliło jej zadeklarować, że pandemia osiągnęła poziom 6 (najwyższy), wywołując automatycznie wykonanie kontraktów podpisanych cztery lata temu między rządem a kompaniami farmaceutycznymi.  Te kontrakty przewidywały,że jeśli WHO ogłosi pandemię na poziomie 6-tym, rządy zobowiązują się automatycznie zamówić szczepionki do jej zwalczania. 

 

W Fukushimie WHO i  ministerstwo zdrowia podniosły próg dopuszczalnego napromieniowania ludności i pracowników central atomowych.  Co pozwoliło uniknąć konieczności masowej ewakuacji ludności, gdyż nowo wyznaczone progi nie zostały osiągnięte!

Mój komentarz:  Normy progu biologicznego i kryteria dopuszczalności  nie zostały określone na podstawie biologicznej czy medycznej lecz oczywiście na warunkach politycznych, ekonomicznych i finansowych.

 

Ostatnie porównanie?

 

W wypadku grypy, wszyscy eksperci, którzy wypowiadali się za szczepieniami i podtrzymywali realność pandemii, byli opłacani prze kompanie farmaceutyczne produkujące szczepionkę. Ci, którzy wypowiadali się przeciw,i wyjawili manipulację cyframi, faktami i informacją – przeciwnie, nie mieli nic do wygrania (a jestem tu na dobrej pozycji by zaświadczyć).  Ale to są  ci ostatni, którym zarzucano kłamstwo, teorię konspiracji , przewodzenie sektom  i nie wiadomo co jeszcze. Później  ekipy dziennikarzy potwierdziły to, co oni głosili, ale z 6 do 9-ciomiesięcznym opóźnieniem.  Gdy kasy korporacji farmaceutycznych zostały napełnione i gdy tysiące osób cierpiały z powodu skutków ubocznych (zgony, paraliże, zwyrodnienia neurotyczne, narkolepsje, zniekształcenia serca u noworodków itd.)

W wypadku Fukushimy eksperci, zapewniający nas o bezpieczeństwie energii atomowej, o nieszkodliwości promieniowania z Fukushimy i o opanowaniu sytuacji, są dziwnym przypadkiem opłacani przez energię atomową.  Ci, którzy nie liczą  swojej energii by przekazać w świat kilka dostępnych informacji, ci znowu nie mają nic do wygrania.  Niemniej wystarczy się przejść po forach by widzieć jak są atakowani przez tych, co nie chcą spojrzeć prawdzie w oczy.  W tym czasie niemowlęta na zachodzie  USA zaczynają umierać..  

Mój komentarz:  Wszystko zostało powiedziane, światem rządzi pieniądz.

 

Gdybym miał czas, rozpocząłbym taką samą pogłębioną analizę innych wypadków, które przeżywamy.  Zaprosiłbym was, na przykład, byście się zastanowili co się ukrywa za bakterią E-Coli, która, mówiąc przy okazji, wywołała w Niemczech hekatombę. Jak przy grypie H1N1, tę bakterię mikrobiolodzy określili jako niemożliwość naturalną.  Dla nich to niemożliwe, że jakaś bakteria jest odporna na osiem klas znanych podstawowych antybiotyków. Ale kto wskaże palcem odpowiedzialnychh za tę hekatombę (przepraszam, 39 śmierci , czyż to nie hekatomba?)  Brzydka ferma produktów biologicznych w Niemczech… Och, niedobrzy, co nadal uprawiają rolę tradycyjnie. Ale nie obawiajcie się, naukowcy już mają rozwiązanie: wystarczy napromieniować systematycznie wszystkie produkty spożywcze  (jak to już się dzieje z wieloma w tradycyjnym przemyśle spożywczym).  A więc żegnaj bio, żegnajcie żywe pokarmy. Witajcie w świecie, gdzie wszystko jest chemiczne, sterylne i napromieniowane.

 

Tym razem media były zainteresowane wzmocnieniem strachu by służyć przemysłowi spożywczemu, wprowadzającemu GMO i  przeciwnemu fitofarmacji.

 

Prowizoryczna konkluzja:

 

Jak powiedziałem na początku, nie liczcie na mnie, by wyruszyć na następną walkę.

Gdyż ta walka, jak i inne  (gaz z łupków, ograbienie krajów i populacji przez prywatne banki, chemitrails, terroryzm krajów, pseudo-ocieplenie globalne ) jest niepotrzebna.

 

Dlaczego?

Gdyż wszystkie te rzeczy, które zachodzą aktualnie, są symptomami starego świata, który się wali.

Logika energii atomowej się wali i się więcej nie podniesie.

Logika farmaceutyczna się wali i też więcej się nie podniesie.

Logika przemysłu spożywczego jest na skraju i też się nie podniesie.

Logika koncentracji finansowej przeżywa swoje ostatnie godziny przed bankructwem globalnym i systemowym.

Wszystkie te logiki powstałe na zachowaniu interesów małej garstki ludzi ze szkodą dla ogromnej większości żyjących na tej planecie istot zrobiły z z tego świata świat zepsuty.

 

Pułapką, w którą sam wpadłem, była wiara, że to jest mój świat.  Sądziłem, że stanowię część tego świata, chociaż tak nie było. 

Nie podzielam przekonań tego świata ani jego wartości, świara zbudowanego na indywidualiźmie, zachłanności, obojętności, cynizmie, złośliwości, na kłamstwie, przemocy i braku odpowiedzialności.  Nie dzielę z nim jego wartości.  Niemniej przyznaję, że są we mnie strefy indywidualizmu, zachłanności, cynizmu, złośliwości, kłamstwa, przemocy i nieodpowiedzialności.  I to dlatego podobny świat może jeszcze trwać, wbrew swojej nadzwyczajnej kruchości.

Od kiedy wyszedłem z walki, w styczniu 2010, zadaję sobie tylko jedno pytanie: JAK STWORZYĆ RAZEM  LEPSZE ŻYCIE?  To znaczy inaczej mówiąc, jeśli pozwolimy staremu światu się spokojnie zawalić, może nawet pragnąc, by sprawy przyspieszyły? I jeśli realnie zainwestujemy nasze energie by stworzyć inny świat, NASZ świat, który jest zgodny z naszymi marzeniami? 

 

Świat, gdzie włożymy sumienie w serce naszego życia, świat, gdzie będziemy mogli rozpoznać część światła i cienia w każdym z nas. Świat, gdzie szacunek dla życia, natury i świadomości będzie częścią najważniejszą. 

 

Pisząc to wiem, że nie mam żadnego konkretnego pomysłu, by się nim z wami podzielić. Lecz wiedzcie, że wybrałem tę drogę. Mam tylko intuicję, że razem naszkucujemy kontury tego lepszego świata i wymyślimy jego prawa. Z tego powodu podwajam wysiłki, by wcielić w moje życie drogę alchemii, daleko od dualizmu DOBRA I ZŁA.  Mam nadzieję, że wy także znajdziecie drogę, jaka wam odpowiada by nie przywiązywać się do tej starej tonącej szalupy i by skoczyć, póki jest jeszcze czas.

 

Jedynej  rzeczy, której jestem pewien, to że im lepiej odrzucimy materializm, tym mniej ucierpimy z powodu szoków które nas spotkają w najbliższych miesiącach.  Pracuję nad tym już od 10 lat.  Zarabiam pięć razy mniej niż 10 lat temu, nie jestem właścicielem niczego (nie mam samochodu ani domu), prócz mojej firmy i komputerów, nie jestem więcej żadnego zaangażowany finansowo w żadnej instytucji (a zaciągnąłem aż 500.000 euro pożyczki!). czuję się lżejszy by przyjąć falę zmian.  A pani, Liliano, czy jest pani gotowa? 

 

Pozostańmy stojąc, świadomi i bez strachu!

Jean-Jacques Crèvecoeur

Montreal (Quebec)


http://www.jean-jacques-crevecoeur.com

 

PS :  Upoważniam was do odtwarzania, rozpowszechniania, tłumaczenia, publikowania na waszych site i blogach niniejszego tekstu.  Dziękuję za opublikowanie go w całości z podaniem źródła.

 

 

 

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Strażnicy Fukushimy

19 sie

 (za 
http://fukushima.over-blog
 )

Nie pozna się ich wszystkich, są niezliczeni. Od 11 marca 2011 nasłuchują najmniejszej informacji dotyczącej centrali w Fukushima Daiichi. Niestrudzenie, poprzez różne site, fora, blogi, stronki i sieci socjalne, video - informują świat o tej niewiarygodnej katastrofie, w pierwszych tygodniach ogłoszonej w mediach, potem zapomnianej. Mimo, że sytuacja tam  nadal jest daleka od opanowania. Katastrofa zakłóciła i ich życia: obserwatorzy i strażnicy Fukushimy chodą spać później, mniej wychodzą z domu i nadużywają swoich komputerów.  Doskonalą się w szybkiej lekturze i w obcych językach by każdego dnia przesiać i opublikować informacje z Japonii. Tłumaczyć i wyjaśniać. Stali się uzależnionymi od informacji, dokumentalistami, dziennikarzami, badaczami. Tworzą się więzy i sieci a katastrofa w Fukushima trwa i będzie trwać nadal.

 

Strażnicy Fukushimy trzymają lampę informacji zapaloną. Aby nie zgasła, skopiujcie tę listę linków i podajcie dalej przyjaciołom.

Obserwatorzy, strażnicy … ale po francusku jednym ze znaczeń słowa „veilleur” jest też „uczestnik stypy czy raczej nocnego czuwania przy zwłokach” . (Tak sobie notka tłumacza.) 

 

Tu następuje lista linków. Po francusku (dla mnie użyteczna).

Interesujcie się! Zawierają dużo informacji, każda stronka ma swój styl i wzajemnie się uzupełniają.

 47project 
http://www.p47.net

Acro    
http://www.acro.eu.org/chronoFukushima.html

Aipri    
http://aipri.blogspot.com/

Atome(s)
http://www.scoop.it/t/atome-s

Aweb2u 
http://aweb2u.free/doctclear/

Bistro Bar Blog 
http://bistrobarblog.blogspot.com/

Alexander Higgins
http://blog.alexanderhiggins.com/

Kokopelli 
http://kokopelli-blog.org/

Fukushima 
http://fukushima.over-blog


http://catastrophe-de-fukushima.fr

Paul Jorion 
http://pauljorion.com/blog/?p=25354

CNIC (Citizen’s Nuclear Information Center )


http://www.cnic.jp/english/topics/safety/earthquake/fukushima.html

Criirad 
http://www.criirad.org/

Cryptome  
http://cryptome.org/nppw-series.htm

Enerwebwatch  
http://www.enerwebwatch.eu/webwatch.php?page=EarthQuake

Ex-skf  
http://ex-skf.blogspot.com/

Forum de Futura sciences


http://forums.futura-sciences.com/actualites/463203-explosion-a-fukushima.html

Forum technique de RadioProtection Cirkus


http://www.forum-rpcirkus.com/t1653p210-les-informations

Fukushima, le journal  
http://paper.li/tag/fukushima

Fukushima News  
http://fukushima-news.over-blog.com/

Fukushima News Realtime  
http://www.nuclear-nucleaire.info/blog/

Fukushima, quoi de neuf ?  
http://paul-keirn.over-blog.com/

Fukushima Watch  
http://fukushima.eddytov.fr/

Glasnost sur Fukushima „L’électron libre”


https://sites.google.com/site/glasnostsurfukushima/

Greenaction  
http://fukushima.greenaction-japan.org/

Greenpeace


http://energie-climat.greenpeace.fr/japon-crise-nucleaire-suivi-et-veille-quotidienne

Investigating nuclear news from Fukushima Daiichi


http://news.lucaswhitefieldhixson.com/

Japon : séisme, tsunami et conséquences


http://www.scoop.it/t/tsunami-japon?page=1

L’appel de Fukushima  
http://appeldefukushima.wordpress.com/

Meteoclimato  


http://meteoclimato.pagesperso-orange.fr/Radiameters.htm

News Nucléaire radioprotection et internet


http://radioprotection.eklablog.com/

Next-up organisation  
http://www.cartoradiations.fr/

Oni Oni Dialogue  
http://onioni2.blogspot.com/

Physics forums


http://www.physicsforums.com/showthread.php?t=501974

Radio Blue  
http://radio-blue.blogspot.com/p/fil-actu-japon.html

Réfugiés japonais  
http://refugiesjapon.canalblog.com/

Réseau Sortir du nucléaire  
http://groupes.sortirdunucleaire.org/alerte-japon/

Safecast  
http://safecast.jp/

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Salon24

08 lip

Piszę tu:
http://nina2.salon24.pl
. Mam tam paru ciekawych dyskutantów (co lubię). Zapraszam.
A tu – blog prywatny – w wolnej chwili uzupełnię. Widzę, że przerwa od czasu wyjazdu w Alpy.  

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Lepszy Swiat

12 maj

Mądra organizacja prowadzona przez dwoje mądych młodych ludzi. Była lokalna, poznańska. Teraz znalazłam ich na internecie. Piszą tu
http://lepszyswiat.salon24.pl/
. Popieram absolutnie, LOL. Cieszę się, że istnieją.  I że ja miałam nosa, że na nich (przypadkowo przechodząc) wpadłam, i zaciekawiło, i koniecznie musiałam się do nich zapisać.  Do Polski wpadam dorywczo, ale pomimo wszystko nie zmarnowałam tych wyjazdów.  Zawsze coś dobrego z tego wyszło.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Did the Ancient Japanese Speak Hebrew?

11 maj


Did the Ancient Japanese Speak Hebrew?
http://dublinmick.wordpress
.

com/2011/03/22/alexander-the-great-and-genghis-khan

-war-against-the-khazar-empire-and-force-into-japan-and-poland/

„..Czytałem artykuł, po angielsku, który ukazał się w hebrajskim czasopiśmie przed 1913.   Opowiadał, jak pewien Zyd przybył do Kobe (w Japonii) i zaszedł do sklepu z pamiątkami. Zapytał o cenę wazy. Na spodzie znalazł tabliczkę z literami. Hebrajczycy używają liter także jako cyfr.  Aleph, pierwsza litera hebrajskiego alfabetu oznacza 1,  beth  jest 2 i tak dalej. (…) Zyd zapytał: 
 
- Co oznaczają te litery?
 - To zapis ceny dla sprzedawcy.
 -
Więc ile za tę wazę?
 - 5  dolarów.
 - Dlaczego 5 dolarów, jak tu jest napisane 32 centy? – zapytał Zyd.
 Zaskoczony właściciel zapytał: 
- skąd pan wie?
 - To jest tu napisane, po hebrajsku.  Każdy Zyd może przeczytać.
Lecz właściciel nie rozumiał co znaczy hebrajski, także nie wiedział co to Zyd, Izrael, Judaizm. Powiedział tylko, że te litery były cyframi które od pokoleń przechodziły z ojca na syna, od bardzo dawna. 
Zyd zapytał:
 - Ma pan jeszcze jakieś przedmioty, które pochodzą od pańskich przodków?

Właściciel pokazał mu wtedy kilka srebrnych stożkowych dzwonków, które Zydzi umieszczają na szczycie rulonów Tory. „

Bardzo długi post, z komentarzami, o 10 zaginionych plemionach Izraela. (Podobno było 12, dwa zostały a 10 gdzieś przepadło.) 
ciekawe studium porównawcze zwyczajów i ceremonii szintoistycznych w Japonii ze zwyczajami żydowskimiz Biblii. Wg autorów, starożytni Japończycy są jednym z zaginionych plemion Izraela.

Ale: ci znani Zydzi zginęli w Holokauście, zsyłani do obozów i do gazu.  W środku Europy, w połowie XX wieku,  zabito 6 milionów cywilnych ludzi.  A otaczający świat albo nie reagował, albo nie wiedział, albo miał swoje kłopoty (bo wojna) więc nie myślał o innych. 

I tak samo teraz:  świat się obojętnie przypatruje i myśli tylko o własnym bezpieczeństwie (jak na Energy News)  albo odwraca oczy ( i temat znika z mediów). A tam znowu na naszych oczach umrze milion ludzi.  Gdzie akcje pomocy, plany przesiedlenia, mosty powietrzne? Gdzie pomocne armie (bo aż tyle trzeba, by usypać sarkofag)? Gdzie transporty nieskażonego jedzenia?  Nothing! I Japończycy pozostają pod promieniowaniem, nie wierząc, że własny rząd ich zdradził.  Jak tamci, 2 pokolenia temu,  szli do gazu. 
Gdy ich własny Bóg ich zdradził.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Fizycy – EINE

10 maj


Mnie jednak najbardziej interesuje: 
PRAWDA NAUKOWA O EPOCE FIZYKI JĄDROWEJ I JEJ ZNACZENIU DLA PRZYSZŁYCH LOSÓW GATUNKU LUDZKIEGO

Eine 6.03.2011 20:46 na
http://autodafe.salon24.pl/286384,fizycy-i-8-9

ENERGIA JĄDROWA I JEJ TECHNOLOGIA-NAJWIĘKSZE OSZUSTWO W DZIEJACH LUDZKOŚCI


EINE48512022 | 31.03.2011 15:56

Dzisiaj np.[31 marca 2011]napłynęły wiadomości z Japonii o trudnym do rozwiązania problemie zwłok ludzkich ,których śmierć nastąpiła w momencie trzęsienia i tsunami w najbliżej okolicy elektrowni atomowej[strefa pierwsza].
Badania pokazują ,że zwłoki te są bardzo silnie aktywne promieniotwórczo. Zakopać je do ziemi- skażą wody i glebę, wyrzucić do oceanu – skażą wody oceanu, spalić- spaliny radioaktywne skażą powietrze. Nie możne je tym bardziej oddać rodzinom i bliskim.
Oto los ,jaki zgotowali nam miłośnicy NNNN-EJ : łańcuchy i siatki niewidzialnej śmierci ,poprzedzonej cierpieniami chorób okrutnych. 
To ci, którzy cynicznie piszą o znikomości skutków szkodliwych katastrofy czarnobylskiej. 
Wyznawcy „cywilizacji śmierci”. 
Strzeżmy się ich i krzyżujmy – stałym, intensywnym i powszechnym przekazem prawdziwej wiedzy o EJ – ich projekty i plany upowszechnienia zastosowań tej energii.
NIE MA ŻYCIA – TAM GDZIE KWITNIE PRZEMYSŁOWA TECHNOLOGIA JĄDROWA.

Współczesne odbicie grzechu pierworodnego. Szkoda dzieci i wnuków.

HENRYK URBAN1083 | 31.03.2011 21:33

 

Myśl o równowadze na planecie Ziemia prowadzi nas do Stwórcy.Dostaliśmy dom i jak gospodarzymy?Chyba rośliny i zwierzęta nas się boją.A mieliśmy być ich braćmi.Żadna planeta nie ma wody życia ,a co z tą wodą zycia robimy? Na co ją zamieniamy? W każdej chwili jest możliwość wstrzymania i odwrotu zgodnie z przepowiednią Fatimską-czy w nią uwierzymy?


EINE48512022 | 01.04.2011 01:52

 

Nie ma żadnego przekleństwa,nie ma żadnego determinizmu w wyborze cywilizacji, oraz technologii ,jako jej podstawy.Należy skorzystać z wolności wyboru i wybrać zrównoważony rozwój i samoograniczenie ,by wszystko co żywe chronić i kultywować.By to nastąpiło należy zmienić cele i styl wychowania i kształcenia nastepców czyli naszych dzieci. Pozdrawiam.


EINE48512022 | 01.04.2011 02:

Jest jedna, jedyna EJ, z której wszyscy korzystamy, i która jest rzeczywiście NNNN. To jest Słońce. Nim się można zachwycać i z niego korzystać. Tylko, że Stwórca umieścił je bardzo daleko od Ziemi. I tak powinno pozostać. Człowiek nie potrafi objąć skutków, a tym bardziej udźwignąć odpowiedzialności za rozpalenie następnego.


SŁAWEKP162742 | 01.04.2011 09:55

 

Fukushima zostawiona tak jak obecnie – jest tykającą bombą o powolnie wzrastającym zasięgu.Wszystkie reaktory będa wydzielać ciepło i promieniowanie jądrowe słabnące nieskończenie powoli.Skąd bierze sie ta moc [ciepło i promieniowanie]?
WSZYSTKO W NICH JEST RADIOAKTYWNE.SZCZEGOLNIE URAN I PLUTON O CZASACH POŁOWICZNEGO ROZPADU RZĘDU 10^8 -10^9 oraz 10^4-10^7 LAT.
Poza tym produkty rozszczepienia tzw. transuranowce ,których jądra są radioaktywne[radionuklidy].
Minęły trzy tygodnie i japończycy nie podjęli zastosowania metody Sacharowa.Skażenie środowiska będzie wzrastać.Dlaczego tak postępują?
Kto odpowie merytorycznie na to pytanie?
Testują warunki wojny nuklearnej?


EINE48512022 | 02.04.2011 16:41

 

obecnie dominujący paradygmat naukowy ma swoje odzwierciedlenie w decyzjach społeczno-ekonomicznych, w których jedynym celem jest połączenie „modnych”, technicznie dostępnych i przez to łatwiej finansowanych inwestycji, niekoniecznie polepszających jakość życia niekiedy wręcz je pogarszających. Potrzeby ludzkie czy to społeczne czy też indywidualne są spychane na margines, a wszystko tłumaczone jest przez jakże naukowy dogmat czyli XIX-wieczną teorię o „niewidzialnej” ręce rynku.


MAX990344 | 04.04.2011 18:11

 

dlaczego rozwój i postęp nauk i technologii nie może iść w parze z nadrzędnością etyki i moralności? Może coś demonicznego tkwi w nauce i technologii? Jeżeli- to jaka nauka jest darem Boga, a nie diabła?
Uważam ,że odkrycie energii jądrowej mogłoby być zbawienne gdyby ograniczyć jej zastosowania do medycyny.Ale może i tutaj byłby wybór amoralny?Intensywność tej energii przekracza skalę potrzeb do zycia na powierzchni Ziemi a rozwój technologii opartej na niej oznacza destrukcje globalną srodowiska.Więc dlaczego ludzie idą w tym kierunku?


EINE48512022 | 04.04.2011 19:19

 

E.Voegelin chyba był bliski prawdy o czasach współczesnych kiedy pisał ,że ludziom religijnym będzie znośniej odchodzić z tego swiata.


EINE48512022 | 04.04.2011 21:12

 

dzisiaj seminarium agencji atomowej przy ONZ.
Ciekawe ,czy zmuszą japonię do zastosowania metody Sacharowa wobec kompleksu Fukushima I ?
Jesli nie to zachodzą dwie mozliwości:
A.sytuacja jest znacznie groźniejsza dla całej ekosfery ziemskiej niż przypuszczałem
lub
B. szaleńcy -wojskowi postanowili wykorzystać Fukushime do przetestowania zachowań ludzkich,i reakcji srodowiska naturalnego i nie dopuszczają do izolacji Fukshimy od świata zewnętrznego.
Ponurym faktem jest bierność opinii publicznej światowej wobec tego co nazywam :”Fukushima – świt zimy nuklearnej”.


EINE48512022 | 05.04.2011 09:51

 

Uderzającym jest w całej historii Fukushimy ,proceder zwiększania progowych wartości dawek promieniowania na organizm ludzki lub substancji radioaktywnych wchłoniętych przez organizm [powietrze].Na przykład dla ekip technicznych ratunkowych podwyżono normę bezpieczeństwa do 250 milisiwertów/rok ,chociaż już notuje się ofiary promieniowania wśród członków ekip i zjawiska chorobowe zmienne,mimo rotacji czasowej pracowników. Proceder zmiany[podwyższania] progów bezpieczeństwa dla dawek promieniowania jest także akceptowany i uprawiany przez MAEA.
Sytuacja w tej dziedzinie sprawia wrażenie testowania objawów chorobowych na masowych populacjach poddanych działaniom promieniowań jądrowych.
Komu to jest potrzebne? czy przewiduje się wystąpienie w skali masowej zjawisk związanych z niekontrolowanymi procesami jądrowymi pierwiastków takich jak uran i pluton? Chyba nie ma sie na mysli kolejnych katastrof jądrowych w najbezpieczniejszych elektrowniach?Bo wtedy trzeba będzie wyciągnąć hipotezy UFO i gości kosmicznych.
EINE48512022 | 07.04.2011 10:53

 

cały teren w promieniu 10-20 km to wrzód na powierzchni Ziemi- nigdy nie usuwalny jesli fizyka nie odkryje jak ten gnój śmiercionośny zamienić na śmietnik neutralny.


EINE48512022 | 08.04.2011 11:08

w Fukushimie zapada normalna sytuacja na najbliższe kilkanaście tysięcy lat.

 EINE48512022 | 10.04.2011 10:19

DLACZEGO ONZ NIE ZMUSZA JAPONII DO ZABETONOWANIA CAŁEGO KOMPLEKSU ATOMOWEGO W FUKUSHIMIE ??
TEN FAKT ZACZYNA BYĆ BARDZO TAJEMNICZY !


EINE48512022 | 12.04.2011 15:12

 

Publicyści naukowi angielscy piszą jawnie i obszernie o związkach korupcyjnych między rządem, a lobby atomowo- wojskowym Japonii. I na ten fakt wskazują, jako na przyczynę takiego, a nie innego, przebiegu wydarzeń w Fukushimie od 11 marca. Dla mnie – działania TEPCO w Fukushimie ,od pierwszego wybuchu do dzisiaj są tak niezgodne z technologią fizyki jądrowej ,iż wydają się być wojskowymi testami „brudnej broni” na przypadkowych mieszkańcach wyspy. Nikt bowiem lepiej niż wojskowi – nie wie o tym, iż nie ma żadnej istotowej różnicy pomiędzy reaktorem jądrowym, a bronią jądrową.


EINE48512022 | 03.05.2011 14:53
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Fizycy:

09 maj

Trzydzieści pięć lat temu, Dale G. Bridenbaugh i dwóch jego kolegów z General Electric zrezygnowało z posad po tym, gdy zdali sobie sprawę, że reaktor nuklearny, którego plany przeglądali, Mark 1, był tak wadliwy, że może spowodować w przyszłości potworny wypadek. (…) Dzisiaj doświadczamy ostatecznego sprawdzianu dla tego typu reaktora. Pięć z sześciu reaktorów elektrowni Fukushima Daiichi to urządzenia Mark 1s GE.”

Publicyści naukowi angielscy piszą jawnie i obszernie o związkach korupcyjnych między rządem, a lobby atomowo- wojskowym Japonii. I na ten fakt wskazują, jako na przyczynę takiego, a nie innego, przebiegu wydarzeń w Fukushimie od 11 marca. Dla mnie – działania TEPCO w Fukushimie ,od pierwszego wybuchu do dzisiaj są tak niezgodne z technologią fizyki jądrowej ,iż wydają się być wojskowymi testami „brudnej broni” na przypadkowych mieszkańcach wyspy. Nikt bowiem lepiej niż wojskowi – nie wie o tym, iż nie ma żadnej istotowej różnicy pomiędzy reaktorem jądrowym, a bronią jądrową. (Eine   03.05.2011 14:53)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

nie należy dłużej pomijać niebezpieczeństwa

09 maj

CRIIRAD, organizm niezależny do spraw radiacji i bezpieczeństwa populacji, już 11/4/2011 ostrzega, że nie należy dłużej pomijać niebezpieczeństwa:

CRIIRAD dit sa note d’information ne se limite pas à la situation en France et est applicable à d’autres pays européens, comme le niveau de contamination de l’air est actuellement le même  en Belgique, Allemagne, Italie et Suisse, par exemple.

Les données pour la côte ouest des États-Unis, qui a reçu le Fukushima retombées radioactives 6-10 jours avant la France, révèle que les niveaux de concentration en iode-131 radioactif sont 8-10 fois plus élevé, dit l’institut.

Szpinak, sałata, kapusta i inne warzywa uprawiane pod gołym niebem mogą być skażone. Także mleko zwierząt pasących się w terenie. La directive Euratom du 13 mai 1996 fixe les principes généraux et normes de sécurité en matière de radioprotection en Europe.

CRIIRAD zauważa, że ilość jodu-131, co może dać dopuszczalną dawkę rocznego skażenia 10 mSv zależy od wieku. Dzieci do dwu lat są najwrażliwsze i spożycie 50 Bq może dać ich organizmom 10mSv.  Jeśli pożywienie zawiera 1-10 Bq/kg , przekroczenie dopuszczalnego skażenia nastąpi w  2-3 tygodnie.

 

Aktualne (11/4/2011) skażenie pożywienia (podaje IRSN - l’Institut français de Radioprotection et de Sûreté Nucléaire) :

sałata, szpinak i pory w Aix-en-Provence 0,08Bq/kg

mleko w Lourdes 0,17 Bq/l 

kozie mleko w Clansayes 2,1 Bq/l

 

Skażenie postępuje i się akumuluje!


7/8 maja bardzo wzrosło skażenie powietrza nad Niemcami , do ponad 100 Bq/m3 (a jak w Polsce?)


http://inters.bayern.de/mnz/php/ifrmw.php?station=812&komp=207&tbltyp=2

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Na „Fizycy” o Japonii

09 maj

nhk world donosi ,że pracownicy dyrekcji TEPCO dostają tysiące listów-anonimów z pogróżkami zabicia ,oraz publikowane są metodą plakatową nazwiska kierujących TEPCO i ich adresy domowe z nawoływaniem ludzi do ukarania fizycznego członków kierownictwo TEPCO za -zdaniem wielu Japończyków- niewłaściwe postępowanie z ruiną elektrowni atomowej Fukushima I ,które to postępwanie prowadzi do coraz większych skażeń środowiska i wzrostu  skali katastrofy nuklearnej. nhk world [3.IV.2011,godz.13:00 cz.w.]  (za: Fizycy)

 

rząd japoński zataił dane uzyskane 14 marca o poziomie radiacji w odległości powyżej 30 km na północny zachód i południowy zachód od kompleksu publikując je [mapka powyżej]dopiero 23 marca.Kolor czerwony oznacza tereny gdzie skażenie przekracza 100 milisiwertów/h.Oczywiście uczynił to z myslą o ludziach,by mogli pozostać w swych domach  bez paniki,oczekując na śmierć ,chyba że rząd japoński podniesie  normatywny poziom bezpiecznego promieniowania jądrowego.Wtedy śmierć niewidzialna nie nadejdzie.  nhk world [4.04.11.godz.11:00 cz.w.] (za: Fizycy)


25 lat po katastrofie w elektrowni atomowej  w Czarnobylu,będący wówczas w życiu płodowym lub urodzeni w kilka miesięcy po katastrofie ,których matki żyły w strefie 30 km – albo są kalekami na skutek genetycznych defektów, albo cierpią od przewlekłych i nieuleczalnych chorób nowotworowych różnych postaci.Trwa konferencja europejska w Kijowie  nt. renowacji sarkofagu by był z powrotem szczelny,powstaje międzynarodowy fundusz  pokrycia kosztów tej renowacji.Atomowy ropień na powierzchni Ziemi wciąż wymaga konserwacji i stałej obsługi.Ogromna rzesza fizyków uczestniczy aktywnie w bagatelizowaniu skutków rozwoju technologii jądrowej i w szyderstwach z tych ,którzy rzeczowo i merytorycznie argumentują za zaniechaniem uprawiania technologii produkującej „śmiercionośny gnój” dla nastepnych pokoleń Ziemian.Ta rzesza ,to hańba współczesnej nauki i technologii. (Fizycy)

 

nhk world,20.04.11,godz.15:30 cz.w.  W całym okręgu Fukushima zakaz zabaw dzieci na dworze,na otwartym powietrzu, dla małych dzieci – zakaz bawienia się w piasku.Wysoki poziom promieniowania w powietrzu i w glebie -4-5 mikrosiwertów /h.

TEPCO cały czas jest zajete jednym- odzyskiem wszystkiego co sie da i co jest cenne.A ludność w promieniu 100 km ? Do diabła z ludnością,kto nam wykaże ,że ludność ma z nami cokolwiek wspólnego.

Sekretarz ONZ  Ban Ki  Moon,obecny na Ukrainie w związku z 25 rocznicą katastrofy W Czarnobylu,wezwał rząd japoński do pełnej i prawdziwej informacji na temat skali katastrofy w Fukushimie i przewidywanych jej skutków dla Japonii i swiata.

Święty naiwny z tego Koreańczyka.Zbrodniarze-szaleńcy,którzy pokryli wyspę 54 kompleksami atomowymi w celach restauracji imperium militarnego Japonii – akurat powiedzą nam prawdę co w Fukshimie zgromadzili  i co z tym robili,a nastepnie w jakim to stanie jest.(Fizycy)

w Fukushimie zapada normalna sytuacja na najbliższe kilkanaście tysięcy lat (Fizycy, Eine 0.04.2011 10:19)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

nieumiejętność samodzielnego myślenia

09 maj

nieumiejętność samodzielnego myślenia

par Yakaa (xxx.xxx.xxx.230) 5 mai 09:41

„par ariane walter : …Moi-même à midi je discutais avec des copains en principe sensés mais ils gobent tout…
.
Par rapport à cette gigantesque manipulation médiatique les preuves n’ont aucun poids et j’ai aussi remarqué à de nombreuses reprises que des personnes censées et instruites se révèlent incapables de penser dans ces situations.
.
Il est intéressant de comprendre ce mécanisme altérant le cerveau d’une majorité d’individus qui cessent de réfléchir, ou remettre en question une théorie quand ils se trouvent face à un mensonge réellement énorme.
.
A ce moment le conflit entre la représentation sociale et la structure même de l’individu et l’éventualité d’adhésion à des thèses alternatives est si importante que cela court-circuite toute réflexion possible.

.
La peur telle un chape de plomb cérébrale agit ici sur plusieurs niveaux :
.
1 Peur de basculer dans le camp des infréquentables complotistes paranoïaques et de perdre ses amis, d’être rejetés par ses collègues de travail et sa faille, etc…
.

2 Peur encore plus terrible de déboucher sur un monde effroyable ou la démocratie n’est qu’une illusion et ou beaucoup de certitudes s’effondrent.

.
3 Peur et réflex de survie de la personne n’étant pas sure d’arriver à poursuivre une vie normale dans un tel monde.

„Plus le mensonge est énorme, plus les gens y croient.

Joseph Goebbles (1897-1945)

ue cette analyse est juste. en fait, dans ces cas-là, l’intelligence ne sert à rien, prédomine un instinct primaire de survie.

 

par Duke77 (xxx.xxx.xxx.227) 5 mai 11:38

@ Ariane et Hijack,

Vous essayez de décrypter les conséquences d’un phénomène psychologique : la dissonance cognitive (élaboré par Leon Festinger en 1956). En gros, l’esprit d’un adulte s’est forgé des expériences et des repères acquis dans l’enfance. Une fois la structure mentale et les schémas de pensée établis, il est très difficile d’intégrer une information qui ne peut entrer dans les cases que l’on s’est fabriqué. Il est surement plus facile pour quelqu’un qui, dans sa jeunesse a déjà entendu dire que les gouvernements nous mentaient par quelqu’un de crédible comme un parent, d’accepter l’idée du false flag par exemple. Les autres trouveront des excuses ou minimiseront (cf. plus bas) pour éviter de traiter cette information „indigeste” dont aucun schéma de pensée ne se rapproche.
Il me semble d’ailleurs qu’Ariane ne croit pas aux OVNIS. Ce n’est pas une attaque, juste un exemple. J’ai relu pas mal de ses post après notre malentendu et je l’apprécie beaucoup (surtout depuis qu’elle a changé sa photo de profil qui est désormais très sexy . Donc Ariane qui a accès à toutes les informations nécessaires lui montrant que les militaires témoignent d’OVNIS mués par une intelligence (conférence de Washington, Rapport Cometa, P Hellyer, Nick Pope et cie) ne peut se résoudre à intégrer cette information. Sur ce thème, j’appelle cela le „gourouisme” : tous ces retraités sont des gourous en mal de reconnaissance blablabla… Evidemment, nombreux sont ceux qui ont du mal avec l’idée que des ET nous observent. Cela peut être dû à une culture religieuse en contradiction totale avec l’existence ET ou encore une éducation particulière, une croyance scientifique trop classique etc. Pour ne rien arranger, on a souvent affaire à des repères touchant à l’affectif et liés à l’enfance (période de construction des bases de la psyché). Alors admettre un truc qui remet tout en question, c’est se renier tel qu’on se voit (et tel qu’on veut se montrer) en reniant également les enseignements d’êtres parfois chers qui faisaient autrefois office de référence.

Qu’est-ce que la dissonance cognitive : la présence simultanée d’éléments contradictoires dans la pensée de l’individu. Cette dissonance est souvent le résultat d’un désaccord entre attitudes et comportements. La dissonance cognitive entraîne chez l’individu un état de malaise, une tension psychologique désagréable.

L’individu met donc en place une stratégie permettant de réduire cette tension :

·                                 Stratégie de rationnalisation : Réduire la dissonance tout en conservant attitudes et comportements.

Ajouter des éléments consonants : justifier le comportement dissonant en ajoutant un élément. >

·                                 Minimiser l’importance des éléments dissonants.

·                                 Modification d’un des éléments dissonants : l’individu peut changer de comportement ou d’attitude. L’élément le moins résistant au changement est l’attitude.

Hélas, on ne peut rien contre la dissonance cognitive. Pas de progès avec des débats ou des explications techniques. Peut-être l’hypnose ?… Il faudrait en parler à un spécialiste.

par Jean Lasson (xxx.xxx.xxx.163) 5 mai 14:12

e syndrome porte un nom : la dissonance cognitive.

Mais j’aurais plutôt tendance à appeler ça plus simplement de la lâcheté (déguisée en naïveté, mais comme être naïf à ce point n’est pratiquement pas possible…) Parce que prendre acte de la réalité aurait des conséquences trop dramatiques, comme abandonner ce qui reste de confort pour résister, militer, préparer l’insurrection, etc. Pour certains (beaucoup ?) mieux vaut se leurrer soi-même, plus ou moins consciemment, que d’accepter de basculer de la paix dans la guerre.

par edwig (xxx.xxx.xxx.213) 5 mai 19:23

Tout à fait yakaa,
il y a vraiment tout un aspect psychologique relatif au 11 septembre.
Le comprendre c’est comprendre pourquoi certains s’accrochent tant à la version officiel et pourquoi il ne vaut mieux pas s’attarder sur ces individus.
Plus tu tentes de les convaincre, plus ils se protègent.
Il y a tout un doc à faire sur ce sujet, a essayer de comprendre pourquoi certains osent y croire et d’autres pas.

par ariane walker:

J’espère qu’elle vont bientôt sortir.
C’est sûr, on est obligé d’attendre là.
je comprends l’anglais, mais bon, ça fatigue !

par Assurancetourix (xxx.xxx.xxx.33) 6 mai 08:46

Voici la traduction de l’article original de PrisonPlanet.com ayant servi à rédiger cette page :

Selon un haut fonctionnaire initié, Ben Laden est mort en 2001 et le 11 septembre était une opération sous fausse bannière

Steve R. Pieczenik, ancien sous-secrétaire adjoint au ministère des Affaires étrangères sous trois administrations différentes, déclare être prêt à indiquer à un grand jury fédéral le nom du général de haut rang qui lui a directement révélé que le 11/9 était un attentat sous fausse bannière.

Prison Planet, Paul Joseph Watson, 4 mai 2011

Haut fonctionnaire zunien initié, le Dr Steve R. Pieczenik est quelqu’un qui a occupé plusieurs postes influents divers sous trois présidents différents, et qui travaille toujours pour le ministère de la Défense. Hier, à l’émission d’Alex Jones, il a révélé ce qui est un véritable scandale : Oussama Ben Laden est mort en 2001. Et il s’est dit prêt à témoigner devant un grand jury de la manière dont un général lui a directement dit que le 11/9 était un attentat sous fausse bannière monté de l’intérieur.

Pieczenik ne peut être traité de « théoricien du complot ». Il a servi comme sous-secrétaire adjoint au ministère des Affaires étrangères sous trois administrations différentes, Nixon, Ford et Carter, tout en travaillant sous Reagan et Bush père, et travaille toujours comme consultant pour le ministère de Défense. Ancien capitaine de la marine de guerre, Pieczenik a obtenu deux prix Harry C. Salomon prestigieux à la Harvard Medical School, en terminant simultanément son doctorat au MIT.

Recruté par Lawrence Eagleburger au poste de sous-secrétaire adjoint à la gestion du ministère des Affaires étrangères, Pieczenik est passé au développement « des principes de base de la guerre psychologique, du contre-terrorisme, des stratégies et tactiques de négociations transculturelles pour le ministère des Affaires étrangères, les communautés militaire et du renseignement, et d’autres organismes gouvernementaux de Zunie, » tout en développant des stratégies de base pour le sauvetage des otages, qui ont été ensuite utilisées dans le monde.

Pieczenik a aussi servi à titre de planificateur principal des politiques sous les ministres Henry Kissinger, Cyrus Vance, George Schultz et James Baker, et a participé à la campagne électorale de George W. Bush contre Al Gore. Ses antécédents mettent en évidence le fait qu’il est l’un des hommes les plus étroitement liés aux milieux du Renseignement depuis plus de trente ans.

Jack Ryan, un personnage apparaissant dans de nombreux romans de Tom Clancy et aussi joué par Harrison Ford dans Jeux de guerre, un film populaire de 1992, s’inspire également de Steve Pieczenik.

En avril 2002, plus de neuf ans auparavant, Pieczenik avait déclaré à l’émission d’Alex Jones que Ben Laden était déjà « mort depuis des mois, » et que le gouvernement attendait le moment le plus propice politiquement pour étaler son cadavre. Il se pourrait bien que Pieczenik soit en situation de savoir. Il a personnellement rencontré Ben Laden et travaillé avec lui pendant la guerre par procuration contre les Soviétiques, en Afghanistan, au début des années 80.

Pieczenik a dit qu’Oussama Ben Laden est mort en 2001, « Non pas parce que les forces spéciales l’ont tué, mais parce qu’en tant que toubib, je savais que les médecins de la CIA l’avaient soigné et qu’il était indiqué dans la liste de renseignements qu’il avait le syndrome de Marfan. » Il a ajouté que le gouvernement savait que Ben Laden était mort avant l’invasion de l’Afghanistan.

Le syndrome de Marfan est une maladie génétique dégénérative pour laquelle il n’existe aucune rémission permanente. Cette maladie réduit considérablement la durée de vie de la victime.

Relevant la manière dont des toubibs de la CIA avaient visité Ben Laden en juillet 2001 à l’hôpital zunien de Dubaï, Pieczenik a déclaré : « Il est mort du syndrome de Marfan ; Bush junior le savait ; la communauté du Renseignement le savait. »

Affirmant que Ben Laden est mort dans son complexe de grotte à Tora Bora peu après le 11/9, Pieczenik a continué : « Étant déjà très affecté par le syndrome de Marfan, il était déjà mourant. C’est pourquoi, personne

n’avait à le tuer. »

Se référant aux racontars de dimanche prétendant que Ben Laden a été tué dans ses quartiers au Pakistan, Pieczenik a déclaré : « La communauté du Renseignement ou le médecin de la CIA étaient-ils au courant de sa situation, la réponse est oui, catégoriquement oui. » Se référant aux images publiées par la Maison Blanche, qui prétendent montrer Biden, Obama et Hillary Clinton regardant l’opération d’assassinat de Ben Laden en direct sur un écran de télévision, il a ajouté : « La totalité de ce scénario où vous voyez un groupe de zèbres assis là à zieuter un écran, et qui regardent comme s’ils étaient concentrés, c’est des balivernes. »

« Il s’agit d’une tromperie intégrale faisant penser que nous sommes dans un théâtre de l’absurde à la zunienne… Pourquoi nous faire ça en plus… Cet homme était déjà mort il y a neuf ans… Pourquoi le gouvernement a-t-il menti à plusieurs reprises au peuple zunien, » a demandé Pieczenik.

« Oussama Ben Laden étant mort de pied en cap, ils ne pouvaient donc ni l’attaquer, ni l’affronter, ni le tuer, » a dit Pieczenik qui a rajouté en plaisantant que, la seule façon que cela se puisse arriver aurait été que les forces spéciales attaquent un cimetière.

VIDEO

Selon Pieczenik, la décision de lancer cette mystification a été prise maintenant parce qu’Obama a atteint des abysses avec la chute de sa côte de popularité et l’affaire de son certificat de naissance bidonné qui lui saute à la gueule.

« Il a dû démontrer qu’il était plus que Zunien… Il a dû se montrer énergique, » a dit Pieczenik selon qui cette farce était aussi un truc pour isoler le Pakistan en représailles à sa vive opposition au programme de drones Predator, qui massacre des centaines des Pakistanais.

Qualifiant cet épisode de « Plus grand mensonge jamais entendu, » Pieczenik a continué, « C’était orchestré. Voilà des zèbres assis à ne rien faire regardant un sitcom, en fait le cœur opérationnel de la Maison Blanche, et un président déboulant quasiment à la manière d’un zombie vous raconte qu’ils viennent de tuer un Oussama Ben Laden qui était déjà mort il y a neuf ans. Je veux dire que c’est aberrant. »

Rejetant l’affabulation gouvernementale de l’assassinat de Ben Laden comme un « blague d’un goût douteux » faite au peuple zunien, Pieczenik a dit : « Ils se désespèrent tellement de la viabilité d’Obama, de nier le fait qu’il ne peut pas être né ici, des questions sur ses antécédents, de toutes les irrégularités sur ses origines, de lui donner un air sûr de soi… de réélire ce président pour que les Zuniens soient dupés une fois de plus. »

L’affirmation de Pieczenik, que Ben Laden est mort il y a environ dix ans, est reprise par de nombreux professionnels du Renseignement ainsi que par des chefs d’États à travers le monde.

Ben Laden, « a été utilisé tout comme le 11/9 a servi à mobiliser les émotions et les sentiments du peuple pour l’entraîner dans une guerre qui devait être justifiée par un roman que Bush junior et Cheney ont imaginé à propos du monde du terrorisme, » a déclaré Pieczenik.

Hier, lors de son entretien à l’émission d’Alex Jones, Pieczenik a aussi affirmé qu’il avait été directement informé par un général de premier plan que le 11/9 était un laissez-faire (stand down) et une opération sous fausse bannière, et qu’il est prêt à aller devant un grand jury pour révéler le nom du général.

Citant Dick Cheney, Paul Wolfowitz, Stephen Hadley, Elliott Abrams, et Condoleezza Rice, entre autres, comme directement impliqués, Pieczenik a affirmé : « Ils ont organisé les attentats. »

Ajoutant être « furieux » et « savoir ce qui s’est passé, » Pieczenik a déclaré, « C’était appelé un stand down, une opération sous fausse bannière visant à mobiliser l’opinion publique sous de faux prétextes… Cela m’a même été dit par le général du personnel de Wolfowitz – J’irai devant un comité fédéral et dévoilerai sous la foi du serment le nom de cet individu afin que nous puissions le forcer à avouer. »

« J’ai enseigné le stand down [*] et les opérations sous fausse bannière au National War College, je les ai enseignés avec tous mes agents, je savais donc exactement ce qui a été monté pour le public, » a-t-il ajouté.

* Ndt : Au sens militaire stand down signifie se démettre de son devoir. Wayne Madsen a récemment révélé que Cheney avait, juste avant les attentats, fait passer un décret présidentiel interdisant à l’aviation de défense d’intervenir contre les menaces aériennes sans son autorisation explicite. Le stand down dont il est question fait sans doute référence à la non intervention (obligée) des forces aériennes de défense contre les drones israéliens précipités sur les tours.]

Pieczenik a répété qu’il était parfaitement disposé à révéler devant un tribunal fédéral le nom du général qui lui avait dit que le 11/9 était un coup monté de l’intérieur, « de sorte que nous puissions éclaircir cette affaire en toute légalité, et non pas avec la stupide Commission sur le 11/9 qui était une absurdité. »

Pieczenik a expliqué n’être ni un libéral, ni un conservateur, ni un membre du tea party, seulement un Zunien profondément préoccupé par la direction prise pas son pays.

Visionnez l’interview complète (en zunien) avec le Dr Pieczenik ci-dessous.

VIDEOS

Traduction copyleft de Pétrus Lombard pour alterinfo.net

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Linki, jakie sobie notuje:

09 maj


http://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/dlugo

falowe-konsekwencje-katastrofy-w-fukushi
mie-dotkna-milionow-ludzi


http://oklo.curtin.edu.au/
   naturalny reaktor przed miliardem lat


http://krystianek-autyzm.blog.onet.pl/
   autyzm


http://polonistka-belfrzyca.blog.onet.pl/
   ok  madrze pisze, normalnie

http://blogs.mediapart.fr/blog/vincent-duclert/

160311/les-japonais-abandonnes-par-le-monde     dlaczego nikt nie pomaga Japonii


http://webrunner.kazeo.com/Christianisme,r348215.html
  ciekawe… Całun z Turynu i rękopisy z Qumran

  głupota i niewiedza narodu  (do ksW)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wstępując do Unii, zarzuciliśmy sobie pętlę na szyję!

09 maj


Wstępując do Unii, zarzuciliśmy sobie pętlę na szyję!

Francja też chce wyjść z Unii!  Oto co mówi Etienne Chouart :

Co nam narzuciła Unia, bo bez naszej zgody dopisano:

- powszechne masowe bezrobocie,

- Bank Centralny, który nie odpowiada przed nikim ! Ma walczyć z inflacją, i dlatego powoduje wzrost bezrobocia! Za co opłacamy ekonomistów? Duże bezrobocie pozwala przedsiębiorcom obniżać płace zagrożonym pracownikom.  Traktat z Rzymu (z 1957, ale wdrożony dopiero w latach 80-tych) ustanawia konkurencję wszystkich przeciwko wszystkim 


- punkt drugi: czego nie widziałem w 2005 : Konstytucja europejska zakazaje państwom pożyczać od Banku Centralnego (artykuł 123 TFUE). Są obowiązane pożyczać od MFI (czyli prywatnych!).
A kredyt staje się elementem ucisku. Bogacą się najbogatsi: handlarze, multinationales i banki.   La création monéraire est abandonnée aux banques privées! Kreacja pieniądza jest oddana w ręce banków prywatnych!   To nie ma sensu!

Traktat de Maastrich 1992 zabronił państwom emitować swoje własne pieniądze: muszą ich szukać tam gdzie one sa tzn w bankach MFI. Taki stan oddaje kraje w niewolę najbogatszym. Nic wspólnego z „interesem generalnym”. I o tym w 1992 nie mówiono! Mówiono o wspólnej monecie, o euro, ale nie było żadnej debaty publicznej o najważniejszym! Wyciszono! Nabrano nas! To zdrada. W wielu krajach państwo porzuciło emisję pieniądza  na rzecz banków prywatnych. Dług publiczny narasta wszędzie i już osiąga niewiarygodne wielkości. Metoda jest taka sama jak z krajami trzeciego świata, które zostały ograbione doszczętnie przez kompanie międzynarodowe i banki.  Zaczyna się przez zadłużenie, proponując tamę, kolej, kopalnie. W zamian dostanie się prywatyzację sektora publicznego, bogactwa naturalne z kopalni. Zobaczcie: John Perkins: Wyznania finansowego mordercy – wstrząsające!  Kryzys dotknął już Grecję i Portugalię, wkrótce Francja.  Bankierzy po obdarciu krajów trzeciego świata biorą się za Europę.  Już udało się im skorumpować rządy.

Już sama utrata niezależności naszego pieniądza powinna nas od razu ostrzec przed Unią.

Punkt trzeci: Zakaz dla państw stawiania przeszkód wolnemu przepływowi kapitałów. Liberté totale des mouvement des capitaux. Idzie z tym wolność przedsiębiorstw – odtąd mogą się osiedlać w dowolnych krajach. Drugie narzędzie bezsilności państwa względem prywatnych przedsiębiorstw. Jak nasze rządy na to się zgodziły? Łatwiej będzie zrozumieć, gdzy spojrzymy kto na tym korzysta: kto taki projekt sfinansował i zażarcie podtrzymuje? Ci sami, co finansowali Hitlera i Mussoliniego! Z tych samych powodów: mieć tanią siłę roboczą i skończyć z republiką. Z demokracji została już tylko nazwa, żyjemy w oligarchii.  Trzeba zrozumieć, że H. i M. nie istnieli by bez poparcia Wall Street. Najbogatsi opanowują kraj by chronić swoje interesy. Dyktatury XXw. były finansowane przez bogatych, a dziś ich dzieci rządzą Unią Europejską. Dzis mamy faszyzm finansowy.

 

4 – Bezwarunkowe poddanie się NATO! (Art. 42 §2 i §7 TFUE ) Współpraca militarna  nawet w wypadku wojny nuklearnej!  Możemy być zmuszeni wysłać nasze bomby! Na ten temat także nie było publicznej dyskusji.

 

5 – Accumulation de pouvoirs éxecutifs et législatifs. Połączenie władzy wykonawczej i ustawodawczej w jednym ręku sprzyja nadużyciom. (Kto ustanawia prawa, będzie je ustanawiał dla siebie!) Minister ma dbać o przestrzeganie prawa a nie je ustanawiać. Już trudno się zorientować co robią krajowe parlamenty, a na poziomie europejskim , czy orientujecie się, co podpisują w waszym imieniu wasi ministrzy? Wszystko jest zaciemniane. Parlament Europejski został zinfantylizowany: nie może wydać żadnego prawa sam, musi mieć zgodę ministrów. Nie może też zaproponować prawa: oligarchia kompletna. Czy jest lista tematów, co do których minister w UE ustanawia prawo, a po powrocie do swego kraju, bez zgody własnego parlamentu,  je wykonuje? Nie ma. Czy była debata publiczna o możliwości ustanawiania takich praw? Też nie.

6 – Sądownictwo

- Les éxecutifs contrôlent la carrière des juges européens. Następuje osłabienie francuskiego sądownictwa, co prowadzi do tyranii. Trzecia władza, sądowa, też ma być niezależna od pozostałych. Prezydent już ma wykonawczą (policję i armię) i jego partia kontroluje większość parlamentu. Prokurator Generalny decyduje czy podtrzymać czy porzucić śledztwo.  Gdy protestujemy przeciw  nominowaiu sędziów europejskich przez ministrów wykonawczych, słyszymy, że w kraju jest podobnie. Sędziowie, którzy mają ich sądzić, są przez nich mianowani.

 

7 – Obywatele nie mają żadnej możliwości oporu. Zadnej inicjatywy w wyborze czy odwołaniu kandydatów, ustanawiania czy odwoływania praw. Tylko składanie petycji, z uprzejmą prośbą by komisja zechciała ją przedstawić Parlamentowi… Ktoś nas tu robi w konia! A prasa milczy! Dawniej prasa informowała, dziś idzie ręka w rękę oszustom.

Dobry dziennikarz jest niezależny, jakich pełno na internecie. Ci nas alarmują. A dziennikarze z publicznych mediów to prostytutki, jak i ekonomiści.

 

8 – Le pouvoir législatif est contôlé par des organes non-élus.  W UE prawa wydają ludzie, których nikt nie wybierał.  Produkują normy i mówią, że to są prawa. Bez zgody parlamentów.  Bullshit!

 

9 – Opór przed nadużyciem władzy. Les citoyens sont tenus à l’écart du processus constituant. Obywatele powinni wiedzieć na co służy konstytucja: to środek nie na ukształtowanie się władzy (bo to zrobi sama) ale ochrona przed tej władzy nadużyciami. Konstytucja Europejska nie przewiduje żadnego sposobu oporu. Znajdźcie w niej, co może zrobić zwykły obywatel, któremu się coś nie podoba? W Szwajcarii może zwoąać referendum o obalenie niewygodnego czy niesprawiedliwego prawa, nawet w celu zmiany konstytucji (bo referendum , głos populacji wyrażony bezpośrednio, jest najważniejszy).  Szwajcarzy zachowali swoją inicjtywę. Czy jest coś podobnego w Konstytucji Europejskiej? A skądże! Nie ma żadnego sposobu obrony przed nadużyciem władzy. Dramat. Póki wszystko jest dobrze, nikt nie zauważa. Ale jeśli nadużycie władzy się zaczyna, kiedy zaczynają nam niszczyć emerytury i opiekę społeczną, system opieki zdrowotnej, transport i energie – już jest za późno. Instytucje europejskie są polityczną pułapką. Mussolini też zniósł związki zawodowe – sposób sprzeciwu biednych przeciw wyzyskowi przez bogatych. A kto go finansował? Też kartele, multinationales, banki… Nie widzę powodów by pozostawać w Unii. Co nam obiecano w 2005? Europa to pokój? To nam nie przeszkodziło bombardować cywilów w Serbii, państwie zaprzyjaźnionym. W Europie pokoju! To nam zagwarantuje pokój, gdy wszędzie szykuje się wojna ekonomiczna? Wszędzie miliony bezrobotnych żyją w nędzy.

 

10 – Możliwość rewizji. Nie ma. Daliśmy Unii Europejskiej czek in blanco – a to złodzieje.

Les tenants du pouvoirs s’écrivent les règles pour eux-mêmes. Dzierżący władzę sami dla siebie ustanawiają prawa. Kto tak zmienił prawa?  Nic, co sprzyja interesom prywatnym, nie jest demokratyczne.

 

Hm, doinformowuję się szybko. Też zauważyłam, że narzucono nam Codex Alimentatius i niebezpieczną być może żywność GMO, której nikt nie chce…  Teraz widzę, dlaczego tak jest.

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii